Ten artykuł powstał z myślą o czytelnikach ukraińskich. Mam jednak nadzieję, że zainteresuje on również Polaków. Szczególnie polecam analizę wyników wyborów do Sejmu w 2011 roku w okręgu warszawskim (rozdział o systemie proporcjonalnym z otwartymi listami kandydatów).

W języku ukraińskim ukazały się skrót tego artykułu w internetowej gazecie Ukraińska Prawda oraz pełna wersja (z niewielkimi zmianami) w serwisie texty.org.ua.

Na Ukrainie przeważa dziś pogląd, zgodnie z którym w wyborach do ukraińskiego parlamentu najlepiej byłoby stosować system proporcjonalny z otwartymi listami, czyli wersję systemu proporcjonalnego, w której wyborca głosuje jednocześnie na listę partyjną i na jednego z kandydatów z tej listy (taki właśnie mechanizm obowiązuje obecnie w wyborach do polskiego Sejmu).

Ale spójrzmy na skutki, do jakich może prowadzić proporcjonalny system wyborczy. System ten jest na przykład stosowany w Belgii. Kraj ten wielokrotnie był pozbawiony rządu przez wiele miesięcy z rzędu. Najdłuższy okres bez rządu trwał w Belgii rok i siedem miesięcy (2010-2011); poprzedni taki okres trwał ponad sześć miesięcy (2007). W okresie od 1945 roku do dziś, Belgia miała 47 kolejnych rządów. Przeciętny czas funkcjonowania rządu w tym okresie, to rok i pięć miesięcy. Oznacza to, że większość rządów Belgii nie miała dość czasu, by wprowadzić w życie jakąkolwiek spójną politykę czy poważne reformy.

Proporcjonalny system wyborczy był stosowany we Włoszech w latach 1946-1993. W tym okresie we Włoszech funkcjonowało 61 kolejnych rządów (było też wiele okresów bez rządu); przeciętny czas funkcjonowania rządu w tym okresie wynosi około dziewięciu miesięcy.

Gdy parlament wybierany jest w systemie proporcjonalnym, rząd najczęściej tworzony jest w efekcie negocjacji między partiami. Negocjacje te odbywają się już po wyborach i często trwają długo (przykład ekstremalny: rząd Belgii utworzony w grudniu 2011 był wynikiem negocjacji, które trwały rok i pięć miesięcy). W tej sytuacji skład i program rządu odzwierciedlają wynik negocjacji. Wola wyborców jest brana pod uwagę jedynie pośrednio: ma ona wpływ na liczbę deputowanych z poszczególnych partii, a więc na siłę negocjacyjną partii w procesie zmierzającym do utworzenia rządu. To wszystko oznacza, że ustrój oparty na proporcjonalnym systemie wyborczym w rzeczywistości jest w dużym stopniu niedemokratyczny.

Wprowadzenie na Ukrainie złego systemu wyborczego może doprowadzić do sytuacji, w której w długich okresach czasu nie będzie rządu zdolnego rozwiązywać problemy kraju i wprowadzać reformy albo nawet nie będzie żadnego rządu. A nawet jeśli pojawi się rząd zdolny do działania, to poważnym problemem może być brak prostego, zrozumiałego dla wszystkich związku między wolą wyborców a programem tego rządu. Zły system wyborczy może doprowadzić rewolucję Euromajdanu do takiego końca, jaki spotkał Pomarańczową Rewolucję.

Jestem przekonany, że najkorzystniejsza dla Ukrainy byłyby całkowita rezygnacja z proporcjonalnego systemu wyborczego i wybieranie wszystkich deputowanych ludowych w systemie większościowym z dwiema turami. Ten artykuł wyjaśnia, dlaczego moim zdaniem system większościowy jest znacznie lepszy od systemu proporcjonalnego.

System większościowy ma na Ukrainie złą sławę — ale czy słusznie?

Stosowanie systemu większościowego w wyborach deputowanych ludowych zostało na Ukrainie przywrócone ustawą z 17 listopada 2011 (ustawa o wyborach deputowanych ludowych Ukrainy — Закон від 17.11.2011 № 4061-VI Про вибори народних депутатів України). Zgodnie z tą ustawą połowę składu Rady Najwyższej wybiera się w systemie proporcjonalnym, a drugą połowę — w systemie większościowym z jedną turą, w okręgach jednomandatowych. Poprzednio wszyscy deputowani ludowi byli wybierani w systemie proporcjonalnym.

Ustawa z 17 listopada 2011 została uchwalona na skutek silnych nacisków ze strony ekipy prezydenta Janukowycza. Naciski wynikały z tego, że ludzie Janukowycza oczekiwali, iż dzięki systemowi większościowemu uzyskają w Radzie Najwyższej większość, której by nie mieli, gdyby stosowany był sam tylko system proporcjonalny. I rzeczywiście: w Radzie Najwyższej wybranej 28 października 2012 siły polityczne popierające Janukowycza uzyskały większość dzięki większościowemu systemowi wyborczemu. Sytuację najlepiej oddaje głosowanie z 13 grudnia 2012, w którym Rada Najwyższa zgodziła się na mianowanie Mykoły Azarowa premierem. Spośród 225 deputowanych wybranych w systemie proporcjonalnym, 104 (a więc mniej niż połowa) głosowało za Azarowem. Natomiast spośród 225 deputowanych wybranych w systemie większościowym, rząd poparło 148 deputowanych — a więc większość, i to większość na tyle duża, że łączna liczba zwolenników rządu Azarowa wyniosła 252 i stanowiła większość Rady Najwyższej.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że wiele osób na Ukrainie ma negatywne nastawienie do większościowego systemu wyborczego, który kojarzy się z operacją służącą manipulowaniu wynikami wyborów.

