/Interesująca analiza bezprzyczynowa

Interesująca analiza bezprzyczynowa

W swym artykule „Zwycięstwo za wszelką cenę?” Zdzisław Krasnodębski („Rzeczpospolita”, 28.06.2010, s. A16-A17) przedstawił analizę współczesnej polskiej polityki w kontekście trwających wyborów prezydenckich.

Z tej skądinąd interesującej analizy wyłania się obraz polskiej polityki jako zdominowanej przez manipulacyjną i zmediatyzowaną „postpolitykę” rządzącej Platformy Obywatelskiej, uległą wobec silniejszych w świecie i arogancką wobec słabszych współobywateli. To obraz polityki, w której „umizgi” kandydata na prezydenta Jarosława Kaczyńskiego do Sojuszu Lewicy Demokratycznej by pozyskać głosy wyborców jej kandydata Grzegorza Napieralskiego, „mogą tylko osłabić poparcie i wywołać w Polakach pełne rezygnacji poczucie, że nadzieja na lepszą, suwerenną i wierną sobie Polskę została pogrzebana w Smoleńsku wraz ze śmiercią Lecha Kaczyńskiego”. A za tym wszystkim kryje się tak naprawdę niska jakość polskich wyborców, z których tylko najlepsze 6 milionów poparło w I turze J. Kaczyńskiego. Najgorszą z nich jest ta prawie połowa Polaków, którzy w ogóle nie wzięli udziału w wyborach, a więc nie są zainteresowani losem Polski. Nieco lepsza, bo aktywna, jest ta część która zagłosowała na kandydaturę Bronisława Komorowskiego, a tę część która głosowała na kandydata SLD Grzegorza Napieralskiego trudno zidentyfikować co do jej jakości. I tylko problem w tym, że ta analiza w niczym nie pomaga zrozumieć współczesnej polskiej polityki, gdyż nie ma w niej przyczyn analizowanych zjawisk i stanów. Jest to charakterystyczna dla współczesnej polskiej socjologii polityki i politologii analiza bezprzyczynowa.

 

 

Antydemokratyczna mediokracja

 

Z. Krasnodębski przedstawia obraz polskiego systemu medialnego, z którym trudno się nie zgodzić. Nieustanna manipulacja polityczna od sondaży przedwyborczych, po prymitywizację i wulgaryzację treści politycznych oraz dyskurs frazesu i banału politycznego są bowiem stałymi elementami politycznego krajobrazu medialnego. Trawersując jednego z amerykańskich dziennikarzy telewizyjnych można z całym przekonaniem powiedzieć, iż w Trzeciej Rzeczypospolitej Czwarta Władza stała się Piątą Kolumną polskiej demokracji. Tu wszak trzeba odpowiedzieć na pytanie o to, dlaczego taka manipulacja na skalę umożliwiającą istotny wpływ na wyniki wyborów nade wszystko parlamentarnych jest możliwa?

 

Polski system medialny został ukształtowany zasadniczo w latach 1989 – 1991/1995, w warunkach ogólnej dominacji grup, środowisk i zbiorowości transformującej się klasy posttotalitarnej biurokracji komunistycznej oraz grup i zbiorowości żyjących z nimi w symbiozie społecznej, politycznej i gospodarczej. Był kształtowany i to dyskretnie w ścisłym związku z tworzącym się nowym systemem politycznym dla zapewnienia hegemonii, a przynajmniej dominacji interesów i aspiracji tychże grup i zbiorowości. O rdzeniu systemu medialnego i jego stricte politycznej roli stanowią koncerny prywatnych multimediów masowych oraz państwowy koncern telewizji i radia, który nie odgrywa wszakże samodzielnej roli politycznej, acz tylko rolę pochodną, ze względu na swoją bezpośrednią zależność od układu sił na scenie politycznej. O tym rdzeniu stanowią multimedialne koncerny; „Agora”, ITI i grupa Polsat oraz sieć koncernów prasowych wydających najważniejsze opiniotwórczo krajowe tytuły prasowe jak „Rzeczpospolita”, „Dziennik. Gazeta Prawna”, „Wprost”, „Polityka” (i „Gość Niedzielny”) oraz koncerny będące właścicielami radiostacji o największej słuchalności, jak „RMF FM”. Nieformalny koncern multimedialny zakonu redemptorystów polskich spersonifikowany osobą księdza Tadeusza Rydzyka, któremu udało się przetrwać, jest elementem jeśli nie antysystemowym, to przynajmniej pozasystemowym.

 

O sile zaś politycznego oddziaływania decyduje przede wszystkim masowość odbioru. Można wręcz powiedzieć, iż kluczowe prywatne koncerny medialne, takie jak „Agora”, ITI i grupa Polsat wraz z politycznie i partyjnie umocowaną telewizją publiczną, stanowią wręcz część systemu politycznego ze względu na współtworzenie sceny politycznej. Innymi słowy bez tych koncernów polska scena polityczna wyglądałaby zasadniczo inaczej.

