Kilka miesięcy temu antyrządowi demonstranci w Bułgarii żądali prawa wyboru swych przedstawicieli, zamiast głosowania na partie polityczne. Media RFN, informując o tych protestach podawały, że demonstranci domagali się takich wyborów, jak w Niemczech.

Szczegółów wystąpień w Bułgarii nie znam; nie jest to zresztą istotne. Nic dziwnego, że obywatele byłych państw demokracji ludowej chcą żyć w systemie demokracji reprezentatywnej. Partie, dominujące życie polityczne, warunków tego systemu nie spełniają. Być może demonstranci w Bułgarii rzeczywiście powoływali się na zasady wyborcze RFN. Nie jest wykluczone, że to niemieckie środki przekazu same z siebie przypisały własnemu systemowi elektoralnemu walory, do których jakoby tęsknią bułgarscy demonstranci. W rzeczywistości w Republice Federalnej, właśnie z powodu ordynacji wyborczej, do parlamentu nigdy nie dostał się bezpartyjny poseł.

Nie byłby to pierwszy przypadek błędnego postrzegania realiów RFN. Zarówno prasa, jak i przedstawiciele niemieckiej classe politique z reguły prezentują własny system prawny i kulturę polityczną jako wzór dla innych państw, głównie tych, które dopiero „budują demokrację”. Nie kończy się przy tym na reklamie własnych pomysłów. Na początku lat 90. emisariusze Berlina ruszyli do Europy Wschodniej, aby implementować tam niemieckie idee. Jedną z najbardziej atrakcyjnych miały być przepisy dotyczące sądownictwa konstytucyjnego RFN. Federalny Trybunał Konstytucyjny (Bundesverfassungsgericht, w skrócie BVerfG) to wg słów jej byłego prezesa – pani Limbach – „szlagier eksportowy”. Chorwacja, reformując po rozpadzie Jugosławii własne sądownictwo, przejęła zgodnie z zaleceniami niemieckich doradców reguły postępowania przed BVerfG. W myśl tych zasad trybunał konstytucyjny może przyjąć (lub nie) skargę konstytucyjną do rozpoznania. Warunki przyjęcia skargi nie są jednak jednoznaczne: należy ją rozpoznać, gdy jest to wskazane w celu realizacji praw podstawowych, ten zaś warunek może być spełniony wówczas, jeśli skarżący w wyniku nierozpoznania skargi poniósłby wyjątkowo poważną szkodę. Ponieważ warunki te są nieprecyzyjne, niemiecki BVerfG w ponad 98% przypadków odmawia rozpoznania skarg konstytucyjnych, co szczególnie boleśnie trafia tych obywateli, którzy – czując się dotknięci poprzez decyzje administracji państwowej bądź sądów powszechnych – w skardze konstytucyjnej widzą ostatnią nadzieję obrony swych praw. Zbyteczne dodawać, że zarówno przepisy ustawy, jak i praktyka BVerfG od lat są przedmiotem krytyki ze strony niezależnych prawników.

Prawdopodobnie Chorwaci nie zajmowali się niemiecką literaturą przedmiotu, lecz przejmując importowane rozwiązania prawne kierowali się radami berlińskich emisariuszy. Oto skutek: W wyroku z 26 lipca 2001 r. w sprawie Horvat versus Chorwacja, Europejski Trybunał Praw Człowieka, badając wzorowaną na przepisach RFN chorwacką ustawę, stwierdził naruszenie art. 13 Konwencji Praw Człowieka. Przepis ów chroni prawo do skutecznego środka odwoławczego, w wypadku gdy skarżący ma powody, aby zarzucać naruszenie praw konwencyjnych. Chorwacja musiała zmienić importowane przepisy. Własnej ustawy nie zmieniły jednak Niemcy, a skargi kierowane do ETPCz przeciwko RFN z powodu uchybień art. 13 poprzez odmowę rozpoznania skargi konstytucyjnej przez BVerfG, trybunał strasburski (de facto jego German Unit obsadzona przez niemieckich prawników), załatwia lakoniczną formułą: Nie dostrzeżono żadnych oznak naruszenia Konwencji.

