/Naukowy fetysz reprezentatywności i sprawiedliwości

Naukowy fetysz reprezentatywności i sprawiedliwości

Główną cechą demokracji jest podejmowanie decyzji na zasadzie większości: wszędzie, gdzie tylko dochodzi do głosowania, tam zawsze, jeśli ma to mieć coś wspólnego z demokracją, rozstrzyga wola większości. Tak się jednak składa, że większość, niestety, nie posiada patentu na mądrość, w związku z czym decyzje większości nie zawsze są najmądrzejsze i najlepsze, a niekiedy, co tu ukrywać, wręcz głupie i szkodliwe. W dodatku, przy podejmowaniu decyzji politycznych i społecznych, zasadniczą rolę odgrywają interesy różnych grup, stąd powiedzenie „jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził”. Nie ma więc nic dziwnego ani nienaturalnego w tym, że wszystkie decyzje demokratycznie – a więc zgodnie z wolą większości – podejmowane, znajdują swoich kontestatorów.

Pozwalam sobie na przywołanie tych truizmów, ponieważ dr Radosław Markowski, „pracownik naukowy Instytutu Studiów Politycznych PAN i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, oraz kierownik jednego z większych międzynarodowych projektów badawczych, zajmującym się wadami i zaletami ordynacji wyborczych” (z notki w „Rzeczpospolitej” z 2 sierpnia 2004), z pozycji uczonego i eksperta, w artykule „Ordynacyjny fetysz” znokautował ludzi upominających się w Polsce o jednomandatowe okręgi wyborcze, przekonując nas, że ordynacja wyborcza, jaką od ponad 200 lat posługują się Stany Zjednoczone i Zjednoczone Królestwo, a także Kanada, Indie czy dziesiątki innych krajów, to jest pomysł anachroniczny i chory, od którego jak najbardziej dystansują się elity badaczy na uniwersytetach amerykańskich i brytyjskich i o niczym innym tam nie marzą, jak właśnie o systemie wyborczym, który Rycerze Okrągłego Stołu zafundowali Polsce. Wg Eksperta, ordynacje JOW: (1) wypaczają wolę narodu, (2) wykluczają mniejszości wszelkiej maści z politycznej reprezentacji; (3) blokują dostęp kobiet do polityki; (4) marnują głosy wyborców i prowadzą do alienacji i wycofywania się ich z polityki; (5) prowadzą do wyboru kandydatów „mniejszościowych”(naprawdę tak napisał!); (6) prowadzą do wdzierania się partykularnego interesu na poziom narodowy; (7) powodują manipulację granicami okręgów wyborczych. Na tym zresztą nie koniec. Aż dziw, że wśród tych „argumentów” nie ma najbardziej ostatnio modnego: że wybory w JOW wygrywałyby same „Stokłosy”!

Czytając listę tych zarzutów zastanawiam się czy dr Markowski na pewno mieszka w Polsce, bo takie „zarzuty” nie zdziwiłyby mnie w ustach jakiegoś profesora politologii w San Diego czy Phoenix, dla którego tzw. system reprezentacji proporcjonalnej jest przedmiotem marzeń, bo całe życie, zarówno on sam, jak i jego dziadkowie i pradziadkowie, mieli do czynienia z obrzydliwym systemem demokracji amerykańskiej, ale w ustach kogoś, kto – na dodatek w roli eksperta! – obserwuje demokrację w Polsce? Ostatecznie to nie w Rosji, lecz na zachodnich uniwersytetach zrodziła się koncepcja „naukowego socjalizmu” i uszczęśliwienia ludzkości na tej drodze, ona tylko w Rosji, a potem w podbitych krajach „demokracji ludowej” została wprowadzona w życie – ku zachwytowi, nota bene, ekspertów z różnych „Royal Commisions” i „wybitnych” uczonych politologów i socjologów wszelkiej maści. Trzeba było dopiero setek milionów ofiar, tragedii dziesiątków krajów i społeczeństw, żeby niektórym z tych naukowców spadło bielmo z oczu, ale przecież bynajmniej nie wszystkim, i na tych samych zachodnich uniwersytetach nadal znajdziemy, wcale nie rzadkie, przypadki nadal żyjących i wykładających światłe i nowoczesne idee marksizmu i socjalizmu.