Niechęć, jaką można żywić do Wiktora Janukowycza i do jego metod, nie powinna jednak być dostatecznym powodem do odrzucenia systemu większościowego. Stosowanie tego systemu wyborczego na Ukrainie nie było wyłącznie sprawą Janukowycza i jego ludzi. System proporcjonalny w czystej formie zastosowano w wyborach deputowanych ludowych tylko dwa razy: w 2006 i w 2007 roku, system większościowy natomiast był stosowany w latach w latach 1990 i 1994 (wszyscy deputowani wybierani byli w systemie większościowym w dwóch turach). W latach 1998 i 2002 deputowanych wybierano tak, jak w 2012 roku: połowę w systemie większościowym w jednej turze, a drugą połowę w systemie proporcjonalnym.

Po wyborach, które odbyły się w 2006 roku w systemie w pełni proporcjonalnym i które dały zwycięstwo partiom „pomarańczowym” (przeciwnikom Janukowycza), cztery miesiące skomplikowanych negocjacji międzypartyjnych doprowadziły do tego, że Janukowycz został premierem. Doszło do tego, ponieważ spory o stanowiska rządowe, jakie toczyły się w obozie pomarańczowym, doprowadziły Partię Socjalistyczną, a później również Naszą Ukrainę, do zerwania z tym obozem i do poparcia Janukowycza. W ten sposób doszło do utworzenia rządu zupełnie innego niż ten, za którym opowiedziała się większość wyborców. Sytuacja taka jest niedopuszczalna w demokracji, co najmniej w takim samym stopniu, jak manipulacja systemem wyborczym, która dała większość rządowi Azarowa w 2012 roku.

Jeśli spojrzymy zarówno na wydarzenia z 2012 roku, jak i na te z 2006 roku, to widzimy, że zarówno system proporcjonalny, jak i system większościowy z jedną turą, mogą służyć jako podstawa do manipulacji, które w demokracji nie powinny się zdarzyć.

Tworzenie rządu w systemie proporcjonalnym i w systemie większościowym

Gdy wybory do parlamentu odbywają się w systemie większościowym, zazwyczaj jedna z partii politycznych (lub jedna z koalicji wyborczych utworzonych przed wyborami) uzyskuje w parlamencie bezwzględną większość, która pozwala jej utworzyć rząd i realizować program obiecany wyborcom.

Przykład brytyjski

Większościowy system wyborczy z jedną turą stosowany jest w Wielkiej Brytanii. System ten daje zazwyczaj zwycięskiej partii znacznie więcej mandatów w parlamencie, niż by to wynikało z liczby uzyskanych głosów. Oto przykład czterech ostatnich wyborów do brytyjskiej Izby Gmin:

tabela1

W wielkiej Brytanii od 1900 roku do dziś wybory do Izby Gmin odbyły się 29 razy, w tym 24 razy zwycięska partia samodzielnie uzyskała bezwzględną większość miejsc w parlamencie i mogła rządzić zgodnie z programem zaproponowanym przed wyborami, a tylko 5 razy takiej większości nie było. Ta ostatnia sytuacja, która nosi angielską nazwę hung parliament, doprowadziła w niektórych przypadkach do utworzenia rządu koalicyjnego, a w innych — do szybkiego rozpisania ponownych wyborów.

Od 1945 roku do dziś Wielka Brytania miała 20 kolejnych rządów, co oznacza, że przeciętny czas funkcjonowania rządu wyniósł tam 3 lata i 5 miesięcy (przypomnijmy: w systemie proporcjonalnym włoskim czas ten wynosił 9 miesięcy, a w Belgii — rok i pięć miesięcy). Okresów bez rządu Wielka Brytania w ogóle nie miała od 1945 roku.

W Wielkiej Brytanii niemal zawsze funkcjonuje rząd, który ma poparcie większości członków Izby Gmin. W okresie od 1945 roku do dziś zdarzył się jeden wyjątek od tej zasady: po wyborach w marcu 1974 zaczął funkcjonować rząd mniejszościowy, a więc taki, który nie mógł rządzić skutecznie, gdyż nie miał praktycznej możliwości uzyskiwania od parlamentu ustaw, jakie uważał za potrzebne. W tej sytuacji rozpisano nowe wybory, które odbyły się w październiku 1974 i dały rządowi większość (Partia Pracy, z której pochodził rząd, wybory te wygrała).

Rozpisanie nowych wyborów po to, aby wyłonić większość rządową w parlamencie, jest sposobem postępowania znacznie bardziej demokratycznym, niż uzyskiwanie większości w drodze negocjacji międzypartyjnych. Ta ostatnia metoda jest stosowana w krajach, które używają proporcjonalnego systemu wyborczego.

W 2010 roku wybory nie dały żadnej partii większości w brytyjskiej Izbie Gmin. Skutkiem tego od 2010 roku do dziś kraj jest rządzony przez rząd koalicyjny, co w Wielkiej Brytanii jest wyjątkowe. Brytyjski rząd koalicyjny różni się jednak od rządów koalicyjnych, do jakich prowadzi proporcjonalny system wyborczy. Po pierwsze, rząd ten stworzony jest przez dwie partie, podczas gdy system proporcjonalny często prowadzi do rządów tworzonych przez trzy, cztery a nawet pięć partii politycznych. Po drugie, rząd ten jest stabilny: funkcjonuje od roku 2010 do dziś.

Przykład francuski

Francja stosuje w wyborach do Zgromadzenia Narodowego (czyli do najważniejszej izby swojego parlamentu) większościowy system wyborczy z dwiema turami od 1958 roku (system proporcjonalny zastosowano w tym okresie tylko raz, w roku 1986). Francuski system większościowy funkcjonuje tak: w pierwszej turze wybory w danym okręgu wygrywa ten, kto uzyskał tam bezwzględną większość głosów; jeśli w danym okręgu żaden kandydat nie wygrał w pierwszej turze, to organizowana jest tam druga tura, w której uczestniczy dwóch, a czasem trzech kandydatów, którzy w pierwszej turze uzyskali najlepsze wyniki. W drugiej turze wygrywa ten, kto otrzymał najwięcej głosów.

Francuski system z reguły prowadzi do powstania rządów koalicyjnych (więcej niż jednej partii), ale koalicje we Francji mają zupełnie inny charakter, niż koalicje w systemie proporcjonalnym: są one tworzone już przed wyborami, na podstawie programu wspólnego dla całej koalicji, który jest proponowany wyborcom.

Można to porównać do sytuacji na Ukrainie w 2012 roku: Batkiwszczyna i Swoboda miały w okręgach jednomandatowych wspólnych kandydatów i tym samym bardzo wyraźnie wskazywały, że zamierzają działać razem.

W systemie proporcjonalnym każda partia, aby uzyskać dla siebie jak najlepszy wynik, musi wyjaśniać przed wyborami, na czym polega jej wyższość nad innymi partiami. Musi więc krytykować inne partie, nawet partie o zbliżonych poglądach, nawet partie, z którymi prawdopodobnie po wyborach zawrze koalicję rządową. W tej sytuacji politycy czasem w ogóle nie wspominają przed wyborami, jakie koalicje zamierzają zawrzeć, a koalicje tworzone są w drodze negocjacji prowadzonych dopiero po wyborach. W systemie większościowym typu francuskiego sytuacja jest zupełnie inna: mandat można zdobyć jedynie uzyskując większość w okręgu wyborczym. Większość zaś można uzyskać jedynie przez jak najszersze jednoczenie sił. Z tej przyczyny we Francji partie, które reprezentują podobne poglądy i zamierzają razem utworzyć koalicję rządową, zawsze w drugiej turze mają jednego wspólnego kandydata i wspólnie tego kandydata popierają.

Od 1962 roku francuska scena polityczna dzieli się na dwie wielkie koalicje, których skład jest stabilny: na lewicę i na prawicę. Funkcjonują też ekstremistyczne partie polityczne, nienależące do tych koalicji, na przykład partia trockistowska czy też Front Narodowy (Front National). Od 1958 roku nie zdarzyło się, żeby Francja pozostawała bez rządu. Nie zdarzył się też ani jeden przypadek rządu mniejszościowego. Odkąd dwie wielkie koalicje zaczęły funkcjonować, czyli od 1962 roku, zawsze jedna z nich zwycięża w wyborach, a następnie tworzy rząd.

Średni czas funkcjonowania rządu we Francji wynosi 2 lata i 5 miesięcy (zmiany rządu w czasie kadencji Zgromadzenia Narodowego są zawsze skutkiem osobistej decyzji prezydenta republiki, a nie wynikają z woli parlamentu). Od 1958 roku nie było we Francji okresów bez rządu.

Przykład Polski (2005)

Wybory do polskiego Sejmu odbywają się według zasad bardzo podobnych do tych, które proponowane są obecnie na Ukrainie.

W latach 2001-2005 w Polsce rządziła koalicja, w której główną rolę odgrywali dawni komuniści. Przed wyborami, które miały odbyć się w 2005 roku, uznawano w Polsce za rzecz praktycznie pewną, że dwie antykomunistyczne i prawicowe partie razem zwyciężą i po wyborach stworzą koalicję rządową. Partie te, to Platforma Obywatelska (PO) Donalda Tuska oraz Prawo i Sprawiedliwość (PiS) braci Kaczyńskich. Wybór między PO a PiS był dla znacznej części wyborców wyborem niuansów.

Jednak po wygranych wyborach PiS utworzył koalicję nie z PO, lecz z dwiema małymi, ekstremistycznymi partiami: LPR (Liga Polskich Rodzin, nacjonaliści wrogo nastawieni do Unii Europejskiej) oraz Samoobroną (populistyczna partia kierowana przez byłego członka komunistycznej partii PZPR). W ten sposób powstał rząd zupełnie inny od tego, czego oczekiwali wyborcy. Zamiast antykomunistycznego, prawicowego rządu, wyborcy otrzymali mieszankę antykomunistów z byłymi komunistami, z istotnym dodatkiem wrogości wobec Unii Europejskiej.

Warto wspomnieć, że koalicja PiS-LPR-Samoobrona przestała istnieć na skutek skandali seksualnych i korupcyjnych, w związku z którymi ludzie PiS bezskutecznie usiłowali wtrącić do więzienia przywódcę Samoobrony. W 2007 roku, w atmosferze skandalu odbyły się przedterminowe wybory do Sejmu, które PiS, LPR i Samoobrona przegrały.

Utworzenie polskiego rządu w 2005 roku w pewnym zakresie przypomina utworzenie rządu Janukowycza na Ukrainie w sierpniu 2006. W obu przypadkach bezwzględną większość mandatów w parlamencie uzyskały łącznie partie, co do których wyborcy sądzili, że będą one razem tworzyć koalicję rządową (na Ukrainie miała to być koalicja pomarańczowa, w Polsce — antykomunistyczna koalicja PO-PiS). I w obu przypadkach koalicja się rozpadła i została zastąpiona czymś, na co wyborcy nie wyrazili zgody.

Przykład wyboru przewodniczącego Komisji Europejskiej (2009)

Przykłady Polski w 2005 roku i Ukrainy w 2006 roku pokazują, że proporcjonalny system wyborczy może działać w sposób niedemokratyczny i prowadzić do powstania rządu, który znacznie różni się od tego, na co większość wyborców głosowała. Przykłady te jednak nie są typowe. Typowa dla systemu proporcjonalnego jest sytuacja, w której wyborcy w ogóle nie wiedzą, na jaki rząd głosują. Wyborca głosuje jedynie na partię, która po wyborach będzie uczestniczyć w negocjacjach zmierzających do utworzenia rządu, a przed wyborami nie wiadomo, jaki to będzie rząd. Oto przykład tej właśnie typowej sytuacji. Przykład dotyczy tworzenia Komisji Europejskiej, która jest dla Unii Europejskiej tym, czym rządy są w poszczególnych państwach.

Z powodu proporcjonalnego systemu wyborczego Parlament Europejski jest rozdrobniony. Jego poszczególne frakcje chcą zwiększyć swoje wpływy i coś wynegocjować przy okazji aprobowania składu Komisji Europejskiej. Dlatego wiele frakcji podejmuje decyzje w tej sprawie jak najpóźniej, dopiero po wyborach. Na przykład w 2009 roku europejscy socjaliści do ostatniej chwili usiłowali negocjować z José Manuelem Barroso: chcieli udzielić mu poparcia w zamian za wprowadzenie elementów lewicowych do polityki Komisji, którą on właśnie tworzył. Z kolei było wiadomo z góry, że takie lewicowe elementy wywołają wycofanie poparcia brytyjskich konserwatystów i polskiego PiS dla Barroso — te dwie partie żądały polityki wyraźnie prawicowej.

Ostatecznie José Manuel Barroso uzyskał poparcie PiS i brytyjskich konserwatystów, a nie socjalistów. Został przewodniczącym Komisji Europejskiej na podstawie programu prawicowego. Ale decyzje w tej sprawie zostały podjęte dopiero po wyborach.

Istnieje oczywiście jakiś związek między wynikami wyborów do Parlamentu Europejskiego, a składem i polityką Komisji Europejskiej. Ale ten związek jest niewyraźny i skomplikowany, bardzo trudny do zrozumienia dla zwykłego wyborcy. Wyborca z Unii Europejskiej nie ma poczucia, że głosując popiera taką czy inną politykę Komisji. Stąd mała frekwencja wyborcza i powszechne w Europie poczucie, że Unia Europejska nie jest w pełni demokratyczna. Takie są skutki stosowania proporcjonalnego systemu wyborczego w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Dojście do władzy Adolfa Hitlera (1933)

Proporcjonalny system wyborczy prowadzi do rozdrobnienia parlamentu, co bardzo utrudnia utworzenie rządu i podejmowanie jakichkolwiek decyzji. Ponadto system proporcjonalny nie wyłania przywódców mających duże poparcie społeczne, gdyż o tym, kto ma rządzić, nie decydują bezpośrednio wyborcy, lecz negocjacje międzypartyjne (często negocjacje między partiami, z których każda ma niewielkie poparcie). Najsłynniejszą w historii katastrofą, do której te mechanizmy się przyczyniły, było dojście do władzy Adolfa Hitlera w Niemczech w 1933 roku. Nastąpiło to po ponaddwuletnim okresie, w którym demokracja w Niemczech funkcjonowała źle: prezydent rządził dekretami, a Reichstag (parlament) był na tyle rozdrobniony, że nie był w stanie ani uchwalać ustaw, ani podejmować niemal żadnych decyzji (w 1930 roku, 15 różnych partii wprowadziło do Reichstagu swoich posłów). Dwaj kolejni kanclerze, którzy rządzili od 30 marca 1930 do 17 listopada 1932, Heinrich Brüning, a następnie Franz von Papen, pochodzili z partii Centrum (Deutsche Zentrumspartei), która w wyborach w latach 1928 i 1930 uzyskała 12% głosów. Oznacza to, że w okresie poprzedzającym 1933 rok urząd kanclerza był w rękach osób, które miały małe poparcie ze strony wyborców, które w oczach wyborców nie były wielkimi przywódcami politycznymi.

W listopadzie 1932 NSDAP, partia Hitlera, uzyskała 33% głosów w wyborach do Reichstagu. Partia komunistyczna uzyskała 17%. Obie te partie otwarcie przeciwstawiały się demokracji, a ich łączny wynik wyborczy, to 50%.

Wynik wyborczy NSDAP z listopada 1932 był zdecydowanie zbyt niski, aby Hitler miał niepodważalne prawo do utworzenia rządu. Hitler mimo to uzyskał stanowisko kanclerza (po trwających ponad dwa miesiące negocjacjach międzypartyjnych — a więc w wyniku procesu typowego dla demokracji stosujących proporcjonalny system wyborczy). Było to możliwe, gdyż nie-nazistowscy politycy z prezydentem Hindenburgiem na czele zgodzili się oddać mu władzę. Zgodzili się na to pomimo tego, że Hitler wyraźnie zapowiadał, iż zamierza zlikwidować demokrację.

W taki oto sposób Niemcy (zarówno zwyczajni wyborcy, jak i polityczne elity z prezydentem na czele) stracili wiarę w demokrację i pozwolili na to, by została ona zlikwidowana.

Inne przypadki rozregulowania lub zniszczenia demokracji

Mechanizmy podobne do tego opisanego powyżej doprowadziły do rozregulowania ustroju demokratycznego w różnych krajach i w różnych okresach. W okresie międzywojennym, w demokratycznych państwach Europy przeprowadzono kilkanaście zamachów stanu (na przykład Włochy 1924, Polska 1926, Litwa 1926, Łotwa 1934, Estonia 1934). Kilka demokracji w Ameryce Łacińskiej w podobny sposób załamało się już po drugiej wojnie światowej. Obalone demokracje oparte były na proporcjonalnym systemie wyborczym, a zamachowcy, którzy je niszczyli, cieszyli się sporym poparciem społecznym.

