/O ciekawej debacie…

O ciekawej debacie…

…na którą koło Republika otrzymało eleganckie zaproszenie od Wrocławskiego Klubu Teologii Politycznej i na którą powędrowałem wspólnie z W. Kaźmierczakiem i M. Rolewiczem. Doszło do niej w czwartek 26 listopada 2009 r. w murach Uniwersytetu Wrocławskiego. W formie panelu dyskutowano zaś na arcyważny temat: Po co Polsce  podmiotowość?

Specjalnymi gośćmi byli profesorowie Jan Waszkiewicz z Politechniki Wrocławskiej i Adam Chmielewski z Uniwersytetu Wrocławskiego, doktor Marek A. Cichocki (Centrum Europejskie Natolin, doradca Prezydenta RP) oraz Jarosław Obremski, wiceprezydent Wrocławia, a dyskusję moderował Piotr Czekierda z Klubu Teologii Politycznej. W kolejnych rundach wypowiedzi, uczestnicy debaty sformułowali szereg interesujących opinii w kwestii podmiotowości, a co najistotniejsze rozwinęli cały szereg przykładów i krytycznych uwag pod adresem aktualnej kondycji naszego państwa, a szczególnie administrującej nim klasy politycznej.

W tych wypowiedziach, z pewnością wartościowych, trochę brakowało odpowiedzi na pytanie znane ludziom chyba na całym już świecie: co robić? Co zrobić, by podmiotowość Polski nie była aksjologicznym ideałem a realnością. Natchniony tą myślą, zabrałem głos w późniejszej dyskusji. Powiedziałem, że podmiotowość potrzebna jest po to, by dobrze realizować potrzeby Polaków. Jej osiągnięcie wymaga spełnienia określonych warunków, m.in. posiadania takich przewodników, którzy mają kompetencję i wizję polityczną, wymaga istnienia sprawnego państwa oraz wymaga uczynienia podmiotem zarówno pojedynczego obywatela, jak i całego polskiego społeczeństwa.

Na tej kanwie zadałem uczestnikom panelu pytanie, czy nie dostrzegają możliwości uzdrowienia klasy politycznej, upodmiotowienia społeczeństwa i usprawnienia państwa poprzez reformę systemu politycznego, a zwłaszcza zmianę ordynacji wyborczej na większościową z okręgami jednomandatowymi.

Paneliści różnie odnieśli się w dalszej dyskusji do tej kwestii, a ciekawe było to, że uczynili to w różnym kontekście, akcentując odmienne aspekty znaczenia ordynacji większościowej. Z konieczności mogę to zrelacjonować tylko w dużym skrócie. Dla Jana Waszkiewicza zmiana ordynacji byłaby dobrym sposobem gruntownego "przeorania" obecnej klasy politycznej. Tej pozytywnej ocenie towarzyszył jednak sceptycyzm odnośnie możliwości jej wprowadzenia, ze względu na opór tejże klasy. Docenił pomysł zmiany ordynacji wiceprezydent Jarosław Obremski; dostrzegł w okręgach jednomandatowych szansę wyłaniania społecznych liderów, kreowania pozytywnych karier i tym samym właściwego formowania elit politycznych. Z kolei Adam Chmielewski trafnie odsłonił zapory stawiane ludziom czynnym przez kierownicze gremia polskich partii politycznych. Jedynie dr Marek Cichocki podtrzymywał PiS-owską tezę, że zmiana powinna pójść w kierunku wprowadzenia ordynacji mieszanej.

Na marginesie: zastanawiać musi upór PiS-u przy koncepcie ordynacji mieszanej. Wszak mamy obecnie mieszany system polityczny, półprezydencki. To znaczy łączący cechy porządku parlamentarnego i reżimu prezydenckiego  Gołym okiem widać, że ów semiprezydencki system wymaga terapii. I mamy teraz dolegliwości owego mieszanego systemu leczyć mieszaną ordynacją wyborczą? Raczej nie chodzi tu o argumenty merytoryczne, ale o to, żeby się czymś od konkurencji odróżniać…

Wartościowa debata Wrocławskiego Klubu Teologii Politycznej skłania jednak do innych refleksji. Z pewnością wyłaniała się z niej zgoda w sprawie konstatacji złej kondycji – szczególnie intelektualnej i moralnej – obecnej klasy politycznej. Właśnie z dostrzegania tego faktu, że z naszą klasą polityczną najlepiej nie jest, wypływał pozytywny osąd idei zmiany ordynacji wyborczej. Bardzo to znamienna sytuacja.

Występowała ona zresztą wcześniej w innych krajach. W latach 50. XX wieku we Francji klasa polityczna nie potrafiła uporać się z kryzysem państwa wynikającym z klęsk w Indochinach i powstania w Algierii. W ramach ratowania państwa generał de Gaulle wymusił zmianę konstytucji i ordynacji – właśnie na większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Podobnie było w latach 90. we Włoszech i w Japonii. Ratując państwo w sytuacji kryzysu, społeczeństwa tych krajów dostrzegły szansę eliminacji korupcyjnych powiązań klasy politycznej właśnie w zmianie ordynacji wyborczej.

Przykłady te wymownie świadczą o tym, że kryzys państwa, niezdolność klasy politycznej do rozwiązywania ważnych problemów i jej uwikłanie się w działania niemoralne, to zasadnicza przesłanka powodzenia działań na rzecz zmiany systemu wyborczego. Jak spadniemy na samo dno, to prawdopodobnie klasa polityczna abdykuje. Pytanie tylko czy musimy na to czekać?

Wrocław, 28 listopada 2009