/Nie do rzeczy w „Do Rzeczy”

Nie do rzeczy w „Do Rzeczy”

W numerze 31/130 z 27 lipca – 2 sierpnia 2015 r. tygodnika „Do Rzeczy” ukazał się tekst Piotra Gursztyna pt. „Grzechy JOW”. W artykule mało jest argumentów rzeczowych, omija kwestie kluczowo ważne dla ustroju Polski, za to aż roi się w nim od epitetów, przekłamań, niezrozumiałych twierdzeń, czy wydumanych zarzutów. A sugestia, by nie iść na referendum byłaby dobra dla Rosji czy Białorusi, ale nie dla państwa demokratycznego, w którym referendum powinno być podstawowym sposobem rozstrzygania ważnych kwestii. Dziennikarze, co jest rzeczą powszechnie wiadomą, zarabiają pieniądze w ten sposób, że piszą. Aby tych pieniędzy było dużo, to dużo też pisać muszą. Pisanie zabiera jednak czas. Zdarza się więc, że często dziennikarze piszą, nie mając kompletnie czasu na to, żeby zastanowić się nad tym, co piszą, nie mówiąc już o tym, żeby coś wcześniej przeczytać. Z tą niechlubną manierą dziennikarską mamy do czynienia zdecydowanie zbyt często.

Pisze ów dziennikarz tak: „Widać teraz w Polsce natrętną manię reformatorską”, a do tych – jego zdaniem – natręctw zaliczył też pomysł wprowadzenia większościowego systemu wyborczego z JOW. Z takiej tezy czytelnik może wyciągnąć tylko jeden wniosek. Mianowicie taki, że w Polsce wszystko jest w porządku i niczego reformować już nie należy. Aż prosi się pytanie: to właściwie, dlaczego PiS-owi tak bardzo zależy na odsunięciu od władzy PO i na samodzielnym jej sprawowaniu? Czy przypadkiem PiS nie jest dotknięte tym „natręctwem reformatorskim”? Może jednak chce tylko rządzić, ale już nie reformować?

Dalej P. Gursztyn stwierdza: „Mania reformatorska wiąże się z obietnicą szybkiej poprawy stanu Rzeczypospolitej, gdy zostanie spełniony, któryś z głoszonych postulatów. Przykładowo, gdy zlikwiduje się powiaty, znikną lokalne kliki, a gdy będą jednomandatowe okręgi wyborcze, skończy się partyjniactwo. Taka wiara w instytucjonalny cud nie jest tylko polską przypadłością. Zdarza się w bardzo wielu krajach peryferyjnych, gdzie ludzie są sfrustrowani poziomem swojego życia i stanem spraw publicznych”. Chwytliwe, ale niestety nieprawdziwe. W każdym kraju na świecie, który jest w trudnym położeniu, właśnie w rozwiązaniach instytucjonalnych szuka się stosownego punktu wyjścia. Z tej – jak to określił autor – „polskiej przypadłości” zdawali sobie już sprawę polscy reformatorzy w XVIII wieku, próbując ratować Polskę poprzez stosowne rozwiązania instytucjonalne. Gdyby opinię P. Gursztyna przeczytali twórcy Konstytucji 3 maja, to pewnie nie mogliby wyjść z podziwu dla „mądrości” autora opinii. Propozycja wprowadzenia większościowego systemu wyborczego z JOW jest rzeczywiście projektem nowych rozwiązań instytucjonalnych. Wbrew twierdzeniu P. Gursztyna, niczego jednak nie „skończy”, będzie to dopiero początek dalej idących zmian, co zwolennicy tego rozwiązania sygnalizują od lat.

Autor imputuje zwolennikom JOW, że jako zapatrzeni w powodzenie dwóch krajów anglosaskich – USA i Wielkiej Brytanii – przypisują powodzenie tych krajów istnieniu w nich większościowego systemu wyborczego. Najwyraźniej nie znalazł czasu, żeby zapoznać się z argumentacją zwolenników JOW w tej sprawie. Ich myślenie o tym nie ma charakteru „magicznego”. Sygnalizują oni po prostu od lat, że system większościowy z JOW funkcjonuje w niemal 60 państwach świata, w tym tak wysoko rozwiniętych, jak USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, a także największej demokracji parlamentarnej na świecie – w Indiach. W operowaniu tymi przykładami zwolennikom JOW wcale nie chodzi o wykazanie, że sukces tych państw jest wynikiem zastosowania tego systemu wyborczego. Tu chodzi o wskazanie wzoru rozwiązań instytucjonalnych. Bo na kim powinniśmy się wzorować? Twórcy Konstytucji 3 maja też wzorowali się na rozwiązaniach brytyjskich.

Nie znaczy to, że nie ma związku pomiędzy systemem wyborczym a dobrą sytuacją danego kraju. Taki związek istnieje, ale wbrew temu, co sugeruje autor, nie ma on charakteru bezpośredniego, lecz pośredni. Większościowy system wyborczy z JOW jest ważnym punktem wyjścia dla działania rządu tworzonego przez jedną formacje polityczną, a za tym idzie możliwość prowadzenia przemyślanej, spójnej polityki, co rzeczywiście może się przełożyć na sukces. Autor pisze: „Zaryzykuję tezę, że Anglosasi osiągnęli sukces mimo JOW, a nie dzięki nim”. Niestety, pewnie znowu zabrakło mu czasu, żeby to jakoś uzasadnić czy wyjaśnić. Prawdopodobnie zabrakło go także, aby sprawdzić, co stało się w Nowej Zelandii. Państwo to zrezygnowało z JOW, ale nie na rzecz – jak pisze P. Gursztyn – systemu proporcjonalnego, lecz mieszanego. Nie zakończyło to też dyskusji na temat dobrego systemu wyborczego dla tego kraju, a ten mieszany nie przyniósł Nowej Zelandii spodziewanych korzyści i dzisiaj broni go większość niewiele przekraczająca 50%.

Zarzuca P. Gursztyn zwolennikom systemu większościowego, że operują sprzecznością, polegającą na tym, że ten system zapewnia stabilną większość, co jego zdaniem koliduje z tym, że posłowie są związani ze swoimi wyborcami i zachowują niezależność od liderów partii. Tymczasem np. w Wielkiej Brytanii takiej sprzeczności wcale nie ma. Najwyraźniej autor nie znalazł czasu, żeby się nad tym zastanowić. A to wcale takie trudne nie jest. Wbrew temu, co pisze, w Wielkiej Brytanii dyscyplina partyjna nie ma dramatycznego wymiaru, a demokratyczny charakter partii pozwala harmonizować interesy partii i okręgów wyborczych. Jeszcze bardziej jest to widoczne w USA, gdzie w ogóle nie ma żadnej dyscypliny partyjnej. Autor źle też przedstawia rolę „whipów”. To posłowie, którzy przede wszystkim koordynują zachowania posłów z macierzystych klubów, a także dokonują potrzebnych uzgodnień z klubami konkurencyjnymi.

Autor „Grzechów JOW” przywołał wybór Salvadora Allende na prezydenta Chile w 1970 r. jako dowód na możliwe złe rozstrzygnięcie w warunkach przeprowadzania wyborów na podstawie większości względnej. Napisał, że S. Allende: „Był pierwszy na mecie z 36 proc. głosów. Za nim jednak było dwóch kandydatów prawicy, z których jeden dostał 35 proc., a drugi 27 proc.”. Chyba zabrakło mu jednak czasu, by przeczytać, że konstytucja Chile przewidywała, że jeżeli żaden z kandydatów nie otrzyma w wyborach ponad 50% ważnie oddanych głosów, to decyzje o wyborze prezydenta podejmuje parlament i tak właśnie stało się w Chile. Ostateczną decyzję o wyborze S. Allende na urząd prezydenta Chile podjął parlament. To znamienne „niedopatrzenie” wygodnie posłużyło autorowi do wysunięcia takiego oto wniosku: „W ten sposób słabo reprezentatywny polityk rozpoczął radykalne reformy, co skończyło się wiadomo czym. Przy JOW też tak może być, że słabo reprezentowani zwycięzcy będą narzucali swoje egzotyczne pomysły większości pozbawionej swoich posłów”.

Do argumentów wymyślonych zaliczyć można wysuwany przez P. Gursztyna zarzut, że: „Grzechem JOW jest tzw. gerrymandering, czyli tendencyjne rozrysowywanie granic okręgów wyborczych”. Nierzetelność autora w tym przypadku polega na tym, że czytelnik otrzymuje informację, że w większościowym systemie wyborczym trzeba wytyczyć okręgi wyborcze i może z tym być jakiś problem. Tak, jakby na przykład w systemie proporcjonalnym czy mieszanym to już tych okręgów nie trzeba było tworzyć i w ten sposób problemów uniknąć. Żaden z podanych przez P. Gursztyna polskich przypadków nie jest też przypadkiem gerrymanderingu. Powiązanie Cieszyna z Żywcem, Hajnówki z Siemiatyczami, a Ursynowa z Wawrem wynika z układu przestrzennego, terytorialnego. Różne sympatie polityczne mieszkańców z tych ośrodków nie były tu żadnym kryterium. Któregoś dnia wpływy PiS-u czy PO wyparują z tych miejsc, ale okręgi wyborcze z nich złożone pozostaną.

