/Wojna na JOW-y, czyli jeszcze bardziej ogłupiały Wyborca

Wojna na JOW-y, czyli jeszcze bardziej ogłupiały Wyborca

Jeśli nie pracujesz dla Systemu bądź dzięki niemu, a także nie masz żadnych korzyści płynących z jego istnienia, nie ma takiej siły, która spowodowałaby, byś Ty, Drogi Zakręcony Wyborco, w pamiętnej I turze wyborów prezydenckich z dn. 10 maja 2015 r. oddał swój głos na kogoś z tego Systemu – no, chyba że… Chyba że ogólnopolskie stacje telewizyjne, taką samą prasę oraz „wiodące” media traktujesz za swe jedyne źródło indoktryn…, o pardon, informacji. Wtedy, to co innego.

Ale do rzeczy.

Trzy dni wcześniej, Wielka Brytania miała swoje wybory parlamentarne. W moim okręgu, odbywały się one w lokalnej szkole podstawowej Mount Pleasant Lane Primary School, w której wykonuję charytatywną pracę nauczyciela.

Jako mieszkaniec UK od praktycznie 20 lat, zauważam dwie rzeczy bardzo różniące Polskę od Wysp:
1. Do Parlamentu przy Big Ben’ie startuje nie członek partii, a przede wszystkim CZŁOWIEK.
2. Brytyjczycy chodzą do urn chętniej niż Polacy.

JW1

Od samego początku emigracji zastanawiało mnie skąd bierze się w Brytyjczykach to ich (czasami upierdliwe) zainteresowanie lokalnymi sprawami, to dziwnie wysokie zaangażowanie w społeczność swego miasteczka, swej wioseczki czy dzielnicy.

W trakcie niedawnej kampanii, co dzień mijałem plakaty wyborcze, transparenty, banery – nierzadko nie było tam nawet nazwy partii, za to było pierwsze imię kandydata, np. John, Sandy itp. Skąd te John’y i Sandy się brały? Z nominacji od Camerona, Milibanda czy Farage’a? Absolutnie – one wzięły się i biorą się z ludu, z własnych ambicji, z umiejętności zarządzania, umiejętności organizacji i dialogu z lokalną społecznością, tj. ze swoimi sąsiadami. Wystarczy, by zebrała się tych „sąsiadów” śmiesznie mała ilość dziesięciu osób, by taki kandydat mógł wystartować w wyborach.

Wniosek?

Podczas gdy mieszkaniec polskiej prowincji patrzy na powieszony w jego mieście plakat wyborczy i widzi na nim nieznaną sobie gębę, Brytyjczyk patrzy na ten sam plakat i są niemałe szanse, że widzi na nim „swojaka”.

Od tego momentu, nasz John czy Sandy muszą jednak walczyć o swoje z Bobami, Tomami, Nortonami, Victoriami, Abdullahami, Vanratami, Zlatanami, Kung‑Foo‑Nami itd. A walka będzie zacięta, gdyż tylko jeden z nich wygra, tj. zasiądzie w Parlamencie.

O co będą postulować?

Z pewnością nie o zgodę (bądź nie) na in‑vitro, lecz o zgodę (bądź nie) na budowę wielkiego terminalu kontenerów, który ma powstać w lokalizacji oddalonej nie więcej niż 10 km od miejsca zamieszkania ich wszystkich. Nie będą prześcigać się na wysokość dopłat do podręczników szkolnych, lecz walczyć o utrzymanie /przeniesienie/stworzenie/likwidację lokalnej podstawówki. Nie będą wreszcie kłócić się o „Nocne Wilki” na polskich drogach, a dyskutować o tym, którą drogę w ich okręgu wyremontować jako pierwszą.

Efekt?

Wszyscy kandydaci mieszkają niedaleko siebie, zapewne jeżdżą po tych samych drogach, ich dzieci chodzą zapewne do sąsiednich szkół. Większość z nich będzie zatem zgodna co do tego, którą drogę remontować i co zrobić z lokalną szkołą. Radykalne (czytaj: niepopularne) opinie odpadną nie z niczyjego polecenia, lecz samoistnie. Tak samo postąpią ich odpowiednicy w sąsiednim okręgu, zaczną się jednoczyć, z czasem tworząc regionalne ruchy, a te z czasem przeistoczą się w ogólnokrajowe ugrupowania (bloki), zwane w skrócie – uwaga – PARTIAMI. To na Wyspach już się stało, i to dość dawno. U nas pomysł ten budzi kontrowersje, a u „zawodowych” polityków wręcz jawny sprzeciw. Szczerze? Nie dziwię się temu.

Co jednak, jeśli w jednym okręgu wyborczym i w ramach tego samego ugrupowania (zwanego partią) zechce wystartować kilkoro kandydatów? Czy ich „rozjemcą” będzie wtedy wódz rezydujący w dalekim Londynie, namaszczając zwycięzcę wedle tajnego, partyjnego klucza? Czy kandydaci – aby „ułatwić” sobie drogę do kariery – będą tego wodza wazelinować, próbować iść z nim na układy, może szantażować? Nie – ów „wódz” nie ma takich uprawnień (we własnej partii!), by w ogóle ingerować w politykę kadrową regionów; od tego są tzw. Okręgowe (okręgowe!) Asocjacje, a w tych asocjacji własnym interesie leży wystawienie kandydata najmocniejszego. Dlaczego? To oczywiste – gdyż tylko taki kandydat rokuje największe szanse na pokonanie najmocniejszego kandydata opozycji. Wybór owego wybrańca zazwyczaj odbywa się drogą głosowania, tj. swoistych lokalnych prawyborów.

Co dalej?

Nazwiska naszego John’a i Sandy, będących najmocniejszymi kandydatami wiodących ugrupowań (zwanych partiami) znajdą się na kartce (nie broszurce!) do głosowania. A gdy w dzień wyborów, wyborcy danego okręgu postawią najwięcej krzyżyków obok nazwiska np. John’a, będzie to znaczyło, że to John, a nie Sandy, wejdzie do Parlamentu. I nie ma takiej możliwości, by Miliband bądź inny „wódz” za pomocą jakiejś cudownej krajowej listy ważności wprowadził Sandy do Parlamentu w innym okręgu, bo tej się noga powinęła w jej rodzinnych stronach. Nie ma też takiej możliwości, by Cameron lub jakikolwiek inny „wódz” zablokował John’owi otrzymanie przez niego poselskiego mandatu. John po prostu wchodzi do Parlamentu, gdyż tak chciał elektorat w jego okręgu. A jeśli w następnej kadencji Sandy zechce wygryźć John’a z jego stołka, to będzie musiała albo mocniej zawalczyć w swoim okręgu o elektorat, albo… zmienić barwy? O nie! To na Wyspach byłoby politycznym samobójstwem. Jeśli zaś John zostanie w m‑czasie przyłapany np. na zdradzie małżeńskiej, bądź – nie daj Boże – na defraudacji środków publicznych, wtedy w interesie lokalnych władz jego ugrupowania (zwanego partią) będzie wybrać wśród swych szeregów takiego kandydata na następną kadencję, który byłby w stanie stawić czoła żądnej poselskiego mandatu Sandy. Tak czy inaczej, nic tu do tego nie będzie miał Cameron, gdyż walka odbywać się będzie nie o jego względy, a względy wyborców.

Konkluzja?

JW2

W odróżnieniu od team’u Kaczor&Donald, który ma prawo żonglować „krajówkami” jak chce (i z tego prawa korzysta do woli), Cameron bądź inny „wódz” może członkom swojego własnego ugrupowania (zwanego partią) nadmuchać w kwestii dyscypliny partyjnej. Why? Bo John dobrze wie, że jeśli miałby z Parlamentu wylecieć, to nie dlatego, że tak zażyczy sobie Cameron, a dlatego, że to on czegoś nie dopatrzy w swoim rejonie lub nie zrealizuje tego, do czego zobowiązał się przed… Cameronem? Nie – przed swoimi wyborcami. Bo to oni – w odróżnieniu od systemu polskiego – są de facto chlebodawcami posła John’a. Cameron czy inny tzw. szef partii to najwyżej menadżer, lider, ale na pewno nie boss.

JW3

Co ciekawe, ten sam system Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (tzw. JOW) obowiązuje w Kanadzie czy innych krajach, do których dziwnym trafem tak chętnie emigrują nasi rodacy. Przypadek? Niekoniecznie.

Tak – system JOW-ów prowadzi do dwupartyjności. Będzie to jednak taka dwupartyjność, której Polsce należy życzyć. JOW-y prowadzą do takiej dwupartyjności, którą powinniśmy osiągnąć u siebie jak najszybciej. Pamiętajmy, iż mówimy tu o ordynacji wyborczej nie państwa Trzeciego Świata, a kraju o jednej z największych gospodarek. Zaś ten sukces, jeśli jest czegoś zasługą, to funkcjonalności zasadniczych ustaw państwowych, do których z pewnością należy ordynacja wyborcza. Na Wyspach rozumieją, że państwo nie musi działać na korzyść obywatela, tj. nie musi mu „pomagać” ulgami – państwo powinno „tylko” umożliwiać obywatelowi jak najrozsądniejsze się organizowanie. Bo co warty będzie Tusk bez możliwości ustawiania swoich żołnierzy w szeregu na partyjnych listach wyborczych? Jak zachowywałby się J. Kaczyński, gdyby nie miał podobnych uprawnień? Nie wierzmy w dobre intencje rządzących – zbudujmy przeciw ich zapędom efektywny mur. Tym murem są JOW-y. Jeśli zaś taki mur przez ostatnie lata jeszcze nie powstał, a ku czemu były wszelkie warunki (większość sejmowa PO, prezydent z tej samej opcji) – Ty, Drogi Skołowany Wyborco, powinieneś już wiedzieć, dlaczego tak się nie stało…

Słyszymy w telewizorni i czytamy w internecie, że JOW-y to jednak ściema, gdyż prowadzą do „zabetonowania polskiej sceny politycznej”, czego żywym już przykładem jest ponoć Senat. Ty jednak, Skołowany i Wątpiący Wyborco, powinieneś już wiedzieć, że owo zabetonowanie nie będzie tym zabetonowaniem, którego tak się boisz w Polsce. Że gdy wmawiają Ci, iż na Wyspach JOW-y niby już funkcjonują od wieków, ale oni mogą sobie na nie pozwolić, bo to starzy kolonialiści itp. – Ty już rozumiesz, że gdyby Platforma rzeczywiście działała dla dobra ojczyzny, dawno już by je wprowadziła (patrz: mur z akapitu powyżej), robiąc to zresztą zgodnie ze swoją wyborczą kiełbasą sporządzoną w 2007 r. przy współudziale nadzianego wtedy na jej rożen Pawła Kukiza (patrz: 4xTAK). I że skoro UKIP poniósł na Wyspach tak sromotną klęskę, nie znaczy to, że „JOW-y nie działają” – one właśnie działają, gdyż w praktyce są swoistym batem na mniej popularne partie, a zarazem instrumentem wspierania tych najbardziej popularnych (czytaj: wybranych przez większość). Wielkość tych popularnych partii nie jest jednak rezultatem naginania ordynacji wyborczej pod siebie (jak to jest w Polsce od 1989 r.), a nacisku większości brytyjskiego społeczeństwa, zmuszającego największą partię do działania w zgodzie z wolą większości obywateli. I nawet świetny wynik Szkocji w w/w wyborach jest dodatkowym argumentem za systemem JOW-ów, bo jedynie potwierdził rosnący tam w siłę ruch separatystyczny. Zresztą, Torysi Camerona nie są tam praktycznie obecni, bo i nie mają tam wzięcia. Gdy więc dojdzie do ostatecznego oderwania się Szkocji od UK, naród brytyjski będzie wtedy jeszcze bardziej jednolity, a więc obecna ordynacja wyborcza będzie jeszcze lepiej umożliwiała sprawne rządzenie krajem wedle woli nie partii, a obywateli. Oczywiście tych, którzy są zainteresowani głosowaniem.

