/Zawłaszczenie państwa pod rządami ordynacji proporcjonalnej

Zawłaszczenie państwa pod rządami ordynacji proporcjonalnej

Przeciwnicy większościowej ordynacji wyborczej nie powinni się zżymać. Zawłaszczenie państwa przez jedną osobę – lidera zwycięskiej partii w wyniku wyborów pod rządami proporcjonalnej ordynacji wyborczej – jest jej naturalną konsekwencją. Większościowa ordynacja wyborcza, tj. taka, gdzie wyborca dysponuje liczbą głosów odpowiadającą liczbie mandatów w okręgu wyborczym, zapobiega takiej sytuacji w naturalny sposób. Szczególnym przypadkiem takiej ordynacji są jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW), gdzie wyborca dysponuje jednym głosem, ponieważ dokonuje wyboru jednego posła. Dodatkowym efektem JOW są najmniejsze możliwe okręgi wyborcze, co minimalizuje koszt kampanii wyborczej, czyli przerzucenia pomostu informacyjnego pomiędzy kandydatem a wyborcą. Kandydat może wtedy objechać swój okręg wyborczy na rowerze bez potrzeby posługiwania się autobusem wyborczym. Pozbawia to partie polityczne znamion kosztownych machin wyborczych finansowanych z pieniędzy publicznych.

Nasz parlament pod rządami proporcjonalnej ordynacji jest de facto spółką akcyjną 5 liderów partyjnych, posiadaczy akcji w postaci planktonu sejmowego (lub tzw. szabel). Plankton ten jest w pełnej dyspozycji do lidera swojej partii (dyscyplina partyjna), który umieścił go na odpowiednim miejscu listy wyborczej, a w przyszłości może tego nie zrobić (przypadek Ludwika Dorna, Zyty Gilowskiej, Marka Jurka etc.).

Rzadko się zdarza, żeby w wyniku wyborów wg ordynacji proporcjonalnej jakaś partia wygrała wybory w sposób umożliwiający jej samodzielne rządzenie. Przeważnie wymaga to zawarcia koalicji, co zwycięską partię zwalnia z konieczności spełnienia obietnic wyborczych („bo się koalicjant nie zgadza”), sam zaś koalicjant, który często-gęsto ledwie pokonał próg wyborczy (5%), uzyskuje nieproporcjonalnie dużą władzę (49%). Jeżeli jakaś partia zdobędzie wszelako ponad 50% akcji, to lider tej partii jednoosobowo dzierży pełnię władzy w kraju bez konieczności ponoszenia konstytucyjnej odpowiedzialności, takiej, jaką ponosi np. prezydent lub premier.

Podobnie stało się w Niemczech w 1933 roku, kiedy pełnię władzy w wyborach pod rządami ordynacji proporcjonalnej uzyskała pewna partia socjalistyczna, której lider kazał się tytułować wodzem, ale przynajmniej uczciwie został premierem (kanclerzem).

W warunkach ordynacji większościowej jest dokładnie odwrotnie. Przeważnie wybory wygrywa jedna partia w sposób umożliwiający jej sprawne rządzenie krajem. Posłowie tej partii czują jednak na karku gorący oddech wyborców, więc muszą się również liczyć z wyborcami opozycji, ponieważ często uzyskali swój mandat dzięki stosunkowo niewielkiej przewadze nad jej kontrkandydatem, a przewaga ta może w przyszłych wyborach stopnieć, jeżeli zawiodą zaufanie wyborców. O wyborze do parlamentu decydują wyborcy, a nie partyjny lider, który umieścił kandydata na wysokim miejscu na partyjnej liście wyborczej. Sam zaś partyjny lider nie uzyskuje pozycji umożliwiającej mu jednoosobowe zawłaszczenie państwa.

W wyborach dokonywanych wg proporcjonalnej ordynacji wyborczej liczba oddanych głosów na kogokolwiek z listy wyborczej przesądza jedynie o liczbie mandatów uzyskanych dla tej listy, co otwiera możliwość zastania posłem dla osób, które otrzymały znikomą liczbę głosów, czego najjaskrawszym, spośród wielu, przykładem jest poseł Zbigniew Gryglas (Nowoczesna) wybrany w tym roku 1,011 głosami w warszawskim okręgu wyborczym, tj. tym samym okręgu, w którym kandydatka Zjednoczonej Lewicy Barbara Nowacka z 75,813 głosami nie została posłanką, podobnie jak Janusz Korwin-Mikke – KORWiN (56,994 głosów), czy Katarzyna Piekarska – ZL (7,986 głosów). Trudno sobie wyobrazić, żeby w tej sytuacji poseł miał jakikolwiek odmienny od swojego lidera partyjnego pogląd na dowolną sprawę.

Zalesie Górne, 3 grudnia 2015

606 wyświetlen