jako próba rozszerzenia partyjnej oligarchii wyborczej

Rządząca partia Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziała ograniczenie kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast do dwóch kadencji. Uzasadnia to tym, iż wielokadencyjność sprzyja patologiom sprawowania władzy z korupcją na czele, choć nie ma na to nie tylko przekonywujących, ale wręcz żadnych dowodów.

Dlaczego chce się ograniczyć kadencje właśnie wójtom, burmistrzom i prezydentom miast, a starostom powiatowym czy marszałkom sejmików wojewódzkich już nie? Jaki jest rzeczywisty powód tej propozycji i jakie będą tego konsekwencje? Otóż rzeczywistym powodem jest ograniczenie konsekwencji systemowego wyłomu w ustroju politycznym Polski, opartym na proporcjonalnej ordynacji wyborczej. Takim systemowym wyłomem są bezpośrednie wybory większościowe wójtów, burmistrzów i prezydentów miast w jednomandatowych okręgach wyborczych, jakimi są gminy. Natomiast konsekwencje będą zależne od tego, jak zachowa się środowisko samorządowe w 2018 roku i w latach następnych.

Ten systemowy wyłom powstał przypadkowo. W 2002 roku rządząca partia Sojuszu Lewicy Demokratycznej premiera Leszka Millera, przy wsparciu swojego koalicjanta Polskiego Stronnictwa Demokratycznego, postanowiła jednorazowo przejąć władzę wykonawczą w gminach. Wójtów, burmistrzów i prezydentów miast nie mieli już wybierać samorządowi radni, ale bezpośrednio mieszkańcy. Partyjne kierownictwo SLD i PSL nie dostrzegało zasadniczej odmienności logiki głosowania w ordynacji większościowej opartej na regule JOW. Liczono, że fala zwycięskiego poparcia nade wszystko dla SLD z wyborów parlamentarnych z 2001 roku, przełoży się na pewne zwycięstwo ich partyjnych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. To mniej więcej tak, jakby po zwycięstwie w meczu hokeja na trawie, liczyć na pewną wygraną w tenisie na trawie.

Efektem była zaś spektakularna porażka partyjnych kandydatów i efektowny sukces bezpartyjnych przywódców lokalnych, którzy zdobyli około 75% wszystkich stanowisk.

Powstał trwały wyłom w ustroju politycznym kraju, dzięki ordynacji większościowej opartej na regule JOW. W kolejnych wyborach bezpartyjni liderzy lokalni skutecznie ograniczyli rolę partii politycznych w sprawowaniu władzy wykonawczej do mniej niż 20% wszystkich stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. I tak w ostatnich wyborach w 2014 roku na te 2475 stanowiska, aż 81,6% czyli 2017 wójtów, burmistrzów i prezydentów to samorządowcy bezpartyjni. I partie polityczne mają pełną świadomość tego, że nie są w stanie przebić się do władzy wykonawczej w gminach z ordynacją JOW. I mają też świadomość, iż wyborcy w pełni akceptują właśnie ten głęboko demokratyczny bezpośredni sposób wyboru, więc zamach na niego byłby politycznie ryzykowny.

Dlatego zdecydowano się na próbę rozszerzenia partyjnej władzy drogą dwukadencyjności. Ma ona uniemożliwić kandydowanie w wyborach, cieszących się wysokim poparciem wyborczym, bezpartyjnym przywódcom lokalnym. W ten sposób chce się stworzyć wolne pole dla własnych kandydatów partyjnych, którzy będą mieli przewagę finansową, organizacyjną i medialną, w starciu z mniej znanymi lokalnymi kandydatami bezpartyjnymi. I w ten sposób chce się przejąć pod partyjną kontrolę nad przynajmniej częścią stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.

Dlaczego jednak partia PiS, przy wsparciu partii Nowoczesna i Kukiz’15, podobnie jak i wcześniej partia Platformy Obywatelskiej, podejmuje takie działania? Dlaczego próbuje się zmieniać jeden z niewielu obszarów polskiego państwa, który jest dobrze zarządzany i pozbawiony istotnych patologii? Skąd tyle politycznego imperializmu, politycznej buty i lekceważenia woli milionów mieszkańców gmin i miast?

Powodem, moim zdaniem, jest jakość partyjnych grup politycznych w polskim Sejmie, ich niska jakość intelektualna, ideowa, moralna i osobowościowa, która ma charakter trwały. Najbardziej zaś spektakularnym tego wyrazem ostatnich miesięcy była niespotykana w europejskich demokracjach parlamentarnych okupacja mównicy sejmowej przez ponad 30% posłów.

Ta niska jakość partyjnych grup politycznych jest efektem trwającej od 1991 roku negatywnej samokooptacji partyjnych grup politycznych. Tę negatywną samokooptację umożliwia proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu. Pierwotnie wyselekcjonowane dla potrzeb tzw. okrągłego stołu i Sejmu kontraktowego środowiska i grupy polityczne, podlegały wtórnie istotnej samokooptacji dzięki głosowaniu na partyjnie ustalane listy wyborcze.

Ta samokooptacja jest możliwa dzięki równoległemu odebraniu obywatelom biernego prawa wyborczego. W ramach proporcjonalnej ordynacji wyborczej obywatel nie może bowiem jako obywatel wystartować w tych wyborach. Musi być wpisany na którąś z list partyjnych, co oznacza, iż o jego starcie w wyborach, jak również o szansach wyborczych, decydują gremia kierownicze partii politycznych. Jak to powiedział mi kilka lat temu Stan Tymiński, którego poznałem w 2012 roku w Kanadzie – „Polacy są w sytuacji Murzynów amerykańskich na Południu USA w latach 50. – mają prawa wyborcze, ale nie mają na kogo głosować, a sami nie mogą kandydować”.

Obywatel, aby zostać posłem musi bowiem zostać umieszczony na partyjnej liście w dużym, wielomandatowym okręgu wyborczym, przez którąś z partii lub koalicji partii o ogólnokrajowym zasięgu działania. A ponieważ to kierownictwa partii ustalają w ostateczności kolejność kandydatów na liście, to one decydują o ich szansach wyborczych. Wyborcy głosują oddając głos na kandydata z danej listy spośród zwykle kilkunastu nazwisk oraz kilkuset nazwisk, umieszczonych na wszystkich listach. Kolejność na liście ustalana przez daną partię jest kluczowa, gdyż wyborcy głosują zwykle na kandydata umieszczonego na pierwszym miejscu lub kilku czołowych miejscach. Wynika to z faktu, że głosuje się zasadniczo na listę partyjną i wybiera partię, a dopiero potem na kandydatów, których znajomość jest przez wyborców z reguły znikoma lub żadna.

Ustalanie list zwykle odbywa się w oparciu o nieformalne przetargi, niejawne osobiste układy i wpływy. Ostatecznie o zasadniczym składzie personalnym przyszłego Sejmu decydują grona kierownicze partii politycznych, z kluczową rolą wąskich kierownictw centralnych, w tym zwykle naczelną rolą szefa partii i znaczącą rolą wąskich kierownictw regionalnych. Są to partyjne grupy łącznie liczące od kilkudziesięciu osób centralnych kierownictw partyjnych do kilkuset osób szerokich kierownictw krajowych. Są to grupy oligarchiczne w sensie socjologicznym, gdyż są zamknięte społecznie i posiadają zmonopolizowaną partyjną władzę.

Paradoksalnie to właśnie ordynacja proporcjonalna taką oligarchiczną władzę im umożliwia, dzięki faktycznej wyłączności w ustalaniu partyjnych list kandydatów do Sejmu. Tak więc odbierając obywatelom podstawowe obywatelskie prawo polityczne bycia wybieranym, ordynacja proporcjonalna dzięki głosowaniu na listy partyjne koncentruje władzę prawa do bycia wybieranym w rękach partyjnych oligarchii politycznych. To one decydują, kto może być wybieranym posłem i przesądzają zasadniczo o szansach zostania tym posłem. Tak więc o możliwości skorzystania z biernego prawa wyborczego ponad 30 mln 750 tys. obywateli w wyborach do Sejmu, decyduje w Polsce od kilkudziesięciu do kilkuset partyjnych polityków. Natomiast o istotnych szansach bycia wybranym posłem, a w konsekwencji zasadniczym składzie osobowym Sejmu decydują oligarchie partyjne ścisłych kierownictw w liczbie od kilkunastu do kilkudziesięciu osób, ustalając ostatecznie kolejność pierwszych trzech do czterech miejsc na listach wyborczych do Sejmu.

Ta istotnie fasadowa demokracja jest w swej politycznej treści partyjną oligarchią wyborczą. Tak więc w swej socjopolitycznej treści polski ustrój demokracji parlamentarnej jest ustrojem politycznym partyjnej oligarchii wyborczej. Jest to oligarchia wyborcza, a nie demokracja wyborcza, gdyż o władzy w Sejmie, a w konsekwencji w państwie decyduje w kluczowy sposób zaledwie kilkadziesiąt osób z oligarchicznych grup partyjnych.

W konsekwencji tej partyjnej oligarchii wyborczej, posłowie w Sejmie nade wszystko reprezentują tam swoje kierownictwa partyjne, a nie wyborców. Bezpośrednio zależą bowiem od kierownictw partii i partyjnych klubów wyborczych, a nie od wyborców.

Efektem tej trwającej od 26 już lat negatywnej samoselekcji partyjnych grup politycznych do Sejmu jest nie tylko niska jakość intelektualna, ideowa czy osobowościowa tych grup, lecz równocześnie ich poczucie bezkarności, wyższości i buty w stosunku do wyborców, a szerzej całego otoczenia społecznego. I stąd możliwość takich arbitralnych i absurdalnie uzasadnianych propozycji rządzącej partii, jak dwukadencyjność wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.

Działa tu bowiem coś co nazwałem prawem Forsytha. Gdy w 2000 roku wybuchła afera korupcyjna w Niemczech z powodu ujawnienia nielegalnego finansowania rządzącej chadecji, o czym wiedział kanclerz Helmut Kohl, znakomity brytyjski pisarz Frederick Forsyth, udzielił wywiadu jednemu z niemieckich tygodników. Pytano go głównie o to, dlaczego w tak praworządnym kraju, jak Niemcy, doszło do skandalu korupcyjnego. „Bo wy Niemcy – odpowiedział F. Forsyth – jesteście nieodpowiedzialnym narodem. Daliście olbrzymią władzę niewielkiej grupie ludzi, przestaliście ich kontrolować, a teraz się dziwicie, że dali się skorumpować”. I jak dowodził tego Forsyth, to brak bezpośredniej zależności posła, a szerzej polityka od wyborcy, rodzi u niego poczucie wyższości, a w konsekwencji również arogancję i poczucie bezkarności, aż wreszcie skutkuje korupcją. Bez takiej bezpośredniej zależności, czyli stałej i ścisłej oraz bezpośredniej odpowiedzialności wobec wyborców, tworzy się poczucie bezkarności i arogancja władzy, która prowadzi do korupcji. A tej odpowiedzialności nie ma w ordynacji proporcjonalnej, gdzie obowiązuje lojalność wobec kierownictwa swej partii.

Najgorsze jest to, iż efektem tej niskiej jakości partyjnych grup politycznych w Sejmie była i jest niska jakość polskiego państwa i jego polityk. Syntetycznym tego wyrazem była utrata po 1989 roku ponad 5 mln miejsc pracy, jak oszacował prof. Mieczysław Kabaj. Tym efektem była również, jak przedstawił to prof. Kazimierz Poznański, wyprzedaż ponad 50% kapitału podstawowego sektora przemysłowego i 75% sektora bankowego w ręce zagranicznego kapitału za 4,5 do 5% wartości odtworzeniowej i 400 do 500 mln dolarów łapówek dla około 1 tys. osób.

W ekonomicznym tego efekcie, jak podaje GUS, tylko w 2015 roku oficjalnie i legalnie wytransferowano z Polski per saldo 66 mld 464 mln zł. Tak więc polski PKB uległ zmniejszeniu o 3,7%, gdyż tyle wytransferowano za granicę z tytułu obcej własności ekonomicznej. I jest to zjawisko stałe. Co roku z Polski „wywożona” jest część PKB o równowartości blisko trzech programów „500+”. Ale do tego dochodzi nielegalny transfer. Według raportu międzynarodowej organizacji Global Financial Integrity, zajmującej się nielegalnymi przepływami finansowymi, tylko w 2013 roku z Polski wytransferowano 17 mld 793 mln dolarów USA, a kumulatywnie w latach 2004-2013 ponad 90 mld dolarów. Te nielegalne transfery są dokonywane zasadniczo przez kapitał zagraniczny, unikający płacenia w Polsce podatków, a nade wszystko podatku CIT i VAT. Jest to możliwe dzięki operacjom na cenach transferowych, w rozliczeniach pomiędzy zagranicznymi firmami-matkami, a ich firmami-córkami w Polsce.

Te dane oznaczają więc, że do kwoty minusowego salda 66,5 mld zł w 2015 roku należy dodać jeszcze co najmniej 54 mld zł nielegalnego transferu krajowego PKB, co daje łącznie około 120,5 mld zł, a stanowi 6,7% polskiego PKB. I taka jest faktyczna skala olbrzymiego drenażu ekonomicznego Polski. I taki jest coroczny ekonomiczny koszt negatywnej samoselekcji partyjnych grup politycznych do Sejmu.

I nie ma co liczyć na zasadniczą zmianę tego stanu rzeczy. Nie można przełamać głębokiego zacofania innowacyjnego polskiego przemysłu i głębokiego uzależnienia polskiej gospodarki, naiwnymi ekonomicznie pomysłami zawartymi w „Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Nie da się zmienić struktury przemysłu na bardziej nowoczesną i innowacyjną, bez kompleksowej polityki przemysłowej na szczeblu państwa, i to przy ścisłej współpracy z samorządami wojewódzkimi, której przez blisko półtora roku nawet nie sformułowano; bez polskich banków udzielających nisko oprocentowanych długoterminowych kredytów inwestycyjnych; bez organizacyjnego i kapitałowego zaangażowania polskiego państwa. A z obecnymi partyjnymi grupami politycznymi w Sejmie, tego się nie dokona.

Co gorsza ten rząd już od półtora roku kontynuuje, z równie szubieniczną beztroską jak poprzednie rządy, szczególnie poczynając od rządu Leszka Millera, zadłużanie zagraniczne Polski, które osiągnęło gigantyczną kwotę wynoszącą w skali kraju 315 mld euro, a w skali samego sektora rządowego 123,3 mld euro. Partyjna oligarchia wyborcza jest skłonna zafundować nam grecki wariant rozwoju gospodarczego.

Co więc robić dalej i jakie będą rezultaty dwukadencyjności? Próba rozszerzenia władzy partyjnych oligarchii na władzę wykonawczą wójtów, burmistrzów i prezydentów miast będzie miała ograniczony zakres, nawet przy zaniechaniu oporu politycznego ze strony samorządów gminnych. Wynika to z faktu, że mimo olbrzymiej przewagi finansowej, organizacyjnej i medialnej partyjnych oligarchii, wybory dokonywane są w ordynacji większościowej JOW. A w tej liczy się nade wszystko osobowość kandydatów. Partie zaś będą nade wszystko stawiać na lojalność swoich kandydatów. Tylko w wielkich i dużych miastach PiS i partie polityczne mogą okresowo rozszerzyć swoją władzę, gdyż w dużych okręgach wyborczych trzeba większych nakładów finansowych i większego dostępu do mediów. Acz i to można zniwelować wysiłkiem zorganizowanej pracy.

