Dużo nas nauczyły ostatnie wybory samorządowe. Można nawet ryzykować twierdzenie, że przeszliśmy wręcz przyspieszony kurs edukacji z prawa wyborczego.

Z pewnością wiemy już jak zawodny może być system komputerowo-informatyczny. Na ogół z podziwem obserwowaliśmy jego nieporadność w bilansowaniu wyników wyborów. Wiemy też, że ignorowano wcześniejsze ostrzeżenia o tym, że może on działać wadliwie. Czekamy na diagnozę i stosowny raport rządowy w tej sprawie. Wstrząs, jaki powstał w związku z systemem informatycznym, jest na tyle silny, że aktualnie rodzi się społeczna inicjatywa OpenPKW, która analizuje problem ostatniego liczenia głosów oraz chce stworzyć nowy system obliczania wyników wyborczych. Wolno sądzić, że jest to zdrowy społeczny i obywatelski odruch, grupujący już setki ludzi dobrej woli, w tym informatyków, programistów, dziennikarzy, prawników. Życząc tej inicjatywie powodzenia, chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że w sprawie systemu informatycznego, poza sprawą bilansowania wyników głosowania, kwestią niesłychanie ważną była także – sygnalizowana zresztą w przekazach medialnych – możliwość zewnętrznego ingerowania w system obsługi komputerowej wyborów samorządowych. Na tę sprawę trzeba zwrócić szczególną uwagę, bo pokazuje ona, że kilku dobrych hakerów może wykreować nam scenę polityczną i w konsekwencji wytyczyć politykę państwa. I wcale nie muszą być z naszego kraju. Pole dla różnych służb jest wręcz szeroko otwarte…

Działanie systemu informatycznego było widoczne na pierwszym planie. Na dalszym lokowały się problemy nie mniej ważne, bo mające fundamentalne znaczenie dla zachowania demokratycznych reguł gry politycznej. W porządku demokratycznym wybory muszą być instrumentem używanym przez społeczeństwo. Aby ten instrument był stosowany dobrze, to musi być zachowany warunek autonomii społeczeństwa; dla demokratyczności wyborów ma on kluczowe znaczenie. Warunek autonomii społeczeństwa oznacza, że wyborcze decyzje głosujących muszą wynikać wyłącznie z ich indywidualnych preferencji, z ich własnych przemyśleń. Nie mogą być w żaden sposób narzucane z zewnątrz. Zwłaszcza rozwiązania występujące w systemie wyborczym i w procedurach wyborczych nie powinny obywatelom sugerować jak mają głosować. Tymczasem w ostatnich wyborach samorządowych pewne elementy samego systemu wyborczego właśnie sugerowały wyborcom jak mają się zachować. Dotyczy to przede wszystkim osławionych już kart do głosowania w formie książeczki z listami kandydatów do rad powiatowych i sejmików wojewódzkich, w których na miejscu pierwszym ulokowała się lista PSL. Zwrócił już na to uwagę Janusz Sanocki w artykule pt. Nieważne kto głosuje, ważne kto losuje listy. Sama konstrukcja książeczki z listami kandydatów wyraźnie podpowiadała wyborcom sposób zachowania. Wielu z nich poszło na wybory kierując się poczuciem obowiązku obywatelskiego. A ponieważ nie wszyscy mieli zdefiniowane preferencje wyborcze, to w efekcie wielu z nich raczej mechanicznie oddało głos właśnie na pierwszą listę.

Można na ten sam problem popatrzeć jeszcze pod innym kątem. Mocnym warunkiem autonomii społeczeństwa w procedurze wyborczej jest zasada neutralności. Wymaga ona od systemu wyborczego, by gwarantował takie samo traktowanie różnych podmiotów uczestniczących w elekcji. Otóż w przypadku ostatnich wyborów samorządowych – w części dotyczącej wybierania rad powiatowych i sejmików wojewódzkich – nie zagwarantowano tej neutralności. Pierwsze miejsce w książeczce wyborczej miała lista PSL. I była to pozycja uprzywilejowana, wyraźnie sugerowała, zwłaszcza mniej doświadczonym wyborcom, by właśnie na listę PSL oddać głos. Realnie też przyniosła sukces temu ugrupowaniu. W tym stanie rzeczy nie tylko można mieć wątpliwości, czy ostatnie wybory samorządowe były w pełni demokratyczne. Do rozważenia i rozstrzygnięcia jest kwestia: czy ten system wyborczy, jaki zastosowano w ostatnich wyborach do wyłaniania rad powiatowych i sejmików wojewódzkich, nie jest systemem manipulującym wyborcami?