Jest jednak pewna zasadnicza różnica pomiędzy uniwersytetami „zachodnimi” a polskimi. Tam, obok uczonych marksistów leninistów wykładali i wykładają również uczeni mniej postępowi, „niemarksiści – nieleniniści”, hołdujący ideologiom mniej naukowym i nowoczesnym. Dzięki temu, oprócz gorących zwolenników socjalizmu i socjalistycznego systemu tzw. ordynacji proporcjonalnej, uczyli i uczą tam młodzież również ludzie, którzy dostrzegają jakiś sens w demokracji brytyjskiej czy amerykańskiej i w ich systemie wyborczym. Inaczej w Polsce. Tutaj przez dziesiątki lat droga do kariery akademickiej i naukowej otwarta była tylko dla jawnych zwolenników postępu i jedynie słusznej naukowej koncepcji demokracji i życia społecznego. Przez dziesiątki lat uczyli młodzież, pisali artykuły i książki, robili doktoraty i uzyskiwali tytuły profesorskie na wykazywaniu wyższości „demokracji ludowej” nad „demokracją nieludową” i nikt o poglądach „wstecznych i nienaukowych” nie znalazłby zatrudnienia w żadnym Instytucie Studiów Politycznych, obojętnie, PAN czy nie-PAN. I to się, praktycznie, nie zmieniło, od czasu historycznej transformacji ustrojowej w Polsce. Pozostali na swoich katedrach profesorowie i eksperci od postępowości i poprawności politycznej, tyle, że dzisiaj już się tak nie chwalą swoim półwiecznym dorobkiem „naukowym”. Ale nadal pełnią rolę wybitnych ekspertów i naukowych interpretatorów właściwiej linii politycznej. W książkach amerykańskiego politologa, A. Ljipharta, który uchodzi za Number One wśród ideologów tzw. reprezentacji proporcjonalnej, przeczytać można, że „system ordynacji proporcjonalnej jest synonimem sprawiedliwości wyborczej i synonimem wolnych wyborów”, a jego najważniejszą cechą jest reprezentatywność parlamentu. Za Ljiphartem i innymi, „prawdy” te powtarzają bez zająknienia polscy eksperci od Gebethnera do Markowskiego. Słysząc takie opinie, każdy przytomny Polak, który ma na swojej skórze wypisane doświadczenie pięciu już kadencji wolnego sejmu, roześmieje się im w twarz, ale ten jego śmiech nie dotrze ani do telewizji, ani radia, ani wielkonakładowej wolnej prasy, bo tam wstęp mają tylko rzeczeni „eksperci”.

Na użytek „ekspertów” i „profesjonalistów”, razem z moim kolegą, fizykiem, prof. Czesławem Oleksym, a także matematykiem, drem Krzysztofem Ciesielskim z UJ, przeprowadziliśmy szczegółową analizę porównawczą („comparative study”) i symulację komputerową metodą Monte Carlo, w której wykazaliśmy, że proporcjonalność wyników wyborów nie ma żadnego związku z typem ordynacji wyborczej, a zatem, że rezultat wyborów, jeśli interesuje nas „proporcjonalny rozdział mandatów” jest efektem o charakterze przypadkowym i czysto statystycznym. „Reprezentatywność” zaś takich wyborów jest mitem, który nie znajduje żadnego uzasadnienia w znanych nam faktach. Oczywiście, w odróżnieniu od dr Markowskiego, nie mamy możliwości opublikowania naszych wyników w żadnym znaczącym piśmie, ani nie możemy liczyć na wsparcie finansowe w ramach żadnego „międzynarodowego projektu badawczego comparative study„, bo te są zastrzeżone dla propagatorów political correctness. Jaki szalony sponsor mógłby wspierać prace wykonywane w Polsce, w których wykazywano by, że wybory na wzór amerykański czy brytyjski mogłyby być lepsze od wynalazku socjalistów z końca XIX wieku? A kysz, przepadnij! Coca cola, tak, McDonald’s, tak, jeansy, tak, chipy, tak, ale konstytucja amerykańska? System wyborczy? Ależ to przecież notoryczny ciemnogród!

Ta obowiązująca poprawność polityczna ma służyć do zamaskowania bardzo prostego faktu: ordynacja proporcjonalna jest lepsza, ponieważ nadaje przywileje ustawowe partiom politycznym, a od niepamiętnych czasów i ja, i dr Markowski, wiemy, że „partia – to Lenin, a Lenin – to partia”. Dlatego przywileje ustawowe dla partii oznaczają przywileje wyborcze dla wodzów tych partii. A jeśli są przywileje wyborcze dla jednych, to znaczy, że nie ma mowy o równości wyborów, tej równości, która stanowi fundamentalną zasadę konstytucyjną III RP. W Konstytucji III RP nie ma zapisanych przywilejów ani dla kobiet, ani dla mniejszości, ani dla partii, ani dla liderów partyjnych. A w ordynacji wyborczej takie przywileje są. W wyborach, w jakich wybierają swoje reprezentacje Amerykanie i Brytyjczycy, a więc w JOW (dr Markowski niepotrzebnie się trudzi dowodząc, że hasło: JOW samo w sobie nie jest jednoznaczne, bo inaczej jest w UK a inaczej we Francji i inaczej w Australii) partie polityczne nie posiadają żadnych przywilejów konstytucyjnych i ustawowych. I to jest istota problemu i istota sporu pomiędzy zwolennikami „naukowego socjalizmu” i zwolennikami JOW. Z tego punktu widzenia, tzw. ordynacje mieszane są idealne, bo służą idealnie do mieszania w głowach zwykłym wyborcom, a ich efekt jest podobny do ordynacji tzw. proporcjonalnej. Nic dziwnego, że obecne polskie elity partyjne z takim zachwytem zaczynają się ostatnio wypowiadać na rzecz „ordynacji mieszanych”. Namieszają, namieszają, a wszystko zostanie po staremu.

4 października 2004

*Przypominamy artykuł prof. Jerzego Przystawy, jak najbardziej aktualny, głównie dla tych, którzy chcą ordynacji mieszanej w Polsce.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych