Może ta częściowa wolność nie była jednak prawdziwą wolnością, tylko oszukaństwem, wybiegiem, żeby uniknąć prawdziwego odzyskania wolności…

Nie ma co! Kiedy Polskę odwiedza amerykański prezio Barack Hussejn Obama, to musimy być potężnym i liczącym się krajem. I jeszcze inni prezydenci – kiedy tłumnie przyjeżdżają na rocznicę „częściowo wolnych wyborów” to po prostu znaczy, że to ważna rocznica była. I pewnie ważne wydarzenie. I że powinniśmy się cieszyć. Jak cholera!

Wolność z filtrem

Dlaczego taka ważna? No bo „odzyskaliśmy wolność”. Jak żeśmy tę wolność odzyskiwali? Ano w wyniku „częściowo wolnych wyborów”.

Historia świata zna różne przykłady, kiedy jakieś narody odzyskiwały wolność. Np. Amerykanie, których reprezentuje obecnie czarnoskóry prezydent odzyskali wolność od brytyjskiej dominacji ponad 200 lat temu w wyniku krwawej, trwającej wiele lat wojny. Irlandczycy, żeby uwolnić się od angielskich okupantów musieli wszczynać liczne, krwawo tłumione powstania. Wojna w Algierii o uwolnienie od Francuzów trwała również wiele lat i kosztowała tysiące ofiar.

Uwalnianie narodów zniewolonych przez Hitlera pochłonęło z 40 mln ludzkich istnień. Indie wywalczyły, co prawda, swoją wolność na drodze „walki bez używania przemocy”, której przewodził świetnie wykształcony w angielskiej metropolii Mahatma Gandhi, ale proces był długi, pochłonął również wiele ofiar.

Gdzie by na świecie nie spojrzeć, nie było nigdzie odzyskania wolności w wyniku częściowo demokratycznych wyborów. Tylko w Polsce.

W ogóle konstrukcja „częściowo wolne” albo „częściowo demokratyczne” wybory przypomina wyrażenia typu: „gorące zimno” czy „wesołe męczeństwo”. Coś jest nie tak, bo wolność nie może być częściowa, tylko cała od razu.

Najlepiej sprzeczność tej „częściowej wolności” oddaje postać niedawno zmarłego gen. Jaruzelskiego – wieloletniego funkcjonariusza komunistycznych i sowieckich służb, dowódcy wojska strzelającego do robotników w 1970 i autora stanu wojennego, który w wyniku tych „częściowo wolnych” wyborów 4 czerwca został pierwszym prezydentem „częściowo wolnej Polski”.

Teraz przy jego pochówku zrobiła się konsternacja, ale skoro był to pierwszy prezydent, to państwowy pochówek i honory mu się należą.

Ale może ta „częściowa wolność” nie była jednak prawdziwą wolnością, tylko oszukaństwem, wybiegiem, żeby uniknąć prawdziwego odzyskania wolności, którego bali się i komuniści i ich agenci i część opozycji, która swe korzenie wywiodła ze stalinizmu? Może to był taki teatrzyk, w którym pod szyldem „częściowe odzyskanie wolności” tak naprawdę inaczej udekorowana niewola trwała nadal? Wtedy postać gen. Jaruzelskiego do takiej sytuacji pasowałaby idealnie.

Moja osobista perspektywa

Uczestniczyłem w tamtych wydarzeniach czynnie. Byłem jednym z czołowych działaczy nielegalnej „Solidarności” na Opolszczyźnie, wchodziłem jako reprezentant województwa do struktur dolnośląskich, byłem ekspertem Solidarności w obradach okrągłego stołu, w zespole polityki mieszkaniowej. Potem organizowałem sam osobiście wybory 4 czerwca na Opolszczyźnie. Widziałem wszystko bardzo dokładnie z bliska, nie z telewizji.

Był wielki entuzjazm ludzi, wierzyliśmy, że pokojowo, ale odsuniemy komunistów od władzy, że zmienimy Polskę. Kiedy nagle w trakcie wyborów unieważniono głosowanie na tzw. listę krajową, wiedziałem, że zostaliśmy zdradzeni przez tych, których uważaliśmy za naszych reprezentantów. Michnika, Frasyniuka, Wałęsę, Geremka. Potwierdził to potem wybór Jaruzelskiego przez zgromadzenie narodowe czyli sejm i senat, w którym „nasi” mieli większość. Jaruzelski został wybrany na prezydenta głosami posłów Solidarności, za zgodą Lecha Wałęsy, wg koncepcji Michnika – „wasz prezydent, nasz premier”. Ale czyj „nasz”?

Potem już było tylko gorzej. „Solidarność” została przejęta przez ludzi, którzy nigdy nie mieli z nią nic wspólnego. W naszym regionie pojawili się ludzie kompletnie nieznani w podziemiu, za to powiązani z PZPR. To oni zagwarantowali przejęcie przez środowiska postkomunistyczne wojewódzkich mediów, całej struktury społecznego przekazu, a także licznych firm. Natomiast uczciwi działacze niepodległościowej Solidarności zostali jak jeden mąż wyeliminowani i wypchnięci na margines.

W 1993 r. – zaledwie po 4 latach od „częściowo wolnych wyborów” 4 czerwca, do władzy wracają postkomuniści. W 1995 r. prezydentem zostaje komunistyczny aparatczyk Aleksander Kwaśniewski. Jako prezydent pijany zatacza się nad grobami polskich oficerów w Charkowie. Dziś widzimy go, jak jako „lobbysta” bierze pieniądze od oligarchów z Ukrainy i wschodu.

Wolni od własności – gospodarczy upadek III RP

Historię gospodarczą III RP też już znacie wszyscy. W grudniu rusza tzw. plan Balcerowicza bezczelnie zmierzający do szybkiej prywatyzacji czyli zniszczenia państwowego przemysłu (Balcerowicz robi to za pomocą tzw. dywidendy czyli podatku od majątku, który muszą płacić państwowe firmy. Podatek ten sięga 20% od wartości całego majątku przedsiębiorstwa.

Gdyby taki podatek miały zapłacić firmy zachodnie – Mercedes, Volkswagen czy inne, natychmiast by zbankrutowały. Nic dziwnego, że bankrutują polskie firmy i są za bezcen przejmowane najczęściej przez zachodnie koncerny. Polski przemysł zostaje w ciągu tych procesów faktycznie albo zlikwidowany, albo przejęty często w ramach tzw. wrogiego przejęcia.

Proces ten zostaje przyśpieszony w po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

Unia nie jest bowiem klubem charytatywnym. Jest organizacją silnych państw. Polska zostaje praktycznie pozbawiona swojego majątku produkcyjnego i wypada ze światowego wyścigu przemysłowego. Nie ma dzisiaj jednego polskiego markowego produktu, nie ma żadnego polskiego „brandu”. Pozamykane stoją cukrownie, a Polska, która była eksporterem cukru, go dzisiaj importuje.

Kopalnie stoją nad granicą bankructwa w kraju, który ma największe pokłady węgla w Europie.

Polski Produkt Krajowy Brutto wypracowywany jest głównie w usługach i przez rolnictwo.

Lawinowo rośnie dług publiczny, który sięga dzisiaj już biliona złotych. Zadłużenie zagraniczne przekracza 200 mld dolarów, (za Gierka, który wybudował kilkaset zakładów wynosiło 40 mld USD). Polska generalnie utrzymuje się z żebraniny w Unii Europejskiej, z wyprzedaży tego, co zbudowaliśmy za komuny i z wypuszczania co roku nowych obligacji. Widmo bankructwa jednak nadciąga.

Stan państwa w rozpadzie

Media donoszą o ostatnim skandalu z zamówieniem za wieleset milionów złotych pociągów Pendolino, które – wiadomo było, że nie uzyskają polskiej homologacji, bo trakcja jest zaniedbana i niezdolna do szybkiej jazdy.

Korupcja jest stałym elementem życia – w tym samym dniu media doniosły o aresztowaniu dziesięciu szefów spółek węglowych. Korupcja została systemowo wpisana w ustrój III RP poprzez ustawowy paraliż wymiaru sprawiedliwości oraz przez ordynację wyborczą. Sędziowie są w Polsce praktycznie nieusuwalni i nie poddani żadnej zewnętrznej kontroli. Nic dziwnego, że się korumpują i że jakość ich pracy jest żenująco niska. Oczywiście, takie sparaliżowanie sądów było konieczne, żeby mógł działać system, w którym „pierwszy milion trzeba ukraść”.

Drugim (a może nawet pierwszym) elementem rozkładającym państwo jest ordynacja wyborcza do sejmu, tzw. ordynacja proporcjonalna czyli w istocie partyjna. Oddaje ona państwo we władanie wąskich, partyjnych klik również niepoddanych w istocie żadnej zewnętrznej kontroli. Partią rządzi jej prezes i jego najbliższe otoczenie, posłowie zaś są zwykłymi maszynkami do głosowania.

Dyskusja na ten temat w mediach nie istnieje. Zastępuje ją jałowa paplanina o tym, co komu kto dzisiaj powiedział.

Polska jest krajem praktycznie bezbronnym militarnie. Specjaliści od lat biją na alarm i oceniają, że możemy w istocie wystawić 3 do 5 dywizji wojska. Całkowicie w istocie zależymy od naszych sojuszników, ich dobrej woli. Dlatego i polskie władze i polska tzw. opozycja czołga się u nóg Amerykanów i błaga o umieszczenie w naszym kraju ich wojskowych baz i instalacji. Polscy politycy – od lewa do prawa gotowi są pójść na najdalej idące upokorzenia, łamanie prawa itd. Tak było w sprawie umieszczenia w Polsce tajnych więzień CIA i torturowaniu tam „islamskich terrorystów”. Polska w istocie – po 25 latach od 4 czerwca, straciła instrumenty swojej suwerenności państwowej, zostały tylko drugorzędne atrybuty – flaga, orzeł w koronie, hymn państwowy.

Antywolność czyli nie ma czego świętować

Bilans 25-lecia dopełnia gigantyczna emigracja, a w kraju ogromne bezrobocie. Ponad 2 mln Polaków wyjechało, najczęściej na trwałe z kraju, a drugie 2 mln pozostaje bez pracy, znajdując się w dramatycznej sytuacji życiowej. Kolejne ekipy rządzące Polską od 4 czerwca 1989 r. nie mają sobie w tej materii nic do zarzucenia. Nie widać też, by sytuacja miała się poprawić.

Obrazu dopełnia gigantyczny rozrost państwowej biurokracji, gąszcz przepisów utrudniających działalność gospodarczą, samowola urzędników skarbowych. Ostatnio media doniosły o samobójstwie zrozpaczonej kobiety, której urząd skarbowy 20 lat temu zabrał nienależne kilkanaście milionów złotych, doprowadzając jej firmę do upadku. Pomimo kolejnych, korzystnych dla siebie wyroków sądowych przez blisko 20 lat nie była ona w stanie jednak odzyskać od państwa zagarniętych bezprawnie pieniędzy. Zrozpaczona odebrała sobie życie. I znów nikt nie czuje się winny.

Za to znakomicie żyje sobie „klasa polityczna”, nie zmieniająca się od 25 lat. Ordynacja wyborcza, ustawa o finansowaniu partii zapewniła tej grupie nieusuwalność i wysokie wynagrodzenia. Zupełnie nieadekwatne do efektów ich pracy. Reprezentantami tej „klasy próżniaczej” są zarówno prezydent, jak i szefowie partii rządzącej, ale też i partii opozycyjnych. Nic więc dziwnego, że wszyscy oni starają się wmówić Polakom, że właśnie 4 czerwca 1989 r. stało się coś dla nas niezwykle korzystnego. Rzekomo odzyskaliśmy wolność.

Niestety większość Polaków chyba myśli inaczej, albo nie jest co do tego przekonana. Ja też myślę inaczej, chociaż czynnie uczestniczyłem w tamtych wydarzeniach. A może właśnie dlatego.

Dla mnie bilans 25-lecia jest ujemny. Owszem są zjawiska pozytywne, nikt nam nie wyrywa paznokci, nikt nie wsadza do więzień za pisanie niepoprawnych opinii. Ale czy musi to robić? Czy nie lepiej zastosować łagodniejesz metody? Np. podać redakcję lokalnej gazety do sądu o ogromne odszkodowanie za napisanie niepoprawnej opinii. A tak się właśnie dzieje.

My, redakcja „Nowin Nyskich” staramy się bronić społeczeństwa, opisywać nieuczciwe działania władz, kapitału, lokalnych kacyków. Za to prawie nie wychodzimy z sądu. Ostatnio firma „Intersnack” podała nas o ogromne, bo 50-tysięczne odszkodowanie za rzekome naruszenie dóbr, bo opisaliśmy los pracowników. Czy jak się takie metody stosuje, to cenzura jest potrzebna?

Nie wierze w częściową wolność. Nie wierzę w to, że może istnieć normalne państwo baz uczciwego, sprawnego wymiaru sprawiedliwości, że może funkcjonować demokracja, kiedy posłów bezwzględnie kontroluje prezes takiej czy innej partii. Nie przekonuje mnie opowiadanie, że musieliśmy oddać swój przemysł albo go zrujnować. Nie zgadzam się na sytuację, w której młodzi Polacy muszą emigrować, bo kraj nie zapewnia im godziwego życia. Nie zgadzam się na milionowe bezrobocie, nie zgadzam się na miliardowe zadłużanie przyszłych pokoleń. Nie zgadzam się, żebyśmy jednego Wielkiego Brata, zamienili na innego. Nie o taką Polskę walczyłem, ja i miliony ludzi z pierwszej „Solidarności”.

Organizowałem wybory 4 czerwca na całej Opolszczyźnie, byłem czołowym działaczem „Solidarności” w tamtym okresie. Widziałem entuzjazm i poświęcenie ludzi. Sam się cieszyłem. Ale dziś widzę, że nas bezczelnie oszukano. Że oszukali na „nasi” przywódcy – Wałęsa, Michnik, Geremek, Frasyniuk. Co prawda, pozwoliliśmy na to.

Dlatego z dzisiejszej perspektywy uważam, że 4 czerwca naprawdę nie mamy czego świętować. Chyba, że ustanowimy w tym dniu „Święto oszukanych Polaków”.

Źródło: prawica.net

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.