Zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego. Partie polityczne i kandydaci obudzili się z zimowego letargu. W końcu do wyborów pozostały mniej niż dwa miesiące.

A jest o co grać. Wiadomo; prestiż, brukselskie i strasburskie salony. Ale najważniejsza jest kasa. I tak w ubiegłym roku posłowie do Parlamentu Europejskiego zainkasowali po ok. 300 tysięcy złotych pensji. Dodać należy do tego diety za każdy dzień pracy w PE, sięgające nawet 180 tys. zł. Z budżetu Parlamentu wynoszącego 1,32 mld euro, ok. 21%, czyli prawie 270 mln. euro, przeznaczone jest na wydatki posłów, również takie, jak koszty podróży, prowadzenia biur i wynagrodzenia asystentów. Europoseł Marek Migalski w swojej książce System legalnej korupcji opisuje zachęty i ułatwienia w Parlamencie Europejskim, które sprawiają, że poszczególni parlamentarzyści skupiają się nie na pracy merytorycznej, a na przywilejach i zarabianiu pieniędzy.

Struktury partyjne ruszyły szturmem do zbierania podpisów. Wszak trzeba ich zebrać blisko 100 tysięcy, by mieć jakiekolwiek szanse na wyborcze mandaty. Tak skonstruowana jest w naszym kraju ordynacja, by łatwość wystawiania kandydatów była domeną tylko dużych graczy i partii politycznych. Wiadomo, by zebrać tak dużą ilość trzeba mieć i pieniądze, i struktury. Kto by się przejmował równością i biernym prawem wyborczym zapisanym w konstytucji. Dla porównania w Wielkiej Brytanii kandydatów mogą zgłaszać partie polityczne, ale również mogą rejestrować się kandydaci niezależni. Ale tam nie zbiera się żadnych podpisów. Jak równość to równość.

Jednym z zarzutów przeciw ordynacji JOW jest potencjalny start wielu celebrytów w wyborach. Spójrzmy zatem na proporcjonalnie wybierane listy z kandydatami w wyborach do PE. Jeszcze nigdy w historii wyborów polskie partie nie wystawiły tylu celebrytów – spadochroniarzy. Większość z nich nie ma nic wspólnego z okręgami, w których startuje. SLD w Łodzi wystawia Michała Bąkiewicza, niegdyś siatkarza polskiej reprezentacji oraz znaną z bycia żoną popularnego aktora Weronikę Marczuk. Z racji miejsca jej urodzenia przedstawiają ją nawet jako swoją specjalistkę ds. polityki wschodniej. Oboje z okręgiem mają niewiele wspólnego. Na listach SLD jest również były piłkarz Maciej Żurawski. W okręgu małopolsko-świętokrzyskim do startu z list PO szykuje się były trener reprezentacji piłkarzy ręcznych Bogdan Wenta. W Wielkopolsce mamy Izabelę Łukomską, byłą modelkę, która startuje z list Europy Plus. Na Lubelszczyźnie kandydatem PO będzie spadochroniarz Michał Kamiński, w Bydgoszczu kolejny Jan Rostowski… że z Lublinem i Bydgoszczą mają niewiele wspólnego? Naszych partii politycznych to nie interesuje. Ważne, by mieli jedynki i dostali się do europarlamentu. Podobnie jak nie interesują ich sami wyborcy na co dzień. Co innego tuż przed wyborami. Tak niestety funkcjonuje ordynacja proporcjonalna z głosowaniem na listy partyjne.

Inaczej ma się sytuacja w przypadku wyborów bezpośrednich, na jesień czekają nas wybory samorządowe. Wśród wójtów, burmistrzów i prezydentów miast na szczęście celebrytów uświadczyć nie można. Również rzadko zdarzają się spadochroniarze. Mieszkańcy z reguły wolą wybierać spośród swoich, dobrze znanych osób. To zupełnie naturalne, znajomość kandydata to przecież podstawa w wyborach bezpośrednich. Ale to historia na inny artykuł.

Źródło: DTP-24.pl

Skomentuj