/Demokracja i partiokracja

Demokracja i partiokracja

 
Najważniejsza instytucja demokracji
Ordynacja wyborcza – czyli sposób, w jaki ustanawia się odpowiedzialność rządzących krajem jest najważniejszą instytucją demokracji. Dobra ordynacja, ustanawiająca w sposób właściwy odpowiedzialność parlamentarzystów, zmuszająca ich do utrzymywania łączności z wyborcami, szanowania ich opinii i interesów sprzyja rozwojowi państwa. Zła ordynacja odrywająca posłów od wyborców, obniżająca kryteria wyboru psuje państwo. Zła ordynacja wyborcza jest istotną wadą ustrojową.

W Polsce obowiązuje zła ordynacja wyborcza.
Jest ona przyczyną paraliżu państwa, upadku gospodarki, stałych kłopotów budżetowych. Uniemożliwia wyłonienie stabilnego, silnego rządu posiadającego większość w parlamencie, sprzyja korupcji. Jeśli chcemy rozpocząć naprawę Polski, musimy natychmiast znieść obecną – partyjną (niesłusznie zwaną "proporcjonalną") ordynację wyborczą i zastąpić ją sprawdzonym, prostym sposobem wybierania przedstawicieli narodu w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych (JOW).

W 1989 r. demokracja kojarzyła nam się ze swobodą głosowania. Nie wiedzieliśmy, że na świecie funkcjonują dwa modele ustrojowe. Jeden wzorowany na brytyjskich rozwiązaniach, przyjęty we wszystkich krajach anglosaskich – sposób wybierania prosty, naturalny polegający na wyborze przez społeczność zamieszkującą niewielki okręg wyborczy tylko jednego przedstawiciela i drugi wymyślony przez belgijskich socjalistów pod koniec XIX wieku, rzekomo oddający lepiej preferencje polityczne społeczeństwa – tzw. system proporcjonalny, w istocie odbierający społeczeństwu prawa wyborcze i przenoszący je na partie polityczne.

Przyjrzyjmy się najpierw jak funkcjonuje system wyboru posłów w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych (JOW).

JOW – obywatelska demokracja, silne państwo
Swoich posłów w JOW wybierają narody ponad 60 państw świata. Wśród nich są najstarsze, najbardziej sprawdzone demokracje – angielska i amerykańska. JOW obowiązuje także w innych krajach anglosaskich: w Kanadzie, Australii, a także w byłych koloniach Wielkiej Brytanii np. w Indiach. W 1958 r. we Francji gen de Gaulle chcąc skończyć z politycznym chaosem IV Republiki wprowadził nową konstytucję, a w niej wybory posłów w JOW, co prawda modyfikując czysty system brytyjski, wprowadzając wymóg uzyskania bezwzględnej większości, oraz w konsekwencji drugą turę wyborów.
Ciekawa sytuacja nastąpiła po II wojnie Światowej w krajach tzw. Osi: Niemczech, Włoszech, Japonii. Wszędzie w tych krajach Amerykanie i Anglicy chcąc osłabić podbite państwa wprowadzili system wyborów proporcjonalnych. W Niemczech Adenauer, który chciał dla swojego kraju systemu JOW został zmuszony do przyjęcia wyborów proporcjonalnych, czyli partyjnych. Niemcy jednak pod jego wpływem zmodyfikowali swój system wyborczy wprowadzając połowę posłów wybieranych w JOW, z drugą połową wybieraną z list partyjnych.
Obecnie jednak ten system mieszany, jest krytykowany. Zarzuca mu się, że nie usuwa wady wyborów proporcjonalnych, czyli partyjnych, że osłabia państwo, sprzyja korupcji, a nade wszystko hamuje gospodarczy rozwój Niemiec. Z tym ostatnim zarzutem wystąpił w lutym br. roku Michael Rogowsky – poseł do Bundestagu i przewodniczący największego związku przemysłowców niemieckich. Rogowsky na łamach Welt am Sonntag stwierdził, że bez wprowadzenia 100% JOW Niemcy nigdy nie zajmą dobrego miejsca w światowym wyścigu technologicznym.

Kryzys polityczny we Włoszech zmusił z kolei tamtejsze elity do ustąpienia przed żądaniem społeczeństwa wyrażonym w masowym referendum w kwietniu 1993 roku, kiedy Włosi opowiedzieli się za zmianą ordynacji wyborczej, odrzuceniem proporcjonalności i wprowadzeniem wyborów większościowych. W 1994 r. zmieniono system wyborczy Włoch, wprowadzono 3/4 posłów wybieranych w JOW, a 1/4 wybieranych z list partyjnych.
Podobnie postąpili Japończycy w 1996 r. (2/3 JOW). Te zwycięstwa jednak nie usunęły do końca przyczyny zepsucia ustroju tych krajów. Włosi jeszcze dwukrotnie próbowali w referendum usunąć owe 25% proporcjonalności, ale zbyt mała frekwencja stanęła im na przeszkodzie.

Wybory w JOW są proste
W Anglii kandydatem może być każdy obywatel, którego poparło swymi podpisami 8 mieszkańców okręgu (słownie: ośmiu ? nie ośmiuset!) i który wpłacił minimalną kaucję 500 funtów. Kaucja ta jest kandydatowi zwracana, jeśli uzyskał 5% głosów. Jeśli tego nie uzyskał ? to znaczy – nie był poważnym kandydatem i musi zapłacić za przyjemność kandydowania.
W systemie brytyjskim jest, więc łatwo zostać kandydatem, co nie znaczy, że łatwo jest wygrać kampanię. W niewielkim okręgu wyborczym (ok. 70 tys. mieszkańców) kandydat musi chodzić od drzwi, do drzwi, o tym, bowiem kto zostanie posłem zadecydować może jeden głos. Po zamknięciu urn wyborczych liczenie głosów odbywa się na ratuszu, wynik jest znany w bardzo krótkim czasie, ponieważ liczenie jest proste. Liczba kandydatów nie jest, bowiem wielka (2-5). Czasem zdarza się, że zgłasza się tylko jeden kandydat i bez wyborów jest uznawany za posła jako "uncontested" (niekwestionowany).

W sytuacji, gdy dwaj kandydaci uzyskują taką samą ilość głosów przeprowadza się losowanie – rzut monetą. Chodzi, bowiem nie o jakąś mityczną "sprawiedliwość społeczną", a o wyłonienie reprezentanta okręgu. Skoro dwaj uzyskali taką samą ilość, to moneta rozstrzygnie natychmiast i bez dodatkowych kosztów, który z równie dobrych kandydatów ma reprezentować okręg.

Dwubiegunowość – Prawo Duvergera
Ciekawym zjawiskiem w wyborach w JOW, w przypadku wyborów jednoturowych jest łączenie wszystkich podobnych sił politycznych, różnych grup zbliżonych ideowo PRZED WYBORAMI. W JOW trzeba, bowiem zawrzeć koalicję przed wyborami, żeby nie dać się pokonać ideowym przeciwnikom. Powstaje w ten sposób dwubiegunowa scena polityczna a prawidłowość tę opisał francuski socjolog Maurice Duverger w 1946 r. Stwierdził on, że wybory w JOW, w jednej turze prowadzą do wykształcenia się dwupartyjnego systemu w parlamencie, zaś wybory w okręgach wielomandatowych (u nas zwane proporcjonalne) do wielopartyjnej sceny politycznej. Pomimo temu znanemu socjologicznemu prawu wielu polskich "polityków" do dziś plecie androny, o tym, że najpierw musi być system dwupartyjny, a potem się wprowadzi JOW (np. Jerzy Jaskiernia).

