/Katastrofa dyskursu politycznego

Katastrofa dyskursu politycznego

Na publicznej scenie politycznej Polski bite są co jakiś czas kolejne rekordy niewyobrażalnego chamstwa, głupoty i nihilizmu. Jeszcze 20 lat temu byłoby to nie do pomyślenia, aby publicznie szydzić z tragicznie zmarłych czy kpić z Boga, honoru i Ojczyzny. I to przy aplauzie części czynnych polityków, a przy braku potępienia większości publicznego establishmentu. Co się stało przez te 20 lat w polskiej polityce? Skąd taki głęboki upadek moralny i intelektualny, ale i ideowy publicznego dyskursu politycznego, a w istocie jego katastrