W tym roku obserwowałem wybory trzykrotnie: w maju w Charkowie, w październiku w okolicach Kirowohradu (250 km na południe od Kijowa), a w ostatnią niedzielę w okolicach Płocka. We wszystkich trzech przypadkach wybory były zorganizowane tak, by z pracy komisji wyborczych zrobić gehennę. Złe prawo wyborcze, źle zaprojektowany system informatyczny, nieludzkie obciążenie pracą członków komisji — to wszystko widziałem we wszystkich trzech przypadkach. W czasie, gdy Ukraina w różnych dziedzinach próbuje dorównać Europie, my w dziedzinie bałaganu dorównaliśmy Ukrainie.

W okolicach Płocka wybrałem do obserwacji Siemiątkowo (Powiat Żuromiński, Województwo Mazowieckie), ponieważ poprzednie wybory do sejmiku wojewódzkiego dały w tej miejscowości zastanawiające wyniki: w 2002 roku było 39% głosów nieważnych, a latach 2006 i 2010 — 41%.

Ogromna liczba głosów nieważnych w wyborach do mazowieckiego sejmiku wojewódzkiego jest zjawiskiem znanym. Polecam artykuł na ten temat w Gazecie Wyborczej: Tajemnicza plaga nieważnych głosów na Mazowszu. Dobrze głosują tylko wyborcy PSL.

Wiele osób podejrzewa, że głosy nieważne wynikają z oszustw: w czasie liczenia głosów, ktoś dopisuje dodatkowe krzyżyki do kart do głosowania. A ponieważ głosy nieważne są szczególnie liczne tam, gdzie PSL ma ogromną przewagę, właśnie PSL jest często oskarżany o takie oszustwa (w Siemiątkowie w 2002 roku PSL otrzymał 27% głosów ważnych, a w latach 2006 i 2010 — 69%).

W Siemiątkowie w 2014 roku dopisywania krzyżyków nie było. Obserwowałem pracę komisji i jestem o tym przekonany. A więc, wbrew rozmaitym podejrzeniom, w ostatnią niedzielę głosy nieważne w tej miejscowości były dziełem wyborców. Większość owych głosów zawierała po dwa krzyżyki, postawione przy dwóch różnych listach kandydatów (przypomnijmy, że głos oddany na więcej niż jedną listę jest nieważny). Co to oznacza? Wyborca albo umyślnie unieważnia swój głos, albo stawia dwa krzyżyki dlatego, że nie wie, jak powinno się głosować, a ma sympatię do dwóch kandydatów z różnych list. Nie potrafię rozstrzygnąć, która z tych możliwości dominowała w Siemiątkowie.

Warto przypomnieć kontekst. W Siemiątkowie, podobnie jak we wszystkich mniejszych miejscowościach w Polsce, mieliśmy do czynienia z czterema rodzajami wyborów jednocześnie: wybierano wójta, radnych gminy, radnych powiatu i radnych sejmiku wojewódzkiego. Wybory były więc poprzedzone czterema różnymi kampaniami wyborczymi. Dla przeciętnego wyborcy to za dużo. Trudno sobie wyobrazić, że typowy wyborca będzie żywo interesować się czterema różnymi kwestiami na raz. Jedyny prosty sposób, w jaki wyborca może to ogarnąć, to przywiązanie do partii: partia polityczna, w przeciwieństwie do indywidualnego kandydata, może być obecna na wszystkich szczeblach samorządu i we wszystkich rodzajach wyborów. Wyborca może więc pokochać jedną partię i na nią głosować w czterech rodzajach wyborów.

W Siemiątkowie w latach 2006, 2010 i 2014 wybory wójta wygrywał Piotr Kostrzewski. Wygrywał przy bardzo niskiej liczbie głosów nieważnych, co oznacza, że niemal wszyscy wyborcy popierali któregoś z kandydatów i umieli to zrobić prawidłowo. Kostrzewski reprezentuje PSL, natomiast jego przeciwnicy nie byli powiązani z partiami reprezentowanymi w sejmiku. Ta sytuacja może wyjaśniać, dlaczego PSL uzyskuje tam tak dobry wynik w wyborach do sejmiku: zwolennicy Kostrzewskiego swoją preferencję rozciągają na PSL, natomiast zwolennicy innych kandydatów na wójta nie bardzo wiedzą, kogo poprzeć, i w wielu przypadkach oddają głosy nieważne.

Czy wyborcy rozumieją procedurę głosowania? Zapewne nie wszyscy. Wybory odbywają się według trzech różnych systemów wyborczych: większościowego z dwiema turami (wójt), większościowego z jedną turą (rada gminy) i proporcjonalnego (rada powiatu, sejmik wojewódzki). Żeby wyborcom było jeszcze trudniej zrozumieć reguły gry, reguły te są różne w różnych miejscowościach. W większych miastach (w miastach na prawach powiatu) są tylko trzy rodzaje wyborów. W Warszawie natomiast są cztery rodzaje wyborów, podobnie jak na wsi i w małych miasteczkach, ale są to wybory innego rodzaju i według innego systemu wyborczego. W tej sytuacji przeciętnemu wyborcy trudno jest zrozumieć, o co tu chodzi, na podstawie jakiegoś prostego przekazu. Wyjaśnienia, jakie mieszkaniec małego miasteczka może usłyszeć w telewizji, od córki pracującej w Warszawie lub od znajomych z Płocka, mogą mu tylko zamącić w głowie.

Podsumowując: zgodnie z tym, co widziałem, ogromne ilości głosów nieważnych nie wynikają z fałszerstw. One wynikają z dezorientacji, a ta z kolei bierze się z jednoczesnego prowadzenia czterech kampanii wyborczych, z jednoczesnego głosowania w czterech rodzajach wyborów i ze współistnienia trzech systemów wyborczych, które w różnych miejscowościach funkcjonują w różny sposób.

Wszystko, co napisałem na temat wyborów do sejmiku wojewódzkiego w Siemiątkowie dotyczy w taki sam sposób wyborów do rady powiatu w tej miejscowości. Liczba głosów nieważnych była podobna.

Inne nonsensy

To, co napisałem powyżej, wystarczyłoby, abyśmy mogli negatywnie ocenić organizację wyborów do samorządu miejscowego. Niestety lista problemów jest dłuższa, nawet jeśli pominiemy to, o czym dziś jest najgłośniej, czyli niedziałający system zliczania głosów.

Oto kilka poważnych problemów

Książeczki i przepracowanie: Największym chyba problemem komisji wyborczych jest to, że przy proporcjonalnym systemie wyborczym dokument oficjalnie zwany kartą do głosowania w rzeczywistości nie jest kartą, lecz książeczką. Komisja wyborcza musi te książeczki przeglądać strona po stronie, co jest bardzo czasochłonne. Każdy wyborca wrzuca do urny dwie takie książeczki.

Używanie książeczek zamiast kart do głosowania prowadzi do błędów, a przy odrobinie złej woli może również prowadzić do nieuczciwego liczenia głosów: o ile głos oddany na karcie można sprawdzić jednym rzutem oka i faktycznie komisja z reguły dokładnie sprawdza, czy każdy z takich głosów został prawidłowo zaklasyfikowany, o tyle rozróżnienie między głosem ważnym a nieważnym w książeczce wymaga przejrzenia książeczki. A ponieważ pracują nad tym w środku nocy ludzie przemęczeni, trudno się dziwić, że w komisji nie ma zbyt wielu chętnych do sprawdzania, czy jakiś głos nie został przypadkiem źle sklasyfikowany.

Istnienie książeczek wynika z proporcjonalnego systemu wyborczego. System ten jest oparty na dużych, wielomandatowych okręgach wyborczych. W dużym okręgu jest wielu kandydatów — na tyle wielu, że nie da się ich wymienić na jednej karcie, potrzebna jest książeczka.

O wadach proporcjonalnego systemu wyborczego pisałem już wielokrotnie, szczególnie zachęcam do przeczytania artykułu pt. Dlaczego potrzebujemy jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW).

Osobno przeanalizowałem, dlaczego metoda oparta na książeczkach, która rzekomo pozwala wyborcom jednocześnie na wybór listy kandydatów i na wybór konkretnego kandydata z listy, źle działa w praktyce. Ta analiza znajduje się w artykule Dlaczego Ukraina potrzebuje większościowego systemu wyborczego, rozdział O systemie proporcjonalnym z otwartymi listami kandydatów.

Zakaz fotografowania: Państwowa Komisja Wyborcza wydała wytyczne dla obwodowych komisji wyborczych zawierające zakaz fotografowania i filmowania skierowany do mężów zaufania. Ten zakaz negatywnie odbija się między innymi na niniejszym artykule. Opisuję tu problemy z liczeniem głosów w formie książeczek, ale nie miałem prawa sfilmować tej nieszczęsnej procedury. Widziałem, jak przewodniczący komisji wyborczej dopychał karty w urnie drewnianą łyżką. Tego także sfilmować nie mogłem (taki film zrobiłby niezłą karierę w sieci). Widziałem karty do głosowania podarte (prawdopodobnie na skutek dopychania łyżką), ale nie mogłem ich sfotografować. Widziałem wielokrotnie, jak dwie osoby wchodziły razem do kabiny do głosowania, a komisja wyborcza nie reagowała. A więc głosowanie w wielu przypadkach nie było tajne, wbrew podstawowym zasadom zawartym w Konstytucji, ustawach i umowach międzynarodowych. Widziałem to w trzech lokalach wyborczych (Siemiątkowo, Jonne, Gradzanowo Włościańskie), ale sfilmować nie mogłem.

Zakaz fotografowania i filmowania jest dla mnie, jako blogera, potężnym kneblem: nie pozwala mi zilustrować w sposób działający na wyobraźnię procedur wyborczych, które wymagają pilnej naprawy.

Warto dodać, że zakaz fotografowania wydany mężom zaufania jest arbitralny: dziennikarze mogą fotografować w lokalach wyborczych, chociaż w ograniczonym zakresie (mogą fotografować głosowanie i początek liczenia głosów, ale nie dalszy ciąg liczenia, przy którym w ogóle nie mogą być obecni).

Zakaz nie ma podstawy w jakiejkolwiek ustawie, jest to autorski (i chyba całkowicie nielegalny) pomysł Państwowej Komisji Wyborczej.

Obserwatorzy muszą być albo partyjni, albo zagraniczni: Kodeks wyborczy pozwala obserwować liczenie głosów tylko dwóm kategoriom osób: mężom zaufania komitetów wyborczych oraz cudzoziemcom zaproszonym przez PKW. Oznacza to, że obce państwa oraz zagraniczne organizacje zainteresowane przebiegiem polskich wyborów mogą wysyłać obserwatorów, natomiast polskie organizacje nie mogą (chyba że wystawiają kandydatów). Polscy dziennikarze, polscy politolodzy czy też specjaliści od ergonomii, którzy mogliby pomóc w ulepszeniu organizacji wyborów, nie mogą obserwować liczenia głosów (zagraniczni mogą, jeśli PKW ich zaprosi).

Polskie prawo jest w tej sprawie wyjątkowo restrykcyjne. We Francji i w Wielkiej Brytanii wszystko odbywa się publicznie (każdy może obserwować głosowanie i liczenie głosów, bez jakiejkolwiek akredytacji). W wielu krajach poradzieckich do obserwowania głosowania i liczenia głosów dopuszczani są dziennikarze i obserwatorzy organizacji pozarządowych (w różnym zakresie, to zależy od kraju).

Aby móc obserwować liczenie głosów, poprosiłem o akredytację męża zaufania partii Demokracja Bezpośrednia. Partia ta dała mi akredytację i wolny wybór lokali wyborczych, w których chcę pracować. Bardzo za to dziękuję.

Kontakt do autora: mm@skubi.net
Źródło: http://www.skubi.net/balagan.html

Dyskusja - 1 komentarz
  1. bisnetus

    21. Lis 2014,  godz. 07:39

    Co do zakazu fotografowania, to w zarządzeniu pisze „obserwacja nie uprawnia do utrwalania prac komisji ….”. Dla mnie to nie jest absolutny zakaz, chociaż tak to może być interpretowane i .pewnie z pewnego oportunizmu i ostrożności prawnej jest tak w praktyce interpretowane. Zresztą uważam, że natrętne filmowanie lub fotografowanie prac komisji jest czynnikiem dezorganizującym prace komisji i jest forma presji lub represji psychologicznej wobec pracowników komisji. Ale kompletnie nie rozumiem, dlaczego nie wolno sfotografować samego obrazu kart do głosowania, podartych kart wyborczych czy nawet przykładów nieważnie oddanych głosów. To nie jest natrętnym fotografowaniem prac komisji lecz uwiecznianiem procedury wyborczej w jej różnych aspektach. Prze odwadze i dobrej woli komisji takie zdjęcia powinny być dozwalane. Nie widzę tu sprzeczności z przepisem rozporządzenia. Co więcej takie zdjęcia sama komisja powinna robić i załączać je do protokołów.

    To dopychanie drewnianą łyżką głosów w urnie jest przypadkiem granicznym, bo dotyczy rzeczywiście utrwalania „pracy komisji”, ale po części jest też utrwalaniem procedury wyborczej i ewidentnego problemu polegającego na niewłaściwej pojemności urny wyborczej. Więc ten aspekt też powinien podlegać dokumentacji i upublicznieniu.

    Jednym słowem mamy tu znowu do czynienia z ogólnikowym niejasnym zapisem, który jest przez ludzi z ostrożności interpretowany jako „absolutny zakaz”. Moim zdaniem niesłusznie. Ale z tego powodu ten zapis powinien być zmodyfikowany tak, aby móc uniknąć natręctwa i dezorganizowania prac komisji przy jednoczesnym otwarciu możliwości uwieczniania procedury wyborczej.

    Co do drugiego ograniczenia to się zgadzam, że jest ono niesprawiedliwie zawężone. Organizacje polskie nie biorące bezpośredniego udziału w wyborach powinny też mieć możliwość według pewnych kryteriów obserwacji procedur wyborczych.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.