Dobiega powoli końca VII kadencja Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej od czasu pierwszych wolnych wyborów powojennych w październiku 1991. Jak zwykle dobra to okazja do podsumowań i refleksji. Nie jest to jednak wywód o pracy naszych przedstawicieli w izbie niższej. Dotyczy kwestii bardziej trywialnej.

Ze zdumieniem i niesmakiem obserwuję liczbę i skalę mandatów poselskich wygasających przed końcem kadencji. Nie jest to oczywiście zjawisko nowe, gdyż zawsze ktoś przecież może zejść z tego świata lub po prostu zrzec się mandatu w imię wyższych celów, nie jest też typowe dla systemu proporcjonalnego i samej Polski – przecież i w państwach z systemem większościowym, w tym JOW, takie sytuacje zdarzają się. Kluczem jednak jest to ostatnie słowo – w Sejmie bowiem wykręcanie się od obowiązków poselskich na przeróżne sposoby przerasta już jakiekolwiek „rozsądne” rozmiary.

Obecny system wyborczy niewątpliwie jednak ułatwia wyzbycie się mandatu otrzymanego od wyborców, gdyż po prostu w miejsce takiego delikwenta do Sejmu wybiera się kolejny kandydat z tej samej listy zgodnie z kolejną liczbą głosów. Do tego w okręgach wielomandatowych przypadek jednego z kilku lub kilkunastu posłów ginie gdzieś w politycznym oceanie, a elektorat danego okręgu nierzadko nawet nie jest świadomy, że właśnie jeden z jego wybrańców postanowił odpuścić sobie służbę Narodowi w Sejmie.

Na początek warto postawić pytanie, w jaki sposób poseł na Sejm RP może stracić mandat w trakcie kadencji. Najbardziej oczywistym czynnikiem jest śmierć, która przyjść może każdego dnia. Jednak wszystkie inne zależą już od samego przedstawiciela Narodu. Niektórzy posłowie zrzekają się mandatu… w pierwszych dniach kadencji, bowiem startują do Sejmu tylko jako „lokomotywy wyborcze” dla „nabicia” głosów swojej partii, a później, oszukując wyborców, cedują swoje miejsce w izbie na kolegów z listy (patrz Adam Jarubas z PSL w 2011). Inni opuszczają Sejm z przyczyn zawodowych, zdrowotnych itp. Jednak wielu innych traci mandat poselski z przyczyn czysto koniunkturalnych – wyboru do Senatu, Parlamentu Europejskiego, organów samorządu terytorialnego, organów państwowych, w których służba jest niepołączalna z zasiadaniem w parlamencie (np. Trybunał Konstytucyjny, Naczelna Izba Kontroli).

Trudno nie odnieść wrażenia, że wyjątkową kpiną wobec wyborców jest przede wszystkim zrzeczenie się mandatu od razu po wyborze oraz utrata go z powodu wyboru do innych ciał przedstawicielskich. Przecież po coś takiego posła wybieramy! Czy cztery lata w Sejmie to aż taka katorga? Ale nasze panie i panowie posłowie mogą sobie na to pozwolić, bo: 1) nie ma wyborów uzupełniających, a te siłą rzeczy musiałyby zostać zauważone przez znaczną część wyborców i powodowałyby określone koszty, 2) wielość posłów z okręgu powoduje rozmycie osobistej odpowiedzialności, bo często taki osobnik jest tylko jednym z kilku wybrańców z danej partii.

Podjąłem zatem trud analizy wszystkich pełnych kadencji Sejmu RP po 1991 roku pod kątem liczby posłów, których mandaty wygasły przed kolejnymi wyborami i przyczyn tego stanu:

1993–1997 (II) – 18 posłów, z czego: 11 zmarło, 2 mianowano ambasadorami, 2 powołano do NIK, 2 zrzekło się mandatu (w tym prezydent Warszawy), 1 został Prezydentem RP (A. Kwaśniewski);
1997–2001 (III) – 22 posłów, z czego: 7 zmarło, 3 powołano do KRRiT, 3 zrzekło się mandatu (w tym zmuszeni do wyboru między Sejmem i samorządem prezydenci Gorzowa Wielkopolskiego i Tarnowa), 2 złożyło nieprawdziwe oświadczenia lustracyjne, po 1 mianowano ambasadorem, wybrano na Prezesa NBP, NIK, Rzecznika Praw Dziecka, marszałka województwa, sędziego Trybunału Konstytucyjnego oraz 1 pracował w spółce Skarbu Państwa;
2001–2005 (IV) – 29 posłów, z czego: 4 zmarło, 17 wybrano do Parlamentu Europejskiego, 3 wybrano na prezydentów i burmistrzów, 2 zrzekło się mandatu, po 1 wybrano do Senatu i KRRiT oraz 1 złożył nieprawdziwe oświadczenie lustracyjne;
2007–2011 (VI) – 60 posłów (!), z czego: 18 zmarło (w tym 15 w Smoleńsku), 17 wybrano do Parlamentu Europejskiego, 12 wybrano na prezydentów i burmistrzów, 5 zrzekło się mandatu, 3 wybrano do KRRiT, BBN i Kancelarii Prezydenta, 2 wybrano do sejmiku wojewódzkiego, 1 został Prezydentem RP (B. Komorowski), 1 wybrano do Senatu, 1 mianowano wojewodą;
2011–2015 (VII) – 48 posłów, z czego: 2 zmarło (!), 16 wybrano do Parlamentu Europejskiego, 11 wybrano na prezydentów i burmistrzów, 3 wybrano do Senatu, 3 powołano do NIK i Kancelarii Prezydenta, 2 mianowano wojewodami, 1 wybrano do sejmiku wojewódzkiego, 8 zrzekło się mandatu (w tym dwóch marszałków województw od razu po wyborze do Sejmu!, a także Przewodniczący Rady Europejskiej D. Tusk).

A zatem – w latach 1993–2005 i 2007–2015 swoje mandaty straciło 177 posłów na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej (!). Zestawienie to być może jest nużące i przydługie, ale pokazuje jedno: rosnącą liczbę uciekinierów z Sejmu, do czego przyczyniło się głównie wprowadzenie bezpośrednich wyborów prezydentów i burmistrzów (stanowiska te objęło 26 posłów), a przede wszystkim przyjęcie Polski do Unii Europejskiej i szerokie otwarcie drzwi do posadek w Parlamencie Europejskim (z tej intratnej możliwości skorzystało w ciągu 11 lat aż 50 posłów na Sejm!). Zgony stanowią zaledwie 24% wygasłych mandatów poselskich, a w 49% przypadków poseł został wybrany do innego organu przedstawicielskiego i przez to uciekł z Sejmu!

Żeby jednak nie pozostawić wątpliwości, dlaczego system proporcjonalny i rozmycie osobistej odpowiedzialności posłów prowadzi do tak masowej skali wygasania mandatów do Sejmu (w VI kadencji wymieniono w ten sposób aż 1/8 izby!), prezentuję analogiczne zestawienie odnośnie wszystkich kadencji brytyjskiej Izby Gmin od 1992 (należy przy tym zaznaczyć, że mandatu tam formalnie nie można się zrzec, jednak stosuje się odpowiednie sztuczki prawne w razie potrzeby):

1992–1997 – 18 posłów, z czego: 16 zmarło, 1 został komisarzem europejskim, 1 objął stanowisko uniwersyteckie w Nowej Zelandii;
1997–2001 – 17 posłów, z czego: 10 zmarło, 2 wybrano do parlamentów regionalnych, 2 mianowano lordami (w tym nowego Sekretarza Generalnego NATO), 1 został Wysokim Komisarzem w Australii, 1 zrzekł się mandatu i odszedł z polityki, 1 utracił mandat w związku z nieważnością wyboru;
2001–2005 – 6 posłów, z czego: 4 zmarło, 1 został Sekretarzem Generalnym Rady Europy, 1 został komisarzem europejskim;
2005–2010 – 14 posłów, z czego: 8 zmarło, 4 zrzekło się mandatu (w tym T. Blair), 1 wybrano na burmistrza Londynu, 1 poddał się ponownemu osądowi wyborców;
2010–2015 – 21 posłów, z czego: 6 zmarło, 12 zrzekło się mandatów (głównie po to, aby ubiegać się o inne stanowiska), 2 poddali się ponownemu osądowi wyborców po opuszczeniu Partii Konserwatywnej; 1 utracił mandat w związku z nieważnością wyboru.

Łącznie zatem w latach 1992–2015 Izbę Gmin opuściło 76 deputowanych, w tym 44 (58%) z powodu opuszczenia ziemskiego padołu. Oto skala przepaści między kulturą polityczną Polski i Wielkiej Brytanii. Przede wszystkim jednak poseł brytyjski jest świadomy, że zrzeczenie się mandatu lub jego utrata oznacza rozpisania wyborów uzupełniających w jego okręgu, zatem pięć razy przemyśli, czy aby na pewno jemu, podatnikowi i wyborcy opłaca się organizowanie dodatkowego spędu wyborczego z przeróżnych przyczyn.

Poseł polski opuszcza parlament głównie z powodu wyboru na inny stołek i zaśmiania się swoim wyborcom w twarz. Poseł brytyjski traci mandat przeważnie… razem ze swoim życiem ziemskim. A my, jak te owieczki, mniej lub bardziej świadomie pozwalamy, aby robiono sobie z nas żarty.

 

Dyskusja - 8 Komentarzy
  1. marian

    01. Cze 2015,  godz. 20:26

    Elżbieta Bieńkowska, senator której nie przeszkadzało byc wicepremierem i ministrem w rządzie D. Tuska by bez żalu zrezygnować z mandatu senatorskiego na rzecz funkcji komisarza Unijnego. Dzisiaj może twierdzić że tylko złodziej lub idiota pracuje za 6 tys. Pokazuje czy m w istocie jest Platforma. jest platformą do kariery w oderwaniu od społeczeństwa. Nie ufajmy platformie jeżeli mówi że chce jednomandatowych okręgów czy likwidacji senatu. Bo tak naprawdę chodzi im o kariery publiczne, żadnego poczucia odpowiedzialności.
    Jest taka paremia łacińska która mówi: Kłamca kłamie na wtedy gdy mówi prawdę 😉

    Co do mandatów z okręgów jednomandatowych są droższe w utrzymaniu od tych z wielomandatowych ale tak naprawdę mamy innej jakości polityka odpowiedzialnego przed wyborcami. Same zaś koszty można zaoszczędzić na likwidacji senatu 🙂

    Odpowiedz

  2. Łukasz Bień

    01. Cze 2015,  godz. 14:37

    Chciałbym jeszcze przeprosić za „Naczelną Izbę Kontroli”. Oczywiście taka instytucja nie istnieje, mamy Najwyższą Izbę Kontroli.

    Odpowiedz

  3. Zdzisław Ilski

    01. Cze 2015,  godz. 09:35

    Panie Łukaszu. To ciekawe obserwacje Pan poczynił. Posłowanie na Sejm RP postrzegane jest nader często nie w konwencji służby społecznej lecz kariery osobistej. Może to tłumaczyć skłonność posłów do rezygnacji z mandatu – o ile na widnokręgu pojawi się coś bardziej atrakcyjnego. W tym punkcie nasza kultura polityczna może być inna od brytyjskiej.

    Odpowiedz

  4. piotrmatuszewski

    01. Cze 2015,  godz. 07:17

    Przez taki system szerzy się tylko kolesiostwo bo załóżmy ze załapałem się do sejmu a mój kumpel z listy który był drugi nie, ale mówię mu, stary nie przejmuj się ja posiedzę tam chwile później będą wybory samorządowe to zostanę wójtem burmistrzem lub kimś innym a Ty wbijesz się na moje miejsce, według mnie w ogóle nie powinno być możliwe , że jeśli pełnie teraz funkcje posła to mogę startować np w wyborach samorżądowych

    Odpowiedz

    • Łukasz Bień

      01. Cze 2015,  godz. 08:19

      I tak, rzeczywiście, nierzadko to wygląda. Skrajnymi przypadkami są marszałkowie województw z ramienia PSL – Krzysztof Hetman (lubelskie) i Adam Jarubas (świętokrzyskie), którzy wystartowali do Sejmu tylko po to, żeby „nabijać” głosy swojej liście. Ponieważ są dość popularni w swoich okolicach, wystawiono ich jako „jedynki” PSL.
      Zadanie swoje spełnili należycie, niedawny kandydat na prezydenta zdobył nawet trzecią w kolejności liczbę głosów w województwie i największą ze wszystkich kandydatów PSL w kraju (ponad 28 tys.). Tydzień po wyborach Jarubas złożył oświadczenie pełne rozterek, ale i nadziei („Wiem że Wasze głosy nie będą stracone, że odnieśliśmy sukces w postaci dodatkowego mandatu”). Oto link:
      http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,47262,10486778,Adam_Jarubas_juz_nie_chce_byc_poslem__OSWIADCZENIE_.html
      Dodam jeszcze, że przed wojną mieliśmy jeszcze gorszą patologię. Otóż można było startować do Sejmu RP i Sejmu Śląskiego… z kilku okręgów jednocześnie (!). I np. Wincenty Witos kandydował i otrzymał mandat w czterech okręgach oraz z listy państwowej. Wybierał oczywiście jeden, a pozostałe zwolnione przypadały jego kolegom partyjnym… Praktyka była to nagminna i stosowana we wszystkich liczących się ugrupowaniach.

      Odpowiedz

      • Paweł Kawarski

        01. Cze 2015,  godz. 12:39

        Wielkie brawa za te obliczenia!

        Badałem przepisy na tle kandydowania w 2013 r. jednego z posłów do senatu (który następnie uciekł z senatu do tzw. europarlamentu).

        Wg przepisu art. 193 § 2 K.w. „nie można kandydować równocześnie do Sejmu i do Senatu”. Można z niego wyprowadzić zakaz kandydowania posła do senatu (i odwrotnie).

        Jeśli bowiem nie można kandydować do Sejmu i do Senatu, aby nie dopuścić do sprawowania mandatu równocześnie w obu izbach, to tym bardziej nie można będąc posłem kandydować do Senatu (i odwrotnie), bowiem w przypadku wyboru do Senatu prowadziłoby to również do osiągnięcia efektu zakazanego przez ustawę (argument znany jako „a minori ad maius”, czyli komu nie wolno mniej, temu nie wolno więcej).

        Jest to zakaz dalej idący niż zakaz dotyczący posłów do Sejmu i posłów do PE – w odniesieniu do wyborów do PE nie ma zakazu kandydowania posłów. Wygaśnięcie mandatu posła następuje z chwilą wyboru do PE (art. 247 § 1 pkt 7) Kodeksu wyborczego). Można również zauważyć, że zakaz kandydowania posła na senatora jest niejako wzmocniony brakiem odpowiednika tego przepisu, który brzmiałby np., „wygaśnięcie mandatu posła następuje z chwilą wyboru do Senatu”.

        A więc, zanim dany poseł zgłosi formalnie swoją kandydaturę do Senatu, powinien formalnie zrzec się mandatu (art. 247 § 1 pkt 4) Kodeksu wyborczego).

        Problem polega na tym, że nikt się tym nie przejmuje, ani marszałkowie sejmu i senatu, ani PKW, itp., ani wyborcy.

        Odpowiedz

        • Łukasz Bień

          01. Cze 2015,  godz. 14:36

          Dziękuję!

          Cóż, w tej sprawie to chyba tylko Trybunał Konstytucyjny pomoże.
          Jeśli zaś chodzi o tego byłego senatora i byłego posła, obecnie europosła, został on rekordzistą Polski, gdyż jako jedyny w historii naszego parlamentaryzmu zdołał w czasie jednej kadencji Senatu wygrać wybory uzupełniające i dobrowolnie wywołać… kolejne, przeskakując kolejno z Sejmu przez Senat do Parlamentu Europejskiego (jedynym innym senatorem, który wygrał wybory uzupełniające i w tej samej kadencji stracił mandat w izbie wyższej był śp. Stanisław Zając, ofiara katastrofy smoleńskiej). Mówimy tu oczywiście o Bolesławie Piesze.

          Inny ciekawy przypadek – Małgorzata Adamczak. W ciągu 8 lat pani ta zdążyła być: radną sejmiku wielkopolskiego, senatorem, posłem i burmistrzem Śmigla…

          Odpowiedz

  5. bisnetus

    01. Cze 2015,  godz. 00:43

    Wydaje się, że w Polsce dominuje i się zwiększa nędza kadrowa atrap politycznych. Jest to system zamknięty, ograniczony do kilkudziesięciu, kilkuset osób trochę znaczących lub ledwo znaczących w jakieś dziedzinie.

    Normalne obywatelskie partie polityczne mają w swoich szeregach setki tysięcy aktywnych obywateli dziesiątki tysięcy lokalnych i środowiskowych liderów i parę tysięcy pretendentów do przywództwa na wyższym poziomie. Taka Merkel czy Cameron to politycy na najwyższym europejskim poziomie, ale mogą być wymienieni w 5 minut. paru równie dobrych liderów jest gotowych przejąć stery w każdej dosłownie chwili a kilkudziesięciu następnych na ryzyko lub po krótkim doszkoleniu.

    W Polsce są partie, że jak potrącisz szefa to cała partia się sypie jak domek z kart. Katastrofa lotnicza, wybory europejskie czy jakaś większa kelnerska afera przetrzebia nieodwracanie całe partyjne „elity” i kierownictwa. Ten cały system jest oparty na 300 gębach tych samych ludzi przewijających się od 25 lat na okrągło w telewizji. Cała reszta to usłużne cwaniaczki.

    Taki system jest groźny dla całego państwa. Taki Putin nie musi wypowiadać nam wojny. Wystarczy, że przyśle oddział rosłych dobrze przeszkolonych kelnerów, którzy przejmą kontrolę na trzema stacjami telewizyjnymi i dwoma norami partyjnymi i w parę godzin przy entuzjastycznej zgodzie mediów, Sejmu, Senatu i „narodu Polskiego” zrobi z Polski republikę autonomiczną przynależną do Federacji Rosji.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.