Zapewne także w ocenie prawa wyborczego RFN chodzi o zjawisko „szlagiera eksportowego”, podobnie jak w wypadku BVerfG. Trudno inaczej wytłumaczyć fakt, że prawo to ma także w Polsce zwolenników. Jak się zdaje reprezentują oni pogląd, że nasz obecny system wyborczy jest niedobry i wprowadzenie tzw. ordynacji mieszanej, wzorowanej na niemieckiej, byłoby poprawą. Postawę tę można porównać z decyzją Chorwatów, aby we własnym kraju powielić regulacje prawne RFN, przy czym ich bezkrytyczna adaptacja wynikała prawdopodobnie z rozpowszechnionego przekonania o doskonałości i „dojrzałości” niemieckiego systemu politycznego.

Niemiecką ordynację wyborczą przedstawił Zdzisław Ilski w nr. 23.09 tygodnika „Uważam Rze” z 2013 r., powtórzenia są zatem zbyteczne. Tytułem uzupełnienia wspomnieć wypada o opiniach prawnych i wyrokach Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe, stwierdzających sprzeczność ordynacji wyborczej RFN z zasadami państwa prawnego. Powodem tych ocen był skomplikowany system rozdzielania mandatów w oparciu o 2 głosy, które oddaje wyborca, przy dominacji list partyjnych, nierównych okręgach wyborczych, sztucznie powstających mandatach nadwyżkowych i konieczności ich zrównoważenia oraz 5% progu. Choć niezależni prawnicy pisali o braku legitymizacji tworzonego wg tych zasad parlamentu, „czarnych plamach”, a nawet niedorzecznościach systemu wyborczego, dopiero w 2005 r., przy okazji wyborów uzupełniających w Dreźnie, brak logiki stał się oczywisty. Obliczono bowiem, że gdyby na Unię Chrześcijańsko-Demokratyczną oddano ponad 40000 głosów, uzyskałaby ona mniej miejsc w Bundestagu, niż wówczas, gdyby w Dreźnie nie głosował na nią żaden wyborca. W 2008 r. BVerfG orzekł sprzeczność ordynacji wyborczej z zasadą bezpośredniości i równości szans, jak również z zasadą równowartości każdego głosu wyborczego. Co więcej, wyborca nie mógł przewidzieć skutków oddanych głosów, co jest istotnym mankamentem ordynacji wyborczej RFN. Wprowadzoną reformę ordynacji BVerfG ponownie zakwestionował w wyroku z 25 lipca 2012 r. Jej wad nie zmieni uchwalona niedawno kolejna nowelizacja. Skład Bundestagu nadal nie jest bezpośrednim rezultatem oddanych głosów, ale wynikiem skomplikowanych matematycznych formuł. Decydujący wpływ na obsadę parlamentu mają – jak dotychczas – partie polityczne, a nie wyborcy, z których większość nie jest w stanie zrozumieć niejasnej ordynacji.

Niezależnie od „przewodniej roli” Berlina w UE konieczna wydaje się krytyczna analiza porządku prawnego RFN. Z uwagi na uzależnienie nominacji sędziowskich od władzy wykonawczej Niemcy nie przestrzegają demokratycznej zasady trójpodziału władzy (a równocześnie zarzucają Węgrom ograniczanie niezależności sądów). RFN to bodajże jedyne państwo w Europie, które do tej pory nie ma konstytucji. Art. 38 Ustawy Zasadniczej, w myśl którego posłowie, jako przedstawiciele narodu, podporządkowani są jedynie nakazom sumienia, jest z uwagi na dyscyplinę partyjną martwą literą. Te (i inne) deficyty porządku prawnego RFN opisywano już nieraz w niemieckiej literaturze przedmiotu. Jednak, jak się zdaje, opiniotwórcze media rzadko do niej sięgają.

Zobacz też: Zdzisław Ilski – Wybory po niemiecku

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.