Dwupartyjna scena w parlamencie to wyraźna odpowiedzialność poszczególnej partii za wynik rządów i czytelna sytuacja dla wyborcy. W Anglii wyborca wie, że oddając głos na partię pracy głosuje jednocześnie na premiera Blaira, a jeśli poprze konserwatystów to premierem na drugi dzień po wyborach będzie lider "opozycji Jego królewskiej Mości".
W ten sposób w krajach, w których jest JOW wyborcy mniej więcej raz na dwie elekcje dokonują zmiany partii u władzy.
W systemie proporcjonalnym jest to prawie niemożliwe. Np. we Włoszech od 1946 r. do 1994 (do zmiany ordynacji) wyborcom nie udało się ani razu zmienić rządzącej partii. Podobnie było w RFN, Belgom udało się jedynie 3 razy na 13 wyborów. Nic dziwnego, ze wyborcy w krajach o proporcjonalnym systemie nie widzą sensu w uczestnictwie w wyborach.

Inną ważna różnicą jest czas potrzebny na formowanie rządu po wyborach. W JOW rząd powstaje na drugi dzień, w systemie proporcjonalnym formowanie koalicji trwa wiele miesięcy po wyborach. W latach 1945-96 w Austrii targi koalicyjne trwały 814 dni, w Finlandii 1182 dni, w Belgii 1241 dni, w Holandii 1253, a we Włoszech 1374 dni. W 1977 roku Holendrzy formowali rząd po wyborach aż 208 dni! Dwie trzecie roku kraj był bez rządu. Jak z tego widać na system proporcjonalny może sobie pozwolić kraj, który w zasadzie mógłby się obyć bez rządu centralnego.

Wybrany w JOW poseł ma wyraźnie określoną odpowiedzialność – odpowiada przed wyborcami z okręgu. Przynależność do partii jest dla nich (i dla niego) sprawą najczęściej drugorzędną. Partie w systemie JOW nie mają, bowiem żadnych przywilejów w stosunku do obywateli. Ta prosta odpowiedzialność sprawia, że posłowi angielskiemu czy amerykańskiemu nie przyszłoby do głowy lekceważyć opinii ludzi z jego okręgu. W każdy piątek posłowie udają się do swoich okręgów, by w biurze przyjmować kolejki interesantów. "Żadnego nie mogę zlekceważyć" – opowiada lord Norman Lamont z Wielkiej Brytanii – bo od każdego z nich zależy moja polityczna przyszłość".

Nie do pomyślenia jest, zatem narzucenie posłowi wybranemu w JOW, jakiejś "dyscypliny partyjnej".
Nie do pomyślenia jest zignorowanie przez posła opinii jego wyborców w konkretnej sprawie. Za każdy taki uczynek zapłaci on natychmiast surową cenę polityczną wymierzoną mu przez wyborców w następnych wyborach.

System "proporcjonalny" – parodia demokracji
"System ordynacji proporcjonalnej odziera posła z osobistej odpowiedzialności, czyni zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka" – pisał przed kilku laty znakomity filozof brytyjski Karl Popper i my Polacy doświadczamy to na naszej skórze każdego dnia.

Głosowanie na listy partyjne w okręgach wielomandatowych zostało wymyślone pod koniec XIX wieku przez belgijskich socjalistów i stamtąd za pośrednictwem Francji rozpełzło się na całą Europę. Jeśli demokracja w Europie kontynentalnej nie funkcjonuje tak dobrze jak w Anglii, Kanadzie czy Stanach, to zdecydowanie winę za to ponoszą proporcjonalne systemy wyborcze tych państw, które usuwają odpowiedzialność posła przed wyborcami.

Jak odbywają się "wybory" w systemie "proporcjonalnym" obowiązującym w Polsce?
Wyborca idąc do głosowania dostaje grubą broszurę zawierająca listy partyjne kandydatów, w której znajdzie kilkaset nazwisk. Większości tych ludzi nigdy nie widział i nie zobaczy na oczy, nie ma zatem szans na weryfikację ich zalet, osobistej przyzwoitości czy walorów intelektu. Kierować się musi tym, że partia taka, a taka umieściła kandydata X na swojej liście.
Innych kandydatów niż partyjnych w wyborach do sejmu nie ma, bowiem tylko partie ogólnokrajowe mają szansę na przekroczenie progu 5% głosów w skali całego kraju. Ten system z góry wyklucza uczciwych, niezależnych ludzi, którzy uzyskaliby poparcie mieszkańców powiatu, ale nie są dobrze widziani w partii takiej- to-a-takiej. A zatem bierne prawo wyborcze praktycznie zostało odebrane bezpartyjnym Polakom i przekazane do dyspozycji partyjnym kierownictwom.

