(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 11 marca 2004, godz. 10.00 i 21.30)
 
Polityk, którego się już powszechnie uważa za przyszłego premiera rządu polskiego, Jan Rokita, ogłosił był właśnie, że jego partia, Platforma Obywatelska, wyrusza na wojnę z Samoobroną. Po tym historycznym oświadczeniu notowania Andrzeja Leppera i Samoobrony natychmiast poszły w górę i prawie zrównały się z notowaniami Platformy, z czego wynika, że trafiła kosa na kamień.
     Tej "wojnie" Rokity z Lepperem towarzyszy histeria medialna i jakiej by gazety nie wziąć do ręki, kiedy by nie otworzyć telewizora czy odbiornika radiowego, zewsząd dobiega histeryczny jazgot o zagrożeniu dla polskiej demokracji jakie stanowi Andrzej Lepper i jego partia, o rodzącym się faszyzmie, a pewien wybitny socjolog określił właśnie to, co robi Lepper jako "polityczną pedofilię". Tak oryginalne wejście do tego swoistego "dyskursu politycznego" zapewne umożliwi owemu uczonemu mężowi zdobycie trwałego miejsca w kronikach, ale wątpliwe, żeby specjalnie przeszkodziło Andrzejowi Lepperowi w dalszym zdobywaniu zwolenników i poparcia społecznego. Wygląda bowiem na to, że im gwałtowniej, im bardziej prymitywnie, z im większą furią atakują go media i uczeni, zatroskani stanem państwa polskiego, tym większa popularność ich wroga numer 1, za jakiego ogłoszono lidera Samoobrony.

     Ta furia i ta histeria przypominają do żywego wydarzenia sprzed 14 lat, kiedy na polskiej scenie politycznej pojawił się nieznany nikomu Stanisław Tymiński. Stanisława Tymińskiego nikt, początkowo, poważnie nie traktował i jego pojawienie się "poważni znawcy" uważali za element folkloru politycznego. Dopiero kiedy Tymiński odważył się wprost zaatakować narodową świętość, za jaką w kręgach inteligenckich uchodził Tadeusz Mazowiecki i ośmielił się nazwać go publicznie zdrajcą, kiedy oburzeni do żywego obrońcy ówczesnego status quo zaatakowali go z furią i bez wszelkich hamulców, dopiero wtedy jego notowania skoczyły gwałtownie w górę i Stanisław Tymiński wyrósł momentalnie na prawdziwego konkurenta i kandydata do stanowiska prezydenta. Jak jeszcze niektórzy z nas pamiętają, bez kłopotu wyeliminował z dalszej rozgrywki Tadeusza Mazowieckiego i, kto wie, gdyby nie pełna i powszechna mobilizacja, gdyby nie cysterny kłamstwa i gnoju, które wylano na jego głowę, może nawet wygrałby i z Lechem Wałęsą.
     Wygląda na to, że Rokita i jego bataliony wojenne zapomnieli o tej lekcji historii i będziemy mieli swoistą "powtórkę z rozgrywki". Stanisław Tymiński zaatakował bowiem ówczesny, kształtujący się bardzo szybko układ pookrągłostołowy, trafił w odczucia milionów Polaków, którzy podejrzewali, że układ ten jest fałszywy, a osobliwie, że prowadzi do pauperyzacji ogromnych rzesz mieszkańców, bo rządy Tadeusza Mazowieckiego i drużyny Lecha Wałęsy nie przyniosły poprawy kondycji społecznej i ekonomicznej większości obywateli. Wyciągnięto, schowane już do lamusa i płowiejące szybko sztandary "Solidarności", a w obronie status quo zaangażowano wszystko co było. W tamtym czasie dla inteligencji polskiej Tadeusz Mazowiecki był wciąż wielkim autorytetem, autorytetem był Jerzy Turowicz i ludzie wywodzący się ze "Znaku" i "Tygodnika Powszechnego", dla wielu milionów coś pozytywnego oznaczało nazwisko Lecha Wałęsy, po stronie tzw. postkomunistycznej był jeszcze autorytet Jaruzelskiego i innych. Z zagranicy wspierali ich wybitni przedstawiciele emigracji, jak np. "Kultura" Jerzego Giedroyca, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Nowak Jeziorański i inni. Mobilizacja ich wszystkich, na ten jeden raz, wystarczyła, aby zagrożenie, jakie w ich oczach uosabiał Stanisław Tymiński, zostało zażegnane.
     Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Nie ma już żadnych autorytetów, które liczyłyby się poważnie w obronie starego układu. Nie ma już autorytetu Tadeusza Mazowieckiego, nie żyją Jerzy Giedroyc i Herling-Grudziński, afera Rywina umoczyła w niezbyt przeźroczystej cieczy autorytet moralny Adama Michnika i jego "Gazety Wyborczej", pomimo wszystkich starań mediów, i błyskotliwych wypowiedzi podczas obrad Komisji Śledczej, nie wyrósł na autorytet Jan Maria Rokita, ani żaden inny z polityków Platformy Obywatelskiej. Platforma, która zgarnęła pod swoje skrzydła wszystko co się dało z upadłej Unii Wolności i AWS-su, składa się z polityków w oczywisty sposób należących do starego układu i obrońców status quo i nie jest w stanie tego zmienić uroda i wdzięk prof. Zyty Gilowskiej. Afera Rywina, haniebny rozwój sprawy FOZZ, dziesiątki i setki afer rozgrywanych publicznie w ostatnich latach, zapaść w zakresie służby zdrowia, zapaść edukacyjna, kryzys finansów publicznych, upadek rolnictwa, górnictwa, hutnictwa etc. etc., wszystko to razem ustawia obrońców tego układu w sytuacji dużo bardziej niewygodnej niż to miało miejsce w roku 1990. W istocie, stanowi to wodę na młyn Andrzeja Leppera i wiatr w jego żagle. I wiatr ten wieje tym gwałtowniej im większa jest bezsilna furia jego przeciwników. Atakuje bowiem zastany układ bez ogródek i zahamowań, albowiem zdaje sobie sprawę, że trafia tym samym w nastroje szerokich rzesz społecznych.
     Histeryczna obrona tego status quo do niczego dobrego doprowadzić nie może. Nawet jeśli Platforma i jej sojusznicy osiągną "sukces" w postaci znaczącego udziału w podziale mandatów w przyszłym Sejmie, to ten sukces będzie tylko odwleczeniem zmian, jakie są konieczne. Może uda im się spowodować, że w przyszłym Sejmie partia Leppera nie przekroczy 30% i będą w stanie zmontować koalicję, która nie dopuści go do przejęcia władzy. Będzie to jednak tylko gra na zwłokę.
     Jedynym wyjściem z tej nieprzyjemnej sytuacji byłaby zmiana ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenie JOW. Jeszcze przed laty, kiedy po raz pierwszy o tej propozycji usłyszał, Andrzej Lepper ogłaszał się być zwolennikiem takiego rozwiązania. Rozumiał bowiem, że jest to sposób na uderzenie w status quo. Później jednak zdał sobie sprawę, że dla haseł populistycznych znacznie lepsze możliwości stwarza partyjny system wyborczy i postanowił pójść sprawdzoną historycznie drogą wykorzystywania niezadowolenia społecznego i sytuacji kryzysowych. Mija już 15 lat od Okrągłego Stołu i Polacy czekają na jakąś zasadniczą zmianę. Jedyną partią, w której nie ma nikogo z ludzi "starego rozdania" jest Samoobrona i to daje jej wyjątkową szansę w rozgrywce partyjnej. Natomiast w JOW potrzebne jest zupełnie co innego: potrzebni są ludzie budzący zaufanie osobistym autorytetem w swoich okręgach wyborczych. Samoobrona takich ludzi nie ma, jej szanse są, w takim konkursie, mizerne. Oczywiście, takich ludzi nie ma też i Platforma Obywatelska ani żadna inna z obecnie działających na scenie politycznej partii. Dowiodły tego wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Ale tacy ludzie w Polsce są i trzeba umożliwić ich wyłonienie. Tylko taki ruch może liczyć na obudzenie nadziei Polaków na rzeczywistą zmianę i tylko taki ruch może postawić tamę populizmowi i demagogii.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.