Gdy w 2013 r., jako dziennikarz polonijnego tygodnika „POLISH EXPRESS” wydawanego na Wyspach, tropiłem przypadki wymuszanych adopcji dzieci polskich imigrantów, na swojej drodze poznałem Johna Hemminga, parlamentarzystę z Birmingham. John, prowadząc pozarządową organizację wspierającą imigrantów w ich nierównej walce z brytyjską Opieką Społeczną (Social Services) o prawa do opieki nad swymi dziećmi, pomógł mi sporządzić materiały i otrzymać informacje, później publikowane przeze mnie w w/w tygodniku. Do jego poselskiego biura w Houses of Parliament trafiłem z niejedną polską rodziną przeżywającą dramat. I tu pytanie do wątpiących: czy ja bądź moi rodacy, którym siłą zabrano dzieci, pytaliśmy John’a, do której partii należy? Czy interesowała nas jego partyjna przynależność, czy jego chęć pomocy, a przede wszystkim skuteczność działania? Dla wszystkich, którym MP John Hemming pomógł odzyskać swoje dzieci jasne jest, że to prawy człowiek. I to jego wyborcom wystarczy.

Reasumując, JOW-y to żaden strzał w stopę dobrobytu i sprawiedliwości nigdzie, w tym w naszej ojczyźnie. Ich zadaniem nie jest „wspierać małe partie” tudzież je „kosić”, a utrzymać zdrową zależność „polityk‑obywatel”. JOW-y to żadna pięta Achillesowa żadnego antysystemowca, a właśnie jego siła. Antysystemowcy dobrze wiedzą, iż tak jak ze słabości obecnego ustroju państwa korzysta teraz PO, tak samo korzystał z niego wcześniej PiS – czyli że PO i PiS to de facto jeden wielki POPIS i karykatura wolności; to podróbka państwa obywatelskiego. Lecz co najważniejsze, Ty już wiesz, Skołowany Wyborco, iż swoje wieloletnie skołowanie – a więc niechęć do udziału w wyborach – zawdzięczasz POPIS-owemu spiskowi przeciw wprowadzeniu w Polsce ordynacji wyborczej krajów, które jednocześnie stawiamy sobie za cel (vel Druga Irlandia).

Jeśli jednak – zamiast walki o swoje – wybierzesz „zgodę i bezpieczeństwo”, nie dziw się, że przez następne lata serwować Ci będą codzienną porcję tarć Partii Dwojga – jak to jedni będą za, a drudzy przeciw Konwencji Antyprzemocowej, jak to jedni będą chcieli in-vitro, jednocześnie odcinając się od nauk wielkiego Polaka i promując „niemoralne zapłodnienia w probówkach”, zaś drudzy będą chcieć karać in-vitro więzieniem; jak jedni będą chcieć dopłacać do podręczników szkolnych, drudzy zaś dawać górnikom trzynastki czy co tam jeszcze, a emerytom szansę dostania się do lekarza specjalisty jeszcze w tej dziesięciolatce. Jak to, jak tamto. Skłócony z rodziną, obrażony na sąsiada, rzygać już będziesz tymi sporami – mimo to, gdy jakaś nowa twarz dostanie swoje pięć minut na antenie i dotrze do Ciebie jej głos, Ty – skołowany do granic możliwości – nazwiesz nową twarz oszołomem. No przecież tak powiedzieli w TVN-ie.

Polska jest w takiej kondycji, gdzie od nowego ruchu wymaga się naprawdę wiele odwagi, tego „oszołomstwa”, by odwrócić dotychczasowy bieg wydarzeń. Cieszyć więc powinien fakt, iż w trakcie kampanii prezydenckiej przed I turą, mieliśmy okazję zobaczyć w niej nową wartość: AUTENTYCZNOŚĆ niektórych kandydatów. Oby tylko obywatel załapał, że tylko tacy kandydaci gwarantują AUTENTYCZNE zmiany. Ale to od Ciebie zależy, Drogi Wyborco, komu w jesiennych wyborach parlamentarnych dasz szansę na wprowadzenie zmian nie kosmetycznych, nie krótkoterminowych, a fundamentalnych. Takich, na których Ci chyba najbardziej zależy.

JW4

7 maja 2015

Źródło: www.100kijowwmrowisko.blogspot.co.uk

About Jacek Wąsowicz

redaktor w tygodniku "Polish Express" (UK); autor książki "100 kijów w mrowisko" (Grupa MDM, 2014); "Bawi mnie to, co większość smuci i smuci, co większość bawi"