Skoro partyjny lider dostaje taką moc, żeby decydować, kto ma szansę zostać posłem, jest jasne, że będzie z tego prawa korzystał i to on będzie wyznaczał składy list wyborczych oczywiście kierując się starą partyjną zasadą: "mierny, bierny, ale wierny" (BMW).

Pomińmy już ewidentne złamanie w ten sposób konstytucyjnych zasad równości, nadanie partiom rangi organów konstytucyjnych państwa. Ale sytuacja ta prowadzi wprost do przyjęcia przez wszystkie partie – i te powołujące się na prawicę i te lewicowe, struktury wewnętrznej opisanej przez Lenina w dziele pt. "O partii nowego typu".
We wszystkich tych partiach tworzy się tzw. "partia wewnętrzna" sprawująca faktyczną władzę, wąska grupa skupiona wokół lidera (liderów) i ?masy członkowskie? bezwolne, służące do wykonywania poleceń liderów. Te scentralizowane partie charakterystyczne dla systemów proporcjonalnych oczywiście nie mają nic wspólnego z takimi pojęciami jak: "demokracja", "społeczeństwo obywatelskie", "kontrola władz" itd, ale za to znakomicie odpowiadają partyjnym liderom i dlatego tak bronią oni partyjnego systemu wyborczego. Bronią w ten sposób swoich przywilejów.

Ordynacja proporcjonalna sprzyja korupcji
Nie muszę dodawać, że partie w ten sposób utworzone są podatne na korupcję, świadomie konfliktują społeczeństwo, nie służą nikomu oprócz wąskich grup partyjnego interesu. Oprócz tego są to oczywiście wszystko partie warszawskie, które prowincję traktują jak teren eksploatacji postkolonialnej. System proporcjonalny, więc nie dość, że łamie podstawowe prawa obywatelskie nadając partiom konstytucyjne przywileje, to prowadzi do szeregu patologicznych zjawisk na płaszczyźnie gospodarczej czy społecznej. Sprzyja centralizacji kraju, sprzyja korupcji politycznej, osłabia rząd, który nigdy nie dysponuje parlamentarną większością.

System ten jest szkodliwy, gdyż nie niesie społeczeństwu żadnych korzyści, a jedynie wyposaża w przywileje wąskie partyjne elity. Jest w polskich warunkach antykonstytucyjny, gdyż łamie cztery z pięciu zasad prawa wyborczego określonych w art. 96 konstytucji. Wybory w Polsce nie są ani bezpośrednie, ani równe, ani powszechne, ani wreszcie proporcjonalne, gdyż tę właściwość trzeba rozumieć dosłownie. Tymczasem, jaką to proporcjonalność, gdy Mniejszość Niemiecka żeby wprowadzić 2 posłów potrzebowała 50 tys. głosów, a AWS, która otrzymała 800 (16 razy więcej) tys. nie ma ani jednego, podobnie jak Unia Wolności (400 tys. – 8 razy więcej).

Ordynacja proporcjonalna jest w rzeczywistości absurdalna i antydemokratyczna gdyż odbiera obywatelom bierne prawo wyborcze i sprawia, że posłów mianują partyjni liderzy. Prowadzi to do permanentnego kryzysu państwa i wszystkich jego instytucji.

Polska na skutek przyjęcia tej fatalnej wady ustrojowej, jest słabym państwem, w którym rząd powoli jest zastępowany wpływami mafii. Jedynym sposobem, żeby przerwać ten proces, jest sięgnąć do sprawdzonych wzorców demokracji w krajach, w których ona funkcjonuje należycie i wprowadzić JOW w miejsce niszczącej Polskę, odbierającej społeczeństwu jego podstawowe prawa partyjnej ordynacji wyborczej.