Spodziewane, a od dawna już wyczekiwane przez Polaków – chociaż nie z takim pytaniem – referendum w sprawie wprowadzenia w wyborach do Sejmu RP większościowego systemu wyborczego realizowanego w jednomandatowych okręgach wyborczych pozwala na kontynuowanie – miejmy nadzieję – poważnej debaty publicznej w tej sprawie. Zabrał w niej ostatnio głos politolog, dr hab. Tomasz Słomka z Uniwersytetu Warszawskiego, prezentując na stronie Instytutu Obywatelskiego tekst pt. „JOW. Implikacje polityczne i ustrojowe”. Kilka ocen i prognoz zawartych w tej opinii budzi wątpliwości.

Autor twierdzi – powołując się przy tym na przykład wyborów brytyjskich i przypadek wyborów do Senatu RP z 2011 r. – że wprowadzenie ordynacji większościowej z jednomandatowymi okręgami wyborczymi (OW z JOW) będzie godziło w taką wartość, jaką jest pluralizm polityczny, a konsekwencji – jak wyraził się – „zacementuje” system partyjny. Trudno to akceptować. Wybory do Senatu RP przeprowadzono w dużych okręgach wyborczych, a to z natury rzeczy uprzywilejowuje sytuację dużych partii politycznych. W małych JOW, a takie są przewidywane w wyborach do Sejmu RP, rzecz może wyglądać już zupełnie inaczej i sugerowane przez autora rozstrzygnięcie wcale nie jest oczywiste. Także wybory w Wielkiej Brytanii wskazują, że pluralizm polityczny jest tam nadal respektowany: po ostatnich wyborach, w Izbie Gmin – poza dwoma kluczowymi ugrupowaniami – zasiadają przedstawiciele jeszcze dziewięciu kolejnych partii politycznych. Podobnie było po wyborach z 2010 r. Oczywiście, ta reprezentacja i związany z nią pluralizm realizują się w sposób zgodny z logiką wyborów większościowych: tam, gdzie dana grupa polityczna i jej program jest dostatecznie silna, to w parlamencie jest obecna. Podkreślenia wymaga, że respektowanie pluralizmu politycznego w żadnym wypadku nie może oznaczać konieczności fizycznej obecności przedstawicieli różnych opcji politycznych w parlamencie. W wielu krajach występuje po kilkadziesiąt czy ponad sto partii politycznych. Wręcz trudno sobie wyobrazić, by w ogóle mogły zaistnieć w parlamencie, bo to mogłoby sparaliżować jego pracę. Pluralizm polityczny może się z powodzeniem realizować także obecnością w debatach publicznych, możliwością prezentowania własnego stanowiska w mediach, na spotkaniach z ludźmi itd. Pod tym względem OW z JOW nie zubaża dyskursu publicznego.

Przywołany został też niemal standardowy zarzut, że OW z JOW – jak się wyraził – „zacementuje” system partyjny. Autor używa nietrafnej podstawy do takiej tezy: w Wielkiej Brytanii nic nie jest zabetonowane, a już najbardziej wymowne było zawładnięcie w tegorocznych wyborach przez Szkocką Partię Narodową „zabetonowanych” twierdz Partii Pracy w Szkocji (przypomnę też, że w poprzednich wyborach pewien ambitny Szkot zdobył „zacementowaną” twierdzę laburzystów w środku Londynu). „Cementowy argument” nie chwyta także w odniesieniu do wyborów senackich w Polsce w 2011 r. – jako przeprowadzane w okręgach dużych, w oczywisty sposób faworyzowały partie silne. W przypadku wyborów do Sejmu RP, przeprowadzanych w małych JOW, przewaga partii dużych nie musi się potwierdzić w sposób dramatyczny. Rzecz rozstrzygnie się na małym obszarze i stąd wynik rozstrzygnięcia oczywisty bynajmniej nie jest: na małym obszarze Dawid może pokonać Goliata, a reprezentacja parlamentarna może być już bardziej urozmaicona. Wbrew opinii dra T. Słomki, OW z JOW nie zawsze narzuca wyborcom strategię postępowania, w małym okręgu wyborcy z powodzeniem mogą kierować się własną wolą. Tym samym OW z JOW ze swej istoty w żaden sposób nie godzi też w partie małe czy średnie, a w konsekwencji jego implementacja nie musi oznaczać jakiejś drastycznej polaryzacji. W sumie ryzykować można twierdzenie, że właściwością OW z JOW wydaje się być to, że ten system wyborczy premiuje partie duże i dobrze zorganizowane, ale respektuje też partie średnie i małe – pod warunkiem, że są dobrze osadzone w tkance społecznej. Właściwość tę można dostrzec po wyborach brytyjskich, a w Polsce może ona odsłonić się w dłuższym przedziale czasu, po kilku elekcjach w OW z JOW.

Wiąże się z tym kwestia kolejna. Trudno zgodzić się z twierdzeniem dra T. Słomki, że JOW „nie zmniejszają, lecz raczej potęgują wpływ partii politycznych na wyłanianie kandydatów”. Wydaje się, że problem jest w tym wypadku źle postawiony. Nie chodzi bowiem wcale o to, czy partie będą wysuwały własnych kandydatów. Partie nadal będą wysuwały w JOW własnych przedstawicieli. Ważniejsze w przypadku analizowanej kwestii jest pytanie: jak to będą robiły? Sugerowana przez autora opinii chęć kontrolowania procesu wyłaniania kandydatów przez kierownictwa i liderów partii, a zatem narzucanie kandydatów, jest z góry wykluczona (no, chyba że się będzie chciało kogoś „spalić”). Ta dyskusyjna prognoza powiązana jest z inną oceną autora opinii.

Otóż mylna wydaje się być jego teza mówiąca, że „w wyborach ponadgminnych wzrasta tendencja do głosowania na „szyldy” partyjne. Doświadczenie ostatnich elekcji wskazuje jednak, że w wyborach do Sejmu RP na znaczeniu zyskują np. powiaty i wytworzone w nich powiązania. Wbrew opinii autora – ponownie opartej na nieadekwatnym przykładzie wyborów do Senatu RP w 2011 r. – wyborcy bynajmniej nie sięgają w nich do „użytecznego klucza przynależności partyjnej”, lecz głosują na „swoich”. Sytuacja ta będzie oznaczała m.in. to, że partie, aby skutecznie przejść przez „sito wyborcze” będą musiały poszukać takiego kandydata, który będzie dla „wyborców powiatowych” do zaakceptowania, będzie z nimi powiązany, zbuduje z nimi kontrakt. Sam „szyld” partyjny może już nie wystarczać do zdobycia mandatu, o tym zadecydują pierwiastki personalne. Z punktu widzenia demokracji jest to dobra sytuacja, bo taka praktyka ma szansę zamienić demokrację fasadową na demokrację rzeczywistą, bazującą na konkretnym fundamencie w postaci poparcia społeczności lokalnych. Tym samym, o żadnej – wskazywanej przez autora – „nieuchronności rozstrzygającej roli partii politycznych w procesie wyborczym” nie może być mowy. W procedurze wyłaniania kandydatów liderzy partyjni będą musieli uwzględnić opinię środowisk lokalnych. Jeżeli partie nie zrozumieją znaczenia już dokonującej się zmiany sytuacji, to ich los będzie smutny. Oczywiście, wprowadzenie ordynacji większościowej z JOW w ogóle nie jest obliczone na eliminację partii politycznych ani z życia politycznego, ani też z procesu wyborczego. W grę wchodzi jednak ich demokratyzacja i służebna rola wobec społeczeństwa. Partie tak zorientowane przetrwają.

Autor dobrze wskazuje, że: „Argumentem na rzecz JOW ma być wyraźniejsze podkreślenie odpowiedzialności mandatariuszy przed wyborcami oraz ściślejsze związanie tych mandatariuszy z okręgiem wyborczym”. Dyskusyjny jest jednak wyprowadzany przez niego stąd wniosek. Pisze bowiem, że wprowadzenie większościowego systemu wyborczego z JOW może spowodować zachwianie „konstytucyjnej zasady wolnego mandatu przedstawicielskiego” i obranie kursu ku mandatowi związanemu. Warto się przez chwilę nad tym zatrzymać. Koncept mandatu wolnego to ideał, nie zawsze w praktyce występujący. Wystarczy bowiem obserwować zachowanie posłów, rekrutowanych do parlamentu za pomocą systemu proporcjonalnego i list partyjnych. Teoretycznie ich mandat jest wolny, ale realna praktyka temu zaprzecza: partyjni posłowie często zmuszani są do głosowań narzucanych przez władze partii i władze klubu parlamentarnego, łącznie z możliwością wprowadzania dyscypliny głosowania i związaną z tym praktyką karania posłów „niepokornych”. W sumie: mandat wolny długo jeszcze pozostanie ideałem. Zarówno system proporcjonalny, jak i większościowy z JOW, w praktyce będą prowadziły do pewnego „odchylenia” od mandatu wolnego w kierunku mandatu imperatywnego. W przypadku systemu proporcjonalnego to „odchylenie” idzie w kierunku zachowania lojalności z partiami i ich liderami; w przypadku systemu większościowego z JOW – w kierunku wyborców z danego okręgu wyborczego. Patrząc realnie, to do rozstrzygnięcia jest tu kwestia: co lepsze?

Jako ewidentnie wydumany można potraktować argument dra hab. T. Słomki, że „JOW mogą – choć oczywiście nie jest to wpisane wprost w ich istotę – otworzyć drogę do łatwiejszego uzyskania mandatu przez różnego rodzaju grupy nieformalne, w tym grupy o charakterze kryminalnym”. Tego typu argument w gruncie rzeczy zakłada, że wyborcy to jakaś „ciemna masa”, ludzie podatni na korupcję, niezdolni do rozpoznawania kandydatów i do zachowań racjonalnych, zorientowanych na dobro publiczne. Już ponad sto lat temu jeden z przywódców polskiego ruchu ludowego – Jan Stapiński – broniąc praktyki przeprowadzania wyborów w okręgach jednomandatowych, odwoływał się do prostego wskazania: „wiedzą sąsiedzi, kto na czym siedzi”. Ta sentencja ludowa w warstwie informacyjnej wskazuje wymownie na to, że na małej przestrzeni Polacy wręcz świetnie się rozpoznają, wiedzą o sobie dużo, może nawet za dużo. W praktyce tworzy to pewne „sito” i aż trudno sobie wyobrazić, aby mógł przez nie przejść jakiś „mafioso”, podobnie jak i „oligarcha”. Jest to już bardziej możliwe w systemie proporcjonalnym, bo w nim kandydatów na listach partyjnych „zakulisowo” lokują liderzy partyjni i niekoniecznie muszą być oni znani wyborcom. W okręgach jednomandatowych sytuacja taka, że wyborcy zagłosują na kogoś, kogo nie znają, będzie właściwie wykluczona.

Autor opinii powiela też utarty już zarzut, że wybory oparte na większości zwykłej prowadzą do sytuacji, że mandatariusze nie będą mieli „dostatecznej legitymacji”, bo może być tak, że nie reprezentują większości. W gruncie rzeczy każde zwycięstwo wyborcze – zarówno na podstawie większości względnej, jak i bezwzględnej – legitymizuje. Poseł wybrany w JOW nie powinien być jednak odbierany jako reprezentant mniejszej czy większej części elektoratu. Reprezentuje okręg wyborczy, a więc jest przedstawicielem wszystkich wyborców. Warto zauważyć, że zarzut mówiący o tym, że wybory w okręgach jednomandatowych mogą kogoś pozbawić reprezentacji, jest sprzeczny z zarzutem dotyczącym charakteru mandatu przedstawicielskiego. Zwolennicy tezy, że mandat przedstawicielski powinien być powiązany z konkretną grupą wyborców w okręgu, powinni uwzględnić to, że w ten sposób w gruncie rzeczy sami też sugerują imperatywny charakter tegoż mandatu.

Dr T. Słomka dostrzega, że ordynacja większościowa kształtując większość parlamentarną, może skuteczniej sprzyjać stabilnym rządom. Skarży się jednak, że w ten sposób: „parlament staje się swoistym zakładnikiem większości”, z konsekwencjami tego. Zarzut trzeba odrzucić. W większościowym systemie wyborczym z JOW dokładnie o to chodzi, by powstała większość zdolna do formułowania rządu i przyjmowania odpowiednich aktów prawnych. Nie wytrzymuje krytyki także zarzut, że w warunkach działania większościowego systemu wyborczego, ograniczona zostaje rola opozycji politycznej w zakresie jej wpływu na funkcjonowanie parlamentu i rządu. Ograniczona rola opozycji w tym zakresie logicznie wynika bowiem z faktu, że jest opozycją; wręcz trudno sobie wyobrazić sytuację, że opozycja jest opozycją i jednocześnie siłą wpływająca na funkcjonowanie państwa i parlamentu w stopniu porównywalnym z tą formacją, która ma większość w parlamencie. Zarazem trzeba dostrzegać, że większościowy system wyborczy bynajmniej nie eliminuje roli opozycji – jako takiej. Rolą opozycji nie jest jednak współrządzenie, raczej kontrolowanie rządzących, a można to robić w parlamencie w komisjach, w dyskusjach plenarnych, a także poprzez oddziaływanie na opinię publiczną.

Wrocław, 1 czerwca 2015 r.

About Zdzisław Ilski

doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie nauk o polityce, nauczyciel akademicki, współpracownik Ruchu na rzecz JOW od 1999 r.

Dyskusja - 7 Komentarzy
  1. W.b'S.

    04. Cze 2015,  godz. 06:29

    Nasuwa się mimo woli pytanie do Pana Doktora: czy jest Pan uczestnikiem podobnych debat, spotkań w skali kraju? Dr Słomka mówi „Od wielu lat trwa w Polsce dyskusja nad systemem wyborczym do Sejmu”. Jak wiemy Instytut Obywatelski to think tank PO bez osobowości prawnej ani oddzielnego budżetu (13.8.2013) czyli jest to jest tow.wzajemnej adoracji.

    Odpowiedz

    • Zdzisław Ilski

      04. Cze 2015,  godz. 13:16

      Debata o systemie wyborczym w Polsce toczyła się w całym okresie transformacji ustrojowej. Początkowo była debatą właściwie zamkniętą i dla Polaków niewidoczną. Na powierzchnię życia publicznego zaczął ja wydobywać śp. prof. J. Przystawa, inicjując w 1993 r. powstanie Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW (nawiasem mówiąc: jeżeli pytanie jest skierowane do mnie, to odpowiadam, że w tej debacie uczestniczę w różnych formach od 1999 r.) . Przez długi czas, za wyjątkiem lat 2003 – 2004, debaty tej nie dostrzegały media głównego nurtu. Dzisiaj, za sprawą kampanii prezydenckiej i zapowiedzianego referendum, nie mogą już jej przemilczeć. To sytuacja bardziej już komfortowa i trzeba ją wykorzystać.

      Odpowiedz

  2. Michał

    02. Cze 2015,  godz. 16:57

    Wobec wszystkich problemów z ordynacją wyborczą, gdzie JOWy ustanawiają hegemonię 2 partii politycznych widzę jedno, prościutkie rozwiązanie.
    Zapis w ordynacji wyborczej iż bierne prawo wyborcze uzyskuje kandydat dopiero wtedy, jeżeli potrafi udokumentować fakt ZAMIESZKANIA w danym okręgu przez całą poprzednia kadencję. bez rygoru zameldowania. Wystarczy iż przedstawi fakty iż danego rejonu nie opuszczał na dłużej niż np. 60 dni roboczych w roku. W dobie internetu nie trudno jest wyłapać oszustów i już. czujący się warszawiakiem słoik walczy ( i głosuje ) w Warszawie, „wyemigrowany” Londyńczyk w Londynie, emigrant wewnętrzny tam gdzie trafił np w Bieszczadach. Ale system pozwala na identyfikacje wyborców, z regionem na szczeblu gdzie PARTIE nie maja nic do gadania

    Odpowiedz

  3. bisnetus

    02. Cze 2015,  godz. 14:20

    Dla mnie naukowiec, który daje jako przykład JOW-ów pierwsze wybory do Senatu 2011, w których system JOW uchwalono ustawą z dnia 01-08-2011 przy terminie wyborów wyznaczonym na 09-10-2011 i próbuje na tej podstawie oceniać działanie systemów wyborczych się kompletnie kompromituje i ujawnia się „naukowcem sponsorowanym”.

    Pisałem o tym bliżej w Kłamstwo i mit: Wybory do Senatu 2011 „skompromitowały” ideę JOW

    Odpowiedz

    • Łukasz Bień

      02. Cze 2015,  godz. 15:12

      Tutaj akurat muszę stanąć w obronie ustawodawców. Wprowadzenie JOW do Senatu uchwalono 5 stycznia 2011, tylko ustawa ta weszła w życie po upływie vacatio legis 1 sierpnia 2011. Kształt okręgów, zasady kandydowania itd. były znane w takiej formie, w jakiej było to w czasie wyborów 2011, właśnie od stycznia 2011.

      Odpowiedz

      • bisnetus

        02. Cze 2015,  godz. 17:13

        Dziękuję za tę uwagę. Postaram się skorygować tę informację w zalinkowanym dokumencie, chociaż to niewiele zmienia w istocie rzeczy. Decydująca jest data wejścia ustawy w życie. Zresztą zastanawiam się teraz tak na podstawie pamięci: Kodeks wyborczy nakazuje ogłoszenie wyborów co najmniej 90 dni przed dniem wyborów. To byłoby na oko ogłoszenie wyborów przed wejściem Kodeksu Wyborczego w życie. Dziwaczna konstelacja, być może też uregulowana w przepisach przejściowych. A w sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo dziwactwo, brak spójności, błędy logiczne są w naszym prawe wyborczym zupełnie naturalne i normalne.

        Generalnie sprawa jest już dzisiaj nieważna i szkoda czasu by to dokładniej sprawdzać, ale nieścisłość faktograficzną należy oczywiście poprawić i za wskazanie jeszcze raz dziękuję.

        Odpowiedz

  4. Łukasz Bień

    02. Cze 2015,  godz. 10:14

    Gratuluję kolejnej trafnej, merytorycznej i wyważonej repliki.

    Ostatni akapit przeraża swoją „logiką”. A kto ma władać Sejmem, jeśli nie większość sejmowa? O ile niektóre argumenty można zrozumieć, ten na końcu tekstu po prostu bawi do rozpuku.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.