W środę wieczorem w redakcji tygodnika „Wprost” prokurator, działając z pomocą ABW i policji, doprowadził do upadku Platformę Obywatelską.

Nagły upadek partii rządzącej byłby wydarzeniem wyjątkowym w kraju o stabilnej, wieloletniej tradycji demokratycznej. Polska niestety do takich krajów nie należy. To, co dzieje się dziś z Platformą Obywatelską, jest wydarzeniem ważnym, ale, jak na nasze warunki, nie jest czymś wyjątkowym. Jest to wydarzenie z grubsza takiej samej rangi, jak zniknięcie Unii Wolności i AWS, jak gigantyczne wahania poparcia, które zdarzały się postkomunistom i PSL, czy wreszcie jak upadek LPR i Samoobrony.

Czego powinniśmy się wstydzić

Różne aspekty afery podsłuchowej przynoszą wstyd rządowi i innym organom władzy. Ale nasz naród jako całość powinien wstydzić się czego innego: tego, że pozwoliliśmy rządowi przetrwać poprzednią aferę, która polegała na odebraniu nam oszczędności emerytalnych zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych (OFE).

Warto przypomnieć, że polska kobieta rodzi średnio 1,3 dziecka w ciągu swojego życia. Ten wskaźnik jest katastrofalnie niski (aby ludność Polski utrzymywała się na stałym poziomie, powinien on wynosić 2,05). Skutkiem tego, w najbliższych dziesięcioleciach będzie w Polsce mało ludzi w sile wieku, zdolnych pracować i płacić składki emerytalne. Liczba emerytów pozostanie natomiast wysoka. Wypłata emerytur w oparciu o system repartycyjny (czyli ze składek, które osoby pracujące wpłacają na bieżąco), będzie wówczas ekonomicznie niewykonalna. Jeżeli nie chcemy, aby w przyszłych latach polski system emerytalny załamał się finansowo i pociągnął za sobą całą gospodarkę, to znaczna część emerytur musi być wypłacana z innych źródeł — takim właśnie źródłem pieniędzy miały być OFE.

OFE zostały stworzone przez poprzednie rządy dlatego, że są absolutnie niezbędne do tego, aby w przyszłych latach Polska uniknęła katastrofy gospodarczej. Odbierając aktywa z OFE i przekazując je w roku 2013 na finansowanie bieżących wydatków państwa, większość sejmowa kierowana przez Donalda Tuska ściągnęła na polską gospodarkę nieszczęście. To nieszczęście nie zrealizuje się dziś, lecz dopiero za 20 lub 30 lat. Ale się zrealizuje.

To niszczycielskie działanie nie spotkało się z żadną poważną odpowiedzią. Nie zadziałały mechanizmy demokratyczne: posłowie należący do większości rządowej nie odmówili poparcia dla ustawy odbierającej pieniądze funduszom emerytalnym, choć przynajmniej niektórzy z nich rozumieli, jak bardzo ta ustawa jest szkodliwa; Prezydent Rzeczypospolitej ustawy nie zawetował. Mechanizmy prawne okazały się nieskuteczne: Trybunał Konstytucyjny nieprędko sprawę rozpatrzy, chociaż aktywa OFE już dawno zostały zabrane. Ogół Polaków także nie zareagował — nie było protestów na dużą skalę, rząd i partia rządząca nie stracili na popularności w sposób wyraźny (Plaforma Obywatelska od kilku już lat ma tendencję spadkową, ale nie da się wyraźnie wskazać wpływu zniszczenia OFE na te spadki).

Afera związana z nielegalnymi nagraniami, która wybuchła w zeszły weekend, jest mało istotna, jeśli porównać ją z konfiskatą oszczędności zgromadzonych w OFE. Owszem, ta afera pokazuje, że prezes NBP gotów jest wbrew Konstytucji finansować deficyt państwa, po to aby Platforma Obywatelska mogła wygrać kolejne wybory. Ale przecież nawet w najśmielszych projektach Marka Belki, takie finansowanie deficytu mogło być tylko niewielkim ułamkiem sumy 150 miliardów złotych — a taką właśnie sumę władze zabrały z OFE.

Owszem, ważnym wydarzeniem związanym z nielegalnymi podsłuchami było groteskowe i nielegalne przeszukanie w redakcji „Wprost”, połączone z nieudaną próbą odebrania komputera redaktorowi naczelnemu. To przeszukanie było niewątpliwie poważnym zamachem na wolność prasy. Ale sprawcą nie był tu ani rząd, ani nikt z kręgów Platformy Obywatelskiej, lecz prokuratura, która jest od rządu niezależna. Najście na redakcję „Wprost” nie powinno bezpośrednio obciążać konta Platformy Obywatelskiej.

Dla porównania przypomnijmy, jak wolność wypowiedzi została zduszona przy okazji odebrania aktywów OFE. Wówczas ustawowo zakazano reklam zawierających „informacje o otwartych funduszach”. Kara za złamanie tego zakazu wynosi od miliona do trzech milionów złotych. I nie jest to bynajmniej zwykła kara, taka, jakie przewidziane są w kodeksie karnym. Jest to kara administracyjna, co oznacza w szczególności, że wszelkie możliwości załagodzenia sytuacji, jakie wynikają z ustaw karnych, nie mają tu zastosowania. Nie ma kar w zawieszeniu, nie ma warunkowego umorzenia postępowania.

Na przykład sprawca, który ranił kogoś nożem, może zostać skazany na karę w zawieszeniu (a więc w praktyce: na żadną karę), o ile sąd uzna to za właściwe. Taka możliwość istnieje, gdyż jest przewidziana w kodeksie karnym. Natomiast bloger, który zaapeluje do swoich czytelników o pozostanie w OFE i przy tym udzieli informacji o tych funduszach, będzie musiał zapłacić co najmniej milion złotych. Nie ma możliwości zawieszenia lub nadzwyczajnego złagodzenia kary, nie ma możliwości warunkowego umorzenia postępowania. Nawet jeśli bloger miał tylko pięciu czytelników.

Kiedy w roku 2013 władza zabrała 150 miliardów złotych naszych oszczędności emerytalnych, pojawiła się fala krytyki, ale nie było mowy o dymisji rządu ani o przyspieszonych wyborach. Kiedy natomiast, kilka dni temu, ujawniono plany dwóch panów, dotyczące nielegalnego sfinansowania deficytu w dużo mniejszym zakresie — dyskusja zarówno o dymisji rządu, jak o przyspieszonych wyborach, wybuchła z wielką siłą.

Kiedy ustawa, uchwalona przez rządową większość w Sejmie, zabroniła mówienia o funduszach emerytalnych i ustanowiła horrendalne kary, nie dyskutowano ani o przyspieszonych wyborach, ani o dymisji rządu (chociaż fala krytyki była). Natomiast kiedy w zeszłą środę prokuratura, która nie podlega rządowi i nie jest powiązana z większością rządową w Sejmie, zrobiła najście (skądinąd paskudne) na redakcję czasopisma, o przyspieszonych wyborach zaczęli mówić zarówno prezydent, jak premier.

Wniosek z tego jest taki, że polska demokracja funkcjonuje źle. Nie potrafimy rozróżnić między tym, co ważne, a tym, co mniej ważne, między tym, co na dłuższą metę zabójcze dla naszego państwa, a tym, co mniej groźne.

Czego powinniśmy się bać

Jest prawdopodobne, że Platforma Obywatelska przegra najbliższe wybory (przyspieszone lub nie). Przegra je, gdyż się skompromitowała. Skompromitowała się rozmaitymi aspektami afery podsłuchowej, ale także wieloma innymi rzeczami, na przykład brakiem dawno obiecanych działań na rzecz wprowadzenia okręgów jednomandatowych (JOW) w wyborach do Sejmu, likwidacją OFE, czy też przedłużeniem wieku emerytalnego w sposób urągający zasadom demokracji (Platforma Obywatelska wygrała wybory w roku 2011 podkreślając, że przedłużenie wieku emerytalnego nie jest konieczne, a tuż po wyborach premier Tusk ogłosił, że przedłuży wiek emerytalny).

W obecnej sytuacji politycznej przegrana PO może oznaczać tylko jedno: wygraną PiS. Ta ostatnia partia rządziła w latach 2005-2007 i wtedy skompromitowała się na tyle silnie, że PO wygrała kolejne wybory.

Za czasów PiS nie było policyjnych najść na redakcje, ale masowe za to było podporządkowywanie mediów państwowych (szczególnie telewizji) interesowi partyjnemu. Miała też miejsce próba dotowania sprzyjającej PiS-owi grupy medialnej Tadeusza Rydzyka kilkudziesięcioma milionami złotych z państwowej kasy (próba się nie powiodła, gdyż PiS stracił władzę przed wypłaceniem dotacji).

Za czasów PiS doktor Garlicki, transplantolog, był ścigany przez prokuraturę tak brutalnie i w połączeniu z tak silną nagonką w mediach, że przeszczepy narządów na jakiś czas zostały w Polsce zablokowane. Prawdopodobnie kilkadziesiąt osób zmarło z tego powodu.

Za czasów PiS nie budowano autostrad. Za czasów PiS w ogóle nie reformowano systemu emerytalnego, chociaż reformy są absolutnie konieczne. PiS w ogóle nie proponuje wprowadzania JOW.

Za czasów PiS polityka zagraniczna była nielogiczna i niemoralna. Na przykład Lech Kaczyński odznaczył azerskich urzędników odpowiedzialnych za łamanie praw człowieka. Polityka ta była też nieskuteczna: za zgodą braci Kaczyńskich przyjęto niekorzystny dla Polski sposób głosowania w radzie Unii Europejskiej, znany jako podwójna większość.

Jeśli afera podsłuchowa doprowadzi do zastąpienia rządu Donalda Tuska przez rząd Jarosława Kaszyńskiego, to stracimy na tym: zamiast premiera skompromitowanego, będziemy mieć premiera skompromitowanego jeszcze bardziej.

Czy jest nadzieja, że nie będzie aż tak źle? Owszem: wystarczy, że premierem zostanie ktoś inny, niż Tusk lub Kaczyński. To może się stać już dziś lub jutro, jeśli zgodzi się na to obecna koalicja PO-PSL. A zgoda koalicji zależeć będzie od postawy Donalda Tuska. Jeśli Tusk zrozumie, że przegrał i że powinien oddać ster w inne ręce, to Polska może mieć teraz dobry rząd. Pod kierownictwem kogoś z PO albo pod kierownictwem osoby bezpartyjnej, ale z poparciem PO i PSL.

Jeśli jednak Donald Tusk nie zrozumie szybko, że już przegrał, i będzie chciał być premierem tak długo, jak tylko może — to wtedy jego następcą niedługo zostanie Jarosław Kaczyński. Wszyscy na tym stracimy.

A więc Tusk musi. Musi zrozumieć, że przegrał, i działać tak, aby nie pociągnąć nas wszystkich na dno.

Źródło: www.skubi.net

Dyskusja - 1 komentarz
  1. Bolo

    24. Cze 2014,  godz. 00:12

    Ja wiem ze PO, PIS i wszyscy to jedno wielkie …. ale co mamy zrobic? jak wprowadzamy JOW?

    Odpowiedz

Skomentuj