 

Manipulacje opinią publiczną i antydemokratyczne praktyki są stałym zjawiskiem w polskich mediach masowych, i to od faktów i ocen, po używany język. Ta manipulacja ze znaczącymi elementami ukrytej cenzury, ograniczającej i wykluczającej istotne dla demokracji obszary życia publicznego, w tym szczególnie politycznego i aktorów tego życia, jest trwałym choć podlegającym ewolucji zjawiskiem polskiego życia politycznego. Doszło do sytuacji, gdy prywatne koncerny medialne, dzięki swej samodzielnej roli w systemie politycznym i bezpośrednim wpływie na władze w państwie polskim, uzyskały samodzielny wpływ na cały system społeczny.

 

 

Systemowa przyczyna mediokracji

 

Zasadniczą przyczyną możliwości skutecznego istnienia tej antydemokratycznej mediokracji jest system polityczny, którego konstytutywnym i decydującym o jego treści rozwiązaniem jest partyjna ordynacja wyborcza oparta na wielkich i wielomandatowych okręgach wyborczych, gdzie głosuje się na listy partyjne, a nie na osoby jak w ordynacjach większościowych typu brytyjskiego. Media masowe bowiem dzięki polskiej ordynacji wyborczej mają znaczący wpływ na wyniki wyborów do Sejmu oraz odgrywają kluczową rolę w ocenie i kontrolowaniu działalności posłów, czego pozbawieni są bezpośrednio sami wyborcy. Głosowanie na listy partyjne, a więc partie, powoduje bowiem, iż to publiczne wizerunki partii tworzone w skali kraju rozstrzygają o wynikach wyborów, a w ich tworzeniu kluczową rolę odgrywają właśnie wizerunki medialne partii i ich liderów. W istocie więc medialne wizerunki partii politycznych w Polsce są podstawą decyzji wyborców w wyborach do Sejmu. Równocześnie wielki dystans społeczny i przestrzenny, jaki wytwarza polska ordynacja, między posłem a wyborcą powoduje, iż tylko media masowe mogą kontrolować i za pośrednictwem wyborców pociągać do politycznej odpowiedzialności samych posłów czy partyjnych polityków, znacząco wpływając na ich los polityczny.

 

Najważniejszym skutkiem ordynacji proporcjonalnej w Polsce jest praktyczna wyłączność krajowych mediów masowych w procesach komunikacji politycznej i ich zmonopolizowana rola w życiu politycznym Polski. Monopolistyczna, a ściślej oligopolistyczna rola krajowych mediów masowych jest wzajemnie sprzężonym wynikiem wielkości okręgów wyborczych oraz partyjnego kryterium dokonywania wyborów i ocen polityków. Partyjne kryterium wyborów i ocen oznacza bowiem nieustanne odwoływanie się do centralnie płynących masowych informacji o działaniach partii, a faktycznie jej liderów i kierownictwa, i to na forum ogólnopaństwowym. To ogólnokrajowe mass media tworzą obrazy i wizerunki partii, które ocenia wyborca i które są kluczowe dla oceny poczynań samych partii politycznych. Stąd też płynie olbrzymia władza mediów masowych w polskim systemie politycznym, które w tej ordynacji mają wyłączność na publiczną kontrolę partii i posłów również w trakcie kadencji. Wybory zaś stają się głosowaniem nade wszystko na medialne wizerunki partii.

 

 

Dramatyczny stan państwa

 

Jest interesujące, iż Z. Krasnodębski, podobnie jak prawie wszyscy publicznie wypowiadający się socjolodzy polityki i politolodzy, nie próbuje odpowiedzieć na pytanie o przyczyny jakości polskich polityków i polskich partii. Dlaczego w polskiej polityce do stanowiska premiera włącznie, aż roi się od „panów nikt”? A co gorsza dlaczego wybiera się do Sejmu panów Palikota, Niesiołowskiego czy Nowaka, by trzymać się tylko najbardziej obrazujących zjawisko braku kultury politycznej i ogólnej posłów PO, choć dotyczy to również pozostałych partii zasiadających w parlamencie, tyle że nie tak widowiskowych w swych kulturalnych ułomnościach? Dlaczego wśród 10 kandydatów na prezydenta w I turze wyborów nie znalazł się nikt, kto podjąłby temat katastrofalnego stanu polskiego państwa zobrazowanego tragedią smoleńską i dramatem powodzi oraz próbował przeanalizować tego przyczyny i zaproponować rozwiązania? Przecież to były wybory prezydenta państwa polskiego, a na temat stanu tego państwo nie podjęto elementarnej debaty. Dlaczegóż więc obywatele mieliby głosować na któregokolwiek z nich i brać za nich obywatelską odpowiedzialność?

 

W ostatnią niedzielę, tydzień przed II turą wyborów, odbyła się debata telewizyjna obu kandydatów: Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Żaden z nich nie postawił kluczowych problemów polskiego państwa: jakości polskiej klasy politycznej i centralnej administracji państwowej; znaczącej korupcji, niskiej służebności i małej skuteczności, a za to dużej nieudolności aparatu państwowego; obraźliwej dla znaczącej części pacjentów jakości polskiej służby zdrowia; fatalnej jakości polskiego wymiaru sprawiedliwości; katastrofalnego stanu polskiej obronności; rosnąco lawinowo zadłużenia zagranicznego, które miesiąc temu przekroczyło 200 mld euro, by na tym skończyć. B. Komorowskiego nic nie tłumaczy. Można oczywiście próbować tłumaczyć J. Kaczyńskiego dbałością o swój niekonfliktowy wizerunek, ale cóż to za poważny polityk, który wypełnia wymagania wizerunkowe swych politycznych wrogów kosztem stawiania kluczowych spraw własnego państwa. I dlaczego ten polityk nie zabiega o głosy tej blisko połowy wyborców, którzy nie poszli do wyborów w I turze, a „umizguje się” do praktycznie kilku procent wyborców G. Napieralskiego?

 

 

Fasadowość demokracji

 

Moja odpowiedź o przyczyny tego stanu rzeczy jest analogiczna jak w przypadku antydemokratycznej mediokracji. Niska jakość intelektualna i ideowa polskich polityków i polskich partii, będąca zasadniczą przyczyną dramatycznego stanu polskiego państwa, jest wynikiem rozpoczętej Okrągłym Stołem niedemokratycznej samokooptacji polskich elit politycznych i państwowych. Powstałe tam elity polityczne podlegają przez ponad 20 lat samokooptacji dzięki procedurom proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu, wzmocnionej progiem wyborczym i zasadami finansowania partii politycznych. To liderzy partii politycznych wybierają kandydatów na listy partyjne i ustalają kolejność, co ma zasadnicze znaczenie dla ich szans wyborczych. Nikt bez przyzwolenia, oligarchizujących się dzięki temu kierownictwom partii, nie ma możliwości zostania posłem. Tworzy to sytuację działania w polskiej polityce swoistego „prawa Greshama-Kopernika”, w ramach którego polityk lepszy jest wypierany ze sceny politycznej przez polityka gorszego, gdyż tacy są bardziej wierni swym kierownictwom partyjnym, ale za to z reguły bardziej mierni i bierni. W Polsce skład Sejmu jest tak naprawdę ustalany przez kilkanaście do kilkudziesięciu osób. Uniemożliwia to demokratyczne wyłonienie autentycznych liderów i elit politycznych o wysokiej jakości intelektualnej i ideowej. A ponieważ w polskim reżimie parlamentarno-gabinetowym to skład i jakość Sejmu decyduje bezpośrednio i pośrednio o jakości centralnych organów państwa, a na dłuższą metę przesądza o jakości pracy całego państwa, stąd też dramatyczny już obecnie jego stan. Przesądza też o jakości kandydatów na urząd prezydenta, gdyż to system partyjny kreuje zasadniczo tych kandydatów. Stąd też przez 20 lat jesteśmy skazani na kandydatów Okrągłego Stołu. To nie niska jakość polskich wyborców przesądzą o niskiej jakości polskiego państwa, jak sugeruje Z. Krasnodębski. To fasadowość polskiej demokracji tworzona partyjną ordynacją wyborczą, i to mimo istnienia wolności politycznej, o tym decyduje.

 

Ta fasadowość wyraża się namacalnie dla każdego obywatela faktycznym odebraniem mu biernego prawa wyborczego, a więc złamaniem Konstytucji. Polscy obywatele nie mogą wystartować w wyborach do Sejmu bez zgody kierownictw partii politycznych, tak choćby jak w systemie większościowym Wielkiej Brytanii. Ta fasadowość wyraża się ustrojowo naruszeniem konstytucyjnej zasady suwerenności narodu. Mamy bowiem do czynienia nie z demokracją obywatelską, ale z polityczną rywalizacją grup oligarchii partyjnych poprzez powszechne wybory. Nie jest to bowiem nawet demokracja partii politycznych, gdyż sposób finansowania z budżetu państwa partii politycznych, które już są w parlamencie, narusza nawet zasadę równości wyborów w odniesieniu do samych partii politycznych. Zasada równości wyborów jest złamana nie tylko ze względu na nierówność warunków finansowania kampanii wyborczej, lecz również ze względu na manipulacje opinią publiczną przez koncerny medialne i podległe elitom politycznym i klasie politycznej publiczne media masowe.

 

Ale takich problemów Z. Krasnodębski nie dostrzega, podobnie zresztą jak cała polska socjologia polityki, politologia i nauka prawa konstytucyjnego, by już o elicie polskiego dziennikarstwa nie wspomnieć.