/Sprawiedliwość wyborów w Wielkiej Brytanii

Sprawiedliwość wyborów w Wielkiej Brytanii

Debatowe odkrycie Janusza K*rw***-Mikke dotyczące niesprawiedliwości wyborów w okręgach jednomandatowych podziałało na zwolenników JOW trzeźwiąco. Otóż Janusz K*rw**-Mikke zauważył, że Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa pomimo kilkunastu procent poparcia najprawdopodobniej wprowadzi zaledwie kilku posłów do parlamentu. Piorunująca siła tego argumentu powaliła nawet redaktora W. Reszczyńskiego, który swego czasu był za i popierał – teraz jednak wie już, że na obecnym etapie JOW to wyraz zupełnej naiwności (rozmowa na antenie Radia Maryja, 6 maja 2015).

I rzeczywiście – najgorsze obawy prezesa partii K*rw*** potwierdziły się: w skali kraju poparcie dla Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa wyniosło 12.6%. Pomimo uzyskania ponad 3880 tys. głosów partia zdobyła zaledwie jeden mandat. Wyborczy wyścig przegrał między innymi szef partii – Nigel Farage.

Dla nich, tzn. dla partyjnych taki wynik – czy raczej taki podział – jest skandaliczny. Partyjni (do których zaliczam też prezesa partii K*rw***) idą do wyborów po to, żeby podzielić dobro – tym dobrem są mandaty. Cel wyborów w Wielkiej Brytanii jest jednak inny – ten cel to wyłonienie rządu zdolnego sprawnie rządzić krajem. Zaraz na drugi dzień po zakończeniu wyborów znane były wyniki, niepotrzebne były rozmowy koalicyjne, wiadomo także było, że na czele rządu stanie dotychczasowy premier i szef partii David Cameron, a nie ktoś inny: wyciągnięty z prezesiego kapulesza Kazimierz Marcinkiewicz, narzucony przez koalicjanta Waldemar Pawlak, czy wystrugany przez przewodniczącego Jerzy Buzek. Nowy rząd przystępuje do pracy ze stabilym poparciem, bez koalicyjnych targów. Widzimy zatem, że jednomandatowy system brytyjski, choć rzekomo niesprawiedliwy, władze wyłania znacznie sprawniej niż partyjny, polski.

Zastanówmy się jednak, czy ordynacja jednomandatowa jest faktycznie niesprawiedliwa. Sztandarowy argument zwolenników tej tezy to nad wyraz skromna reprezentacja wyborców Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (3880 tys. głosów a tylko jeden poseł). Niedorzeczność tego argumentu wynika z założenia, że wyborcę w parlamencie reprezentuje nie konkretny, znany z imienia i nazwiska poseł lecz partia. (Partia. Należeć do niej, z nią działać, z nią marzyć z nią w planach nieulękłych, z nią w trosce bezsennej – wierz mi, to najpiękniejsze, co się może zdarzyć). Partia ma rzekomo program i reprezentuje określone wartości, z którymi utożsamiać się mogą wyborcy o określonych poglądach.

Przyjrzyjmy się zatem jak to wygląda w Polsce. Do ostatniego parlamentu dostało się pięć ugrupowań. W podziale na mandaty wyglądało to następująco:
PO – 207 mandatów
PIS – 157 mandatów
Ruch Palikota – 40 mandatów
PSL – 28 mandatów
SLD – 27 mandatów

Zatem zgodnie z partyjną logiką wyborcy mogli dostosować swoje poglądy do jednej z pięciu partii (Partia. Należeć do niej, z nią działać…) i stosownie zagłosować. Zajrzyjmy jednak na stronę sejmu (zakładka Posłowie). Żadne z parlamentarnych ugrupowań nie zachowało stanu posiadania z początku kadencji. Najwięcej posłów ubyło w Ruchu Palikota (28) i w PiS-ie (23). Powiększyły się kluby PSL i SLD. Mamy także Klub Zjednoczonej Prawicy, który w ogóle nie startował w wyborach. W klubie PO mamy posła wybranego z listy PIS-u, a w PSL-u posłów Ruchu Palikota. Mamy wreszcie 24 posłów niezrzeszonych. Jakie oni mają poglądy i kogo reprezentują? Widzimy wyraźnie, że sprawiedliwość ordynacji partyjnej nie kończy się w dniu wyborów – ordynacja ta promieniuje swoimi dobrodziejstwami także w czasie trwania kadencji sejmu. Wyborcom taka sprawiedliwość najwyraźniej się jednak nie podoba, głosowali przecież za kastracją i marihuaną, a na koniec kadencji mają swoich posłów w PSL-u lansującym Adama Jarubasa i głos rozsądku. Nie należy się zatem dziwić, że w wyborach prezydenckich prezes ruchu odchodzących posłów otrzymuje 1% poparcia.

Podobnie jak sejm – tak sprawnie mutujący przez całą swoją kadencję – mutują programy partii. Uzasadnienie mutacji jest arcyboleśnie proste – programy istnieją tylko teoretycznie. To oczywiście w niczym nie przeszkadza bo ordynacja partyjna jest „sprawiedliwa”, dzięki czemu żadna partia nigdy nie zdobywa mandatu do samodzielnego rządzenia. Po zawiązaniu koalicji mamy nowy program – wypadkową wzajemnie sprzecznych, istniejących tylko teoretycznie programów partii. (Partia. Należeć do niej, z nią działać, z nią marzyć z nią w planach nieulękłych…) A jak to wygląda w Wielkiej Brytanii? Aby zyskać przychylność większej grupy wyborców konserwatyści zadeklarowali poparcie dla idei referendum w sprawie wyjścia z UE. (Takie referendum było jednym ze sztandarowych postulatów Partii Niepodległości). Referendum ma odbyć się w roku 2017. Ponieważ konserwatyści sprawują rządy samodzielnie, nie mają możliwości zasłaniać się argumentem „chcieliśmy, ale koalicjant nie pozwalał„. Paradoksalnie zatem poglądy obywateli identyfikujących się z niektórymi postulatami Partii Niepodległości reprezentowane są w parlamencie całkiem nieźle. Na pewno lepiej niż poglądy k*rw***stów w Polsce.

I na koniec ciekawostka. Nigel Farage przegrał wybory w okręgu South Thanet z Craigiem  Mackinleyem – posłem konserwatystów, który zaczynał swoją karierę w Partii Niepodległości, w latach 1997–1999 był nawet jej wiceprzewodniczącym. To kolejne potwierdzenie wcześniejszej tezy o przejmowaniu przez konserwatystów potencjalnych wyborców Partii Niepodległości. Widzimy też na tym przykładzie dlaczego oni – partyjni – tak boją się okręgów jednomandatowych. Jedynym sposobem zdobycia mandatu w JOW jest przekonanie do siebie większości wyborców w jednym, wybranym okręgu. Żaden prezes, żaden baron nie jest nigdy bezpieczny. Jeśli w Polsce baron partii X uzyskuje w wyborach mniej głosów niż baron partii Y, to mówimy o prestiżowej porażce. Prestiżowa porażka nie jest jednak żadnym nieszczęściem – ordynacja partyjna jest przecież sprawiedliwa i nie odbiera parlamentarnych synekur. Baron X i baron Y zdobywają mandaty, ba – wciągają za sobą osoby z kolejnych miejsc – baron zwycięzca więcej, baron przegrany mniej. Przegrana w okręgu jednomandatowym to przegrana naprawdę. Przegrałeś – nie wchodzisz do parlamentu. Zwycięzca jest jeden – wygrywa pierwszy na mecie.

602 wyświetlen