W gruncie rzeczy zarzut gerymanderki jest wydumany, w znacznym stopniu odnosi się do historii, praktyka ta rzadko już występuje. A dyskusji o kształcie okręgu wyborczego nie da się uniknąć w żadnym systemie wyborczym i w naturalny sposób może ona być nawet ostra. Korygowania granic okręgów też nie da się uniknąć, bo zachodzą zmiany demograficzne. Ustalanie i korygowanie granic okręgów wyborczych może i powinno być dokonywane pod kontrolą społeczną wszystkich zainteresowanych. P. Gursztyna zaniepokoiło co stanie się z podziałem Warszawy na JOW. Może rozwieję jego obawy, jeżeli przypomnę, że Stolica już w Księstwie Warszawskim wybierała posłów w okręgach jednomandatowych. Jeżeli więc dwieście lat temu daliśmy radę, to może i teraz też…

Autor „Grzechów JOW” kwestionuje także przewidywanie zwolenników systemu większościowego, że zmieni on elitę polityczną na lepszą. Otóż jest to bardziej niż prawdopodobne. Po wprowadzeniu systemu większościowego z JOW w Sejmie RP niewiele zostanie z obecnej konfiguracji partyjno-personalnej. A to dlatego, że zmieni się decydent rozstrzygający o składzie elity narodowej. Dzisiaj są nim wąskie gremia kierownicze partii politycznych. Po wprowadzeniu ordynacji większościowej z JOW decydentem w tej sprawie zostaną sami Polacy.

Błędnie też P. Gursztyn pisze, że w JOW „kandydaci przywożeni są w teczkach”, gdyż faktycznie np. w Wielkiej Brytanii są wyłaniani w dosyć złożonych procedurach. A jeżeli dana partia w dłuższym przedziale czasu potrafi zachować mandat, to wynika to m.in. z dobrej postawy jej posła i jego zdolności zbudowania dobrych relacji z wyborcami danego okręgu. Nie zachęcam PiS, by dostosowała się do rady tego dziennikarza, bo jeżeli rzeczywiście partia ta będzie chciała przywieźć do okręgów jednomandatowych „kandydatów w teczce”, to jej los szybko stanie się smutny.

Na przykładzie wyborów senackich i z uporem godnym lepszej sprawy powiela P. Gursztyn beznadziejny zarzut, że wprowadzenie JOW otworzy drogę do parlamentu oligarchom. W Polsce demokratycznej od ponad ćwierć wieku wybory do Senatu RP były przeprowadzane w większościowym systemie wyborczym, od 2011 r. – w okręgach jednomandatowych. W całym tym ponad ćwierćwiekowym okresie odnotowaliśmy tylko dwie osoby w Senacie, o których można mówić, że są oligarchami. I to jest właściwie dowód na to, że polskich „oligarchów” w Sejmie RP nie będzie, że parlament wcale nie jest dla nich miejscem komfortowego pobytu, cenny dla nich czas znacznie przyjemniej spędza się gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu, a sprawy własne skuteczniej można załatwić działając poza parlamentem. Myślę, że autor o tym wie, bo poza przypadkiem H. Stokłosy musiał odwołać się do egzotycznego przykładu oligarchów z Zakarpacia.

Od wielu lat toczy się w Polsce debata nad systemem wyborczym, a w ostatnich trzech latach jest ona niesłychanie intensywna. Tekstu pt. „Grzechy JOW” nie można jednak uznać za głos w tej dyskusji. Nie zawiera zbyt wiele treści ważnych dla tej debaty, jest natomiast nieelegancko napastliwy wobec propozycji wprowadzenia większościowego systemu wyborczego z JOW, a także obraża ludzi, którzy z potrzeby serca i z poczuciem obywatelskiej troski szukają dla Polski lepszych rozwiązań. Kwestią wymagającą odrębnej refleksji jest to, dlaczego redakcja „Do Rzeczy” akurat teraz wyemitowała tak niedorzeczny tekst?

Wrocław, 3 sierpnia 2015 r.

About Zdzisław Ilski

doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie nauk o polityce, nauczyciel akademicki, współpracownik Ruchu na rzecz JOW od 1999 r.