Natomiast straty dla kraju będą już wielkie. Wybory bezpośrednie stworzyły bowiem mechanizm pozytywnej selekcji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Ich wielokadencyjność jest potwierdzeniem ich wysokiej oceny przez wyborców. A fakt, iż w ostatnich wyborach aż 30% poprzednio wybranych na te stanowiska przegrała wybory, świadczy o silnej konkurencji i stałej selekcji pozytywnej. Ograniczenie kadencji do dwóch stworzy istotne obniżenie jakości rządzenia i zarządzania w samorządach gmin. Dla partyjnych oligarchii politycznych problem jakości rządzenia i zarządzania nie istnieje, sądząc po personalnych obsadach kluczowych stanowisk w państwie. Od czasu, gdy prezydentem Polski został Lech Wałęsa, w środowisku polskich polityków panuje przekonanie, że „każdy może wszystko” i „każdy może być każdym”. Ze skutkami dla polskiego państwa i gospodarki widocznymi gołym okiem.

Trzeba więc stawić zdecydowany opór polityczny propozycjom dwukadencyjności. I zrobić jeszcze krok dalej. Należy zastosować ofensywną strategię i taktyki w wyborach samorządowych w 2018 roku. Przy zastosowaniu ofensywnej strategii i taktykach lokalnych przywódców bezpartyjnych i bezpartyjnych środowisk samorządowych, PiS i partie mogą zostać wręcz znacząco wyparte z samorządów. Wymaga to wszakże skoordynowanej współpracy na szczeblu nie tylko gmin i miast, lecz również powiatów i województw. Zostało jeszcze 1,5 roku. W moim przekonaniu należy rozpocząć tworzenie bezpartyjnych porozumień samorządowych na szczeblu gmin i powiatów, aż po wojewódzkie bezpartyjne porozumienia samorządowe, które wystartują w wyborach do sejmików samorządowych na podobieństwo województwa dolnośląskiego. I start pod ogólnym przesłaniem politycznym „Wyrzucić partie z samorządów!”.

W wypadku częściowego choćby sukcesu, należałoby rozważyć następnie powołanie ogólnopolskiego porozumienia bezpartyjnych samorządowców, by ograniczyć władzę partyjnych oligarchii w Sejmie. To porozumienie powinno stworzyć antyoligarchiczny samorządowy ruch republikański, który mógłby co najmniej ograniczyć partyjną oligarchię wyborczą i przygotować wprowadzenie republikańskiej demokracji parlamentarnej opartej na 460 jednomandatowych okręgach wyborczych do Sejmu.

* Tekst wystąpienia dra Wojciecha Błasiaka na I Niezależnym Forum Samorządowym „Polska Fair Play” w Grodzisku Mazowieckim, 29 marca 2017 r.

About Wojciech Błasiak

ekonomista i socjolog, dr nauk społecznych, niezależny naukowiec i publicysta, działacz Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW

Dyskusja - 1 komentarz
  1. W.b'S.

    11. maja 2017,  godz. 09:06

    Wg teorii spiskowej redaktora St. Michalkiewicza*) mamy:
    „…Otóż kto kontroluje sejm? Sejm kontrolują ścisłe sztaby partyjne. Bo zanim jeszcze się odbędzie jakiekolwiek głosowanie to ścisłe sztaby partyjne – powiedzmy z 18 mln obywateli – wybierają te 1,5 tysiąca, którzy w ogóle mają szanse zostać posłami. Bo ścisłe sztaby partyjne kompletują listy wyborcze. One decydują kto się na którym miejscu znajdzie. I stąd dla ambicjonerów politycznych jest nauka, że trzeba się podlizywać szefowi partii i kierownictwu. A nie jakimś tam wyborcom, bo oni tam nie mają nic do gadania. To ci szefowie partii robią ze mnie „człowieka” a nie jacyś tam wyborcy. /…/ Bo jeżeli jest tak, że 30 osób – to jest mniej więcej 30 osób w państwie – tworzy ścisłe sztaby partyjne to dla bezpieki skontrolowanie 30 osób to nie jest żaden problem. Zwłaszcza jak to połowa z nich to są konfidenci albo kadrowi oficerowie. Natomiast, gdyby zmienić system wyborczy na przykład w jednomandatowe okręgi wyborcze to w krótkim czasie trzeba by było skontrolować co najmniej 120 tys. ludzi pod katem ich przydatności do bezpieki. No to mogło by się to zadanie okazać niewykonalne…” [czas od 20:50 do 23:30]
    https://www.youtube.com/watch?v=0MrjlMcdaQg

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.