/Partie zniszczyły referendum

Partie zniszczyły referendum

Hanna Gronkiewicz-Waltz uratowała fotel prezydenta. Degradacja do roli komisarza już jej nie grozi.

Tego referendum tak naprawdę nie wygrał nikt. Przegrała go Hanna Gronkiewicz-Waltz, bo 95 proc. głosujących opowiedziało się za jej odwołaniem. Przegrali inicjatorzy akcji, bo nie byli w stanie przekonać wielu Warszawiaków, aby poszli do urn. Przegrał Piotr Guział, bo na jego Ursynowie była najniższa frekwencja. To jednoznaczna recenzja tych mieszkańców, o których uznanie powinien zabiegać najbardziej. Przegrało Prawo i Sprawiedliwość, którego zbyt mocne zaangażowanie w kampanię, w opinii wielu komentatorów, jak nic innego przyczyniło się do porażki inicjatywy.

Przegrała Platforma Obywatelska, która musiała uciec się do akcji antyfrekwencyjnej. Do bojkotu referendum zachęcały najwyższe władze państwowe, prezydent, premier, ministrowie i ministra. Od partii mającej w nazwie przymiotnik obywatelska można oczekiwać przynajmniej próby obrony merytorycznej swojego prezydenta. Niczego dobrego nie można powiedzieć o wielu osobach publicznych, o ludziach kultury. Chociaż referendum to część kultury politycznej w demokracji, to Andrzej Wajda, Krzysztof Penderecki, Marek Kondrat, Wojciech Malajkat, Daniel Olbrychski orzekli jednogłośnie, że jest niepotrzebne. Za nic mieli fakt, że jego organizatorzy dopełnili wszelkich wymogów formalnych, aby je przeprowadzić. Ostentacyjne podważanie sensowności realizacji konstytucyjnego prawa obywatelskiego jest nie tylko niezrozumiałe, ale również może być w przyszłości niebezpieczne. Bo jeżeli w taki sposób podchodzimy do sensowności jednego artykułu w konstytucji (w tym przypadku mowa o art. 170), to może przy następnej okazji zanegować kolejne…? O co grał SLD okazało się już następnego dnia – mają otrzymać stanowisko wiceprezydenta.

Referendum powinno być świętem demokracji. Tak rzadko udaje się nam zaangażować obywateli do jakichkolwiek akcji, że każda inicjatywa angażująca dziesiątki, setki tysięcy mieszkańców powinna być oczkiem w głowie zwolenników demokracji. Tymczasem jednym z głównych zarzutów, jakie pojawiały się wobec inicjatywy było twierdzenie, że… to zbyt drogie. Koszt wyniósł nieco ponad 2 mln zł. Tyle, ile budując obwodnicę Warszawa zapłaciła za wybudowanie… 10 metrów drogi. Koszt budowy 1 kilometra wyniósł bowiem 200 mln zł. Austriacy budując przez Alpy płacą o połowę mniej. Ale takiego wydatkowania publicznych pieniędzy żaden artysta oprotestować już nie zechciał.

Jeśli ktoś wygrał to ci, którzy poszli i zagłosowali. Za lub przeciw. Otarcie się o próg frekwencyjny w sytuacji, gdy wydarzenie odbywa się nie przy pomocy aparatu państwowego, ale raczej wbrew jemu, jest całkiem przyzwoitym wynikiem. Wygrana pyrrusowa, ale to od początku była inicjatywa w dużym stopniu obywatelska. A te zawsze mają pod górkę. Partie dołączyły się do niej później. I nie udało się zrównoważyć zamieszania z lokalizacją miejsc głosowań, figurującymi na listach wyborców nieboszczykami, urzędnikami czy ludźmi związanymi z magistratem, którzy dostali w mediach czytelną informację, że tajność ich głosowania jest jeśli nie mocno wątpliwa, to na pewno dyskusyjna.

Skompromitowała się Państwa Komisji Wyborcza. Niestety nie po raz pierwszy. To podważa sensowność jej dalszego funkcjonowania w takim kształcie. Po raz pierwszy przy tego typu referendach, PKW nie podawała aktualnej frekwencji, mimo że było tak w kilku innych referendach (np. w Łodzi w 2010 r.). Do tego z powodu (rzekomo) awarii serwerów nie podano nawet cząstkowych informacji dotyczącej wyników. Mieliśmy przecież tylko jedno pytanie i dwie odpowiedzi, a każda komisja miała do przeliczenia tylko średnio 300-400 kart. Zadanie dla dwóch gimnazjalistów na godzinę lekcyjną. Nie sposób zrozumieć, dlaczego na podanie jakichkolwiek danych PKW potrzebowała ponad 12 godzin. Strach pomyśleć, co będzie się działo podczas wyborów samorządowych, kiedy do zliczenia są setki tysięcy kart w wyborach do rad gmin, powiatów, sejmików wojewódzkich czy bezpośrednich wyborów na włodarzy miast.

Tu dochodzimy do sedna sprawy, mianowicie sensu istnienia centralnej Komisji Wyborczej. W Wielkiej Brytanii w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych po zakończeniu głosowania urny wyborcze są zamykane na klucz i przewożone w asyście mężów zaufania do komisji okręgowej. Tam następuje zarówno publiczne otwarcie urn, jak i równie publiczne ich liczenie – lokalnie i szybko. Wynik znany jest już po kilku godzinach. Nie ma centralnej komisji, niepotrzebny jest drogi i jak się okazuje awaryjny system informatyczny.

W systemie JOW obywatelska kontrola liczenia głosów zapewnia jednocześnie kontrolę prawidłowości obdarzania poselskimi mandatami konkretnych osób. Zasady tego systemu są bardzo jasne i proste. Natomiast system partyjnych list wyborczych wymyka się obywatelskiej kontroli, a stopień jego komplikacji uniemożliwia sprawowanie nad nim realnej pieczy.

Do znanego powiedzenia, że ważniejsze od tego kto i jak glosuje jest to, kto głosy liczy, można śmiało dopisać oraz jak przeprowadza się wybory i jak przelicza się głosy na mandaty.

* Artykuł ukazał się w „Uważam Rze” numer 21.10 z dnia 21.10.2013

616 wyświetlen