Pouczającym doświadczeniem jest także wysoki odsetek głosów nieważnych – w wyborach do sejmików wojewódzkich niemal 18%, a w wyborach do rad powiatów niemal 17% – przy nikłym poziomie głosów nieważnych oddanych przy wyborze wójtów, burmistrzów i prezydentów (w pierwszej turze nieco ponad 2%, w drugiej lekko powyżej 1%), a więc w elekcji w swoistych okręgach jednomandatowych. Jest to lekcja ciekawa. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że to był jakiś wypadek przy pracy, że Polaków dopadła jakaś chwilowa niedyspozycja umysłowa i tylko przez przypadek oddali masę głosów nieważnych. Otóż przypadku nie było. Jest to zjawisko zarówno utrwalające się, jak też narastające: z wyborów na wybory liczba głosów nieważnych rośnie. Biorąc pod uwagę wszystkie wybory samorządowe w skali kraju, szacuje się, że wskaźnik głosów nieważnych wyniósł w tym roku 9,76%, podczas gdy cztery lata temu było to 7,89%. Ludzie decydujący o systemie wyborczym wiedzą o tym. Co więcej, wiedzą też o tym, że istotną przyczyną dużej liczby głosów nieważnych może być sam system wyborczy. Jest on dla głosujących niezrozumiały. Tak, jak w poprzednich wyborach nie wiedzieli, co zrobić z płachtami wyborczymi, tak w zakończonych ostatnio wyborach nie wiedzieli oni, co zrobić z książeczkami, często np. nie dotarło do nich, że mogą w książeczkach postawić tylko jeden krzyżyk przy konkretnej liście kandydatów. Już ponad 10 lat temu problem głosów nieważnych sygnalizował znawca prawa wyborczego Jacek Haman: Miarą dostosowania systemu wyborczego do możliwości wyborców może być odsetek głosów nieważnych – i tak na przykład, w wyborach do Sejmu w 2001 r. odsetek głosów nieważnych wynosił niespełna 4%, w wyborach wójtów i burmistrzów w 2002 r. – 2,2%, natomiast w wyborach do sejmików wojewódzkich – 14,6%, z czego można wnioskować, że procedura wyborów samorządowych z 2002 r. obciążona była jakąś istotną wadą, utrudniającą wyborcom poprawne zagłosowanie [1]. Porównanie wyborów z różnych lat wskazuje, że problem głosów nieważnych jest zadawniony. Politycy go znają. Pytanie: dlaczego nie reagują, nie próbują korygować systemu wyborczego tak, by stał się zrozumiały dla Polaków i by potrafili z niego korzystać? Prawdopodobnie dlatego, że prosty system wyborczy stałby się instrumentem w rękach Polaków, a politycy raczej wolą, aby system wyborczy pozostał narzędziem w rękach klasy politycznej.

Wniosek z lekcji ostatnich wyborów samorządowych jest jeden. Potrzebujemy prostego systemu wyborczego, w którym wyborca nie będzie operował płachtą czy książeczką wyborczą, a więc nie pogubi się… Taką możliwość otwiera możliwość wybierania w okręgach jednomandatowych. Poza wyborami do Sejmu, w odniesieniu do wyborów samorządowych to rozwiązanie powinno zostać rozszerzone na głosowanie do rad powiatowych i sejmików wojewódzkich. Taki system wyborczy nie będzie faworyzował kogokolwiek, nie będzie manipulował Polakami, stanie się naszym instrumentem demokratycznego kreowania władzy w Polsce.

Wrocław, 8 grudnia 2014 r.

——————————————————————————————————-
[1] J. Haman, Demokracja, decyzje, wybory, Warszawa 2003, s. 64

About Zdzisław Ilski

doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie nauk o polityce, nauczyciel akademicki, współpracownik Ruchu na rzecz JOW od 1999 r.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.