Głosowanie na partie czy głosowanie na osoby?

W powyższej części tekstu mowa była o tym, jak system wyborczy wpływa na parlament jako całość, a w szczególności na zdolność parlamentu do rządzenia krajem. Niniejszy rozdział omawia systemy wyborcze z zupełnie innego punktu widzenia: mowa jest tu o sposobie, w jaki wybiera się poszczególnych deputowanych.

Czego chcą wyborcy

Byłem obserwatorem długoterminowym wyborów do Rady Najwyższej Ukrainy w 2012 roku. Obserwowałem wybory w Tarnopolu. Już na kilka tygodni przed tymi wyborami było jasne, że w tamtejszym okręgu jednomandatowym zwycięży Oleksij Kajda (Олексій Кайда), kandydat mający poparcie partii Swoboda i Batkiwszczyna. Było to jasne, gdyż zarówno Swoboda, jak i Batkiwszczyna cieszyły się w Tarnopolu dużą popularnością, a sondaże wykazywały ogromną przewagę Kajdy nad wszystkimi jego konkurentami (Kajda w istocie wygrał: uzyskał 57% głosów, kolejny kandydat w tym samym okręgu uzyskał 15%).

Inna była sytuacja dotycząca proporcjonalnej części wyborów. Co prawda tu również można było być z góry pewnym, że Swoboda i Batkiwszczyna łącznie uzyskają w Tarnopolu większość głosów (faktycznie uzyskały razem 70%), ale nie było z góry wiadomo, jak wiele głosów uzyskają — a to miało realne znaczenie dla przyszłości Ukrainy, gdyż każdy głos oddany w proporcjonalnej części wyborów w Tarnopolu sumował się z innymi głosami oddanymi na Ukrainie i wpływał na to, kto zdobędzie większość w Radzie Najwyższej: koalicja Partii Regionów z komunistami, czy też koalicja Batkiwszczyna-Swoboda-UDAR.

W tej sytuacji, gdyby ludzie działali racjonalnie, to w Tarnopolu w okresie przedwyborczym kampania wyborcza, zainteresowanie dziennikarzy, zainteresowanie ze strony zwykłych wyborców — to wszystko byłoby skierowane na proporcjonalną część wyborów, na pytanie: w jakim stopniu wyborcy z Tarnopola wpłyną, poprzez proporcjonalną część wyborów, na układ sił w nowej Radzie Najwyższej? W racjonalnie prowadzonej kampanii wyborczej Tarnopol byłby pełen fotografii Mykoły Azarowa i Arsenija Jaceniuka, gdyż głosy oddane przez mieszkańców tego miasta miały wpłynąć na to, który z tych dwóch polityków będzie premierem.

Było jednak inaczej. Fotografie Azarowa czy Jaceniuka nigdzie nie wisiały. Kampania dotycząca proporcjonalnej części wyborów była mało widoczna. Najbardziej widoczna była kampania prowadzona przez kandydatów w okręgu jednomandatowym, którzy byli całkowicie pozbawieni szans (Kajda kampanii prawie wcale nie prowadził). Dziennikarze zainteresowani byli debatami między tymi właśnie kandydatami; zwykli obywatele w Tarnopolu dyskutowali na temat tych właśnie kandydatów, a nie na temat partii i ich list wystawionych w proporcjonalnej części wyborów.

To, co działo się w Tarnopolu, jest typowe dla wszelkiego rodzaju wyborów, zarówno na Ukrainie, jak i w innych krajach: wybory dotyczące konkretnych osób wzbudzają powszechne zainteresowanie, natomiast wybory oparte na partyjnych listach kandydatów wydają się zarówno zwykłym obywatelom, jak i dziennikarzom, zbyt abstrakcyjne, zbyt odległe, aby wzbudzać duże zainteresowanie.

Z tych rozważań płynie wniosek, że aby wybory odpowiadały potrzebom obywateli i budziły ich zainteresowanie, muszą one dotyczyć indywidualnych kandydatów, a nie list partyjnych.

O systemie proporcjonalnym z otwartymi listami kandydatów

W systemie proporcjonalnym z otwartymi listami kandydatów wyborca, głosując na listę partyjną, jednocześnie zaznacza, który kandydat na liście odpowiada mu najbardziej. Wśród kandydatów z tej samej listy, pierwszeństwo do wejścia w skład parlamentu mają ci, którzy zostali zaznaczeni przez największą liczbę wyborców.

Czy taki system wyborczy odpowiada potrzebie wyborców opisanej powyżej, potrzebie wybierania konkretnych kandydatów? Z pozoru tak. W praktyce jednak system ten funkcjonuje źle. Jest tak, ponieważ przytłaczająca większość wyborców interesuje się jedynie kilkoma najbardziej znanym kandydatami. Oto szczegółowe wyjaśnienie.

Proporcjonalny system wyborczy z otwartymi listami kandydatów funkcjonuje w oparciu o duże, wielomandatowe okręgi wyborcze. Na przykład w Polsce mamy 41 okręgów wyborczych (średnio 11 mandatów w okręgu); ukraiński projekt ustawy z 2 czerwca 2014 przewiduje 28 okręgów (średnio 16 mandatów w okręgu). W każdym z tych okręgów wyborczych jest zazwyczaj tylko kilkoro znanych polityków, którzy odgrywają widoczną rolę w kampanii wyborczej i na temat których wyborcy wyrabiają sobie pogląd. Problem systemu proporcjonalnego polega na tym, że liczba takich polityków jest z reguły mniejsza, niż liczba mandatów do obsadzenia w okręgu. A przecież, aby wybory miały sens, liczba kandydatów, którzy wzbudzają zainteresowanie wyborców, powinna być znacznie większa, niż liczba mandatów do obsadzenia. Tylko w takiej sytuacji moglibyśmy powiedzieć, że wyborcy rzeczywiście wybierają pomiędzy różnymi kandydatami.

Jako przykład weźmy warszawski okręg wyborczy w wyborach do polskiego Sejmu w 2011 roku.

Z tego okręgu wybiera się 20 posłów na Sejm, w proporcjonalnym systemie wyborczym z otwartymi listami kandydatów. W 2011 roku, 81% głosów przypadło ośmiorgu najpopularniejszym kandydatom. Ci kandydaci, to przywódca PO Donald Tusk, przywódca PiS Jarosław Kaczyński, trzech przywódców mniejszych partii politycznych (Ryszard Kalisz, Janusz Palikot i Paweł Poncyliusz) oraz troje polityków z PO i z PiS (Małgorzata Kidawa-Błońska, Mariusz Kamiński, Jan Vincent-Rostowski).

Spośród tych ośmiorga kandydatów, siedmioro uzyskało mandaty poselskie, natomiast jeden, Paweł Poncyliusz, przegrał wybory, gdyż jego partia uzyskała słaby wynik (zarówno w Warszawie, jak i w całej Polsce). O przydziale 13 mandatów (a więc wyraźnej większości mandatów) zdecydowali ci wyborcy, którzy nie głosowali na ośmioro najpopularniejszych kandydatów – a więc 19% głosujących. Te trzynaście mandatów przypadło kandydatom, z których każdy uzyskał między 0,3% a 0,9% głosów, a więc politykom o bardzo niskiej popularności.

Aby zrozumieć, jak do tego doszło, przeanalizujmy najpierw wyniki wyborcze PO, partii, która wygrała. Ze względu na wysoką popularność tej partii i jej przywódcy Tuska, było rzeczą pewną z góry, że PO otrzyma w warszawskim okręgu wiele mandatów poselskich (faktycznie otrzymała ich 11) i że jeden z tych mandatów przypadnie Donaldowi Tuskowi. W ramach PO gra toczyła się o to, którzy kandydaci poza Donaldem Tuskiem otrzymają pozostałe mandaty należne tej partii.

75% spośród wyborców PO głosowało na Donalda Tuska, a więc na przywódcę, o którym było z góry wiadomo, że zostanie posłem. Tak dobry wynik Tuska jest logiczny, jeśli zważymy jego popularność i ważną rolę, jaką odgrywa on w Polsce. Ale wynik ten oznacza jednocześnie, że 75% spośród warszawskich wyborców PO rezygnowało z decydowania o tym, którzy kandydaci tej partii otrzymają te dziesięć mandatów, o które toczyła się prawdziwa walka. O tym zdecydowało pozostałe 25% wyborców PO.

Troje najpopularniejszych warszawskich kandydatów PO (Donald Tusk i dwie inne osoby) uzyskało łącznie 86% spośród głosów oddanych na tę partię. Te 86% głosów zdecydowało o obsadzie trzech mandatów poselskich. Wybór osób, które uzyskały pozostałe osiem mandatów, dokonał się na podstawie rozkładu pozostałych 14% spośród głosów oddanych na PO, czyli 6,67% ogółu głosów oddanych w Warszawie. I tak: Leszek Jastrzębski został posłem, ponieważ głosowało na niego 0,61% spośród wyborców Plaformy Obywatelskiej, czyli 0,30% ogółu głosujących. Natomiast Ewa Czeszejko-Sochacka posłem nie została, gdyż głosowało na nią tylko 0,49% spośród wyborców PO, to jest 0,24% ogółu głosujących. Zarówno Jastrzębski, jak i Czeszejko-Sochacka są w Warszawie osobami prawie całkowicie nieznanymi.

Podobną analizę można zrobić, jeśli chodzi o wyniki Prawa i Sprawiedliwości. Partia ta uzyskała w Warszawie sześć mandatów poselskich. 73% spośród warszawskich wyborców PiS głosowało na jej przywódcę Jarosława Kaczyńskiego, o którym było z góry wiadomo, że zostanie posłem — a więc tylko 27% spośród wyborców PiS uczestniczyło w decydowaniu, kto uzyska pozostałe pięć mandatów. Efekt był podobny, jak w przypadku Platformy Obywatelskiej: posłem został Przemysław Wipler, który uzyskał 1,65% spośród głosów oddanych na Prawo i Sprawiedliwość, czyli 0,45% ogółu głosów. Posłem nie został natomiast Paweł Dworczyk, który uzyskał 1,58% spośród głosów oddanych na PiS, czyli 0,43% ogółu głosów.

Przemysław Wipler, warszawski poseł PiS wybrany najniższą liczbą głosów, po wyborach wsławił się obroną interesów przemysłu tytoniowego (tłumacząc to na ukraińskie realia powiedzielibyśmy, że został kupiony przez oligarchów), dwukrotną zmianą przynależności partyjnej oraz tym, że będąc pijany pobił policjantów na ulicy.

Z tych informacji możemy wywnioskować, że w systemie proporcjonalnym z otwartymi listami kandydatów istnieje poważny rozdźwięk między możliwościami, jakie w teorii stoją przed wyborcami, a tym, co wyborcy faktycznie robią. W teorii, wyborcy mogą decydować o tym, które konkretnie osoby zostaną wybrane do parlamentu. W praktyce, ogromna większość wyborców koncentruje się na kilku najważniejszych przywódcach politycznych, natomiast bardzo mała liczba wyborców dokonuje wyboru wśród masy kandydatów nieznanych. Ta bardzo mała liczba wyborców decyduje o obsadzeniu znacznej części mandatów poselskich (w naszym przykładzie, 13 mandatów zostało obsadzonych w ten sposób, a 7 przypadło kandydatom o znaczącym poparciu społecznym).

Znamienny jest fakt, że Paweł Poncyliusz nie został posłem pomimo tego, że uzyskał 2,45% głosów, podczas gdy mandaty poselskie uzyskało trzynaścioro kandydatów o poparciu znacznie niższym (niechlubny rekord należy do wyżej wspomnianego Leszka Jastrzębskiego, który został posłem uzyskawszy 0,30% głosów).

Porównanie z systemem większościowym:
Szkodliwe zjawiska opisane powyżej nie występują w większościowym systemie wyborczym, gdyż tu wyborcy wybierają jednego posła (a nie dwudziestu, jak w naszym przykładzie). W tej sytuacji kompletnie niemożliwy jest wybór kandydata, którego prawie nikt w okręgu nie zna. W systemie większościowym nie zdarza się również sytuacja, która dotknęła Pawła Poncyliusza, polegająca na tym, że kandydat o wyższym poparciu przegrywa wybory, a inny, o niższym poparciu, je wygrywa.

Uzależnienie deputowanych od partii

Deputowani zawsze są w jakimś stopniu uzależnieni od partii politycznych. Wynika to z tego, że partie dysponują poparciem społecznym, aparatem i środkami finansowymi, o których wiadomo, że będą one cenne w kolejnych wyborach.

Uzależnienie deputowanego od partii może być wzajemne (partia może potrzebować deputowanego do wygrania kolejnych wyborów, tak samo jak on potrzebuje partii), ale może być też jednostronne: może się zdarzyć, że deputowany potrzebuje partii, ale partia nie potrzebuje deputowanego. To, czy uzależnienie jest wzajemne czy jednostronne, zależy w dużym stopniu od systemu wyborczego.

Przy proporcjonalnym systemie wyborczym, do parlamentu wchodzi niemała liczba deputowanych, którzy dla wyborców są niemal całkowicie pozbawieni znaczenia (zaobserwowaliśmy to na przykładzie wyborów w Warszawie w 2011 roku). Każdy z tych deputowanych jest uzależniony od swojej partii w sposób jednostronny: partia może uniemożliwić jego wybór na kolejną kadencję (wystarczy, że nie wpisze go na listę kandydatów), ale ze swej strony deputowany jest na tyle mało znany, że praktycznie nic (ani dobrego, ani złego) nie może zrobić swojej partii.

W takiej sytuacji demokracja nie funkcjonuje prawidłowo. Rolą deputowanych powinno przecież być kontrolowanie rządu, a nie, odwrotnie, bycie uzależnionym od władz partyjnych. W przypadku deputowanych partii rządzącej, uzależnienie od władz partyjnych, to to samo, co uzależnienie od rządu.

Przy większościowym systemie wyborczym deputowanym może zostać tylko ten, kto wygrał wybory w swoim okręgu, a więc tylko osoba popularna wśród wyborców. Taki deputowany jest oczywiście uzależniony od partii, ale uzależnienie jest tu wzajemne: jeśli deputowany w kolejnych wyborach będzie skłócony ze swoją dotychczasową partią i będzie działał przeciwko niej, to ze względu na swoją popularność niemal na pewno wyrządzi jej poważne szkody. Takie wzajemne uzależnienie jest dużo mniej groźne dla prawidłowego funkcjonowania parlamentu, niż jednostronne uzależnienie deputowanych od partii lub od rządu, typowe dla systemu proporcjonalnego.

Standardy międzynarodowe dotyczące kandydatur indywidualnych

Dokument Kopenhaski, to deklaracja polityczna przyjęta 29 czerwca 1990 przez wszystkie państwa uczestniczące w KBWE (Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europe). Dokument ten szeroko i precyzyjnie opisuje standardy demokracji i praw człowieka, które zdaniem państw-uczestników KBWE powinny być przestrzegane. Punkt 7.5 Dokumentu Kopenhaskiego mówi:

[Państwa uczestniczące w KBWE] przestrzegają prawa obywateli do ubiegania się o funkcje polityczne i publiczne, indywidualnie lub jako przedstawiciele partii lub organizacji politycznych, bez dyskryminacji.

Z cytowanej tu zasady wynika, że proporcjonalny system wyborczy, oparty na listach partyjnych, nie powinien być stosowany. System ten umożliwia bowiem kandydowanie wyłącznie w ramach partii, natomiast uniemożliwia kandydatury indywidualne, które według Dokumentu Kopenhaskiego powinny być dopuszczalne „bez dyskryminacji”. Jeśli Ukraina przyjmie proporcjonalny system wyborczy, to złamie standardy międzynarodowe dotyczące demokracji.

Wprowadzenie systemu proporcjonalnego będzie oznaczało, że deputowani będą w pełni uzależnieni od swoich partii, gdyż bez zgody partii nie będą mogli kandydować na kolejną kadencję. Jeśli dodamy tu fakt, że wielu deputowanych wybranych w systemie proporcjonalnym, to ludzie prawie całkowicie pozbawieni popularności wśród wyborców i skutkiem tego pozbawieni znaczenia politycznego (w przykładzie cytowanym powyżej takich deputowanych jest 13, na 20 mandatów w okręgu), to wyraźnie widać, że Rada Najwyższa wybrana w systemie proporcjonalnym nie będzie ośrodkiem władzy działającym w imieniu narodu (a takim ośrodkiem powinna być według konstytucji). Będzie jedynie grupą ludzi, z których część posłusznie popiera rząd, a pozostali ślepo popierają przywódców partii opozycyjnych.

Proporcjonalność jest ideą złudną (decyzje proporcjonalne nie istnieją)

Na zakończenie chciałbym polemizować z poglądem, zgodnie z którym zasada proporcjonalności wyborów jest sprawiedliwa, gdyż poszczególnym partiom daje wpływ na państwo proporcjonalny do poparcia, jakim partie te cieszą się w społeczeństwie.

Pogląd ten jest błędny, gdyż w każdym systemie politycznym decyzje podejmowane są przez większość. „Decyzje proporcjonalne” nie istnieją.

W szczególności: niezależnie od systemu wyborczego, rząd z reguły dysponuje poparciem większości, ale nie wszystkich deputowanych. Oznacza to, że zdanie części deputowanych, którzy reprezentują część społeczeństwa, nie jest brane pod uwagę przy wyborze rządu. Podobnie jest z ustawami, które parlament uchwala — ustawy wyrażają wolę większości, nie są żadnym „proporcjonalnym” wyrazem woli całego parlamentu czy całego społeczeństwa.

Pod rządami systemu proporcjonalnego koalicję rządzącą tworzy się przy udziale różnych sił politycznych. Jest to konieczne, ponieważ z reguły żadna siła, żadna partia nie ma sama większości w parlamencie. Można tę różnorodność uznać za plus, za element pluralizmu. Tyle, że różnorodność istnieje też w systemie większościowym. Jest tylko jedna zasadnicza różnica, o której już była mowa: w systemie proporcjonalnym różnorodność objawia się przede wszystkim po wyborach, podczas międzypartyjnych negocjacji prowadzących do utworzenia rządu, a w systemie większościowym różnorodność występuje przede wszystkim przed wyborami, w fazie układania partyjnych programów i doboru kandydatów. Pod rządami systemu większościowego, każda z partii dąży do takiego programu i takiego wachlarza kandydatów, które zadowolą większość wyborców, a więc będą się podobały ludziom reprezentującym różne podejścia do polityki.

Szerokie porozumienia polityczne tworzą się w systemie większościowym nie rzadziej, niż w systemie proporcjonalnym. Oto przykłady.

Gdy w roku 2008 amerykańska Partia Republikańska uczyniła kandydatem na prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna McCaina, człowieka niezwiązanego z ruchami religijnymi, kandydatką na wiceprezydenta mianowano panią Sarah Palin, jedną z czołowych reprezentantek religijnej prawicy. A więc kandydatura McCain-Palin, chociaż w teorii jednopartyjna, w rzeczywistości była kandydaturą koalicyjną dwóch bardzo różnych tendencji politycznych.

Prezydent Francji Sarkozy przyciągnął do swojego rządu w 2007 roku kilku znanych działaczy wrogiej mu Partii Socjalistycznej (najsłynniejszym z nich był minister spraw zagranicznych Bernard Kouchner). Tym sposobem zwiększył poparcie dla rządu, a jednocześnie zwiększył wachlarz poglądów politycznych reprezentowanych w rządzie. Nie był do tego potrzebny system proporcjonalny.

François Hollande, socjalista wybrany na prezydenta Francji w 2012 roku, także stara się korzystać z jak najszerszej bazy politycznej dla swoich rządów. Rządzi tak, by zadowolić francuskich Zielonych (w tym celu np. zabrania wydobycia gazu łupkowego), homoseksualistów (wprowadził śluby homoseksualne), komunistów (wprowadził drakońskie opodatkowanie ludzi bogatych). Hollande kontynuuje jednocześnie nieprzyjazną wobec imigrantów politykę swego poprzednika Sarkozy’ego i tym sposobem zyskuje częściowe poparcie narodowców (Front National).

W polityce prezydenta Hollande niekoniecznie można doszukać się sensu, ale ta polityka niewątpliwie stanowi przykład tego, że efekt przypisywany systemowi proporcjonalnemu, a mianowicie zapraszanie do udziału we władzy wielu różnych sił politycznych, działa silnie również wtedy, gdy funkcjonuje większościowy system wyborczy. Jednocześnie polityka Hollande’a jest uczciwa wobec wyborców: była ona zapowiadana już przed wyborami.

Podsumowanie

Powtórzmy trzy najważniejsze tezy tego artykułu. Po pierwsze, proporcjonalny system wyborczy często prowadzi do rządów niestabilnych lub nawet do niemożności utworzenia rządu. System większościowy natomiast najczęściej prowadzi do rządów stabilnych (ten sam skład i program rządu funkcjonują przez całą kadencję parlamentu).

Po drugie, przy proporcjonalnym systemie wyborczym skład i program rządu ustalane są w drodze negocjacji międzypartyjnych, które często kończą się dopiero kilka miesięcy po wyborach. Skład i program rządu nie są bezpośrednim efektem woli wyrażonej przez wyborców. Ustrój polityczny oparty na proporcjonalnym systemie wyborczym nie jest więc w pełni demokratyczny.

Po trzecie wreszcie, potrzeba wybierania do parlamentu konkretnych osób, a nie list partyjnych, jest silna wśród wyborców. Ta potrzeba współgra z międzynarodowymi standardami dotyczącymi demokracji, które wymagają, aby indywidualne, bezpartyjne kandydatury były możliwe, bez dyskryminacji. Większościowy system wyborczy, oparty na okręgach jednomandatowych, umożliwia wyborcom głosowanie na konkretne osoby, które mogą być partyjne lub bezpartyjne. System proporcjonalny tego nie umożliwia.

Dziękuję pani Oksanie Daszczakiwskiej, która przetłumaczyła artykuł na język ukraiński, panu Oleksandrowi Zinczence, który doprowadził do jego opublikowania na Ukrainie, oraz panu Aleksandrowi Moskalence i pani Dzvince Kukul, którzy pomogli w tłumaczeniu.

Źródło: www.skubi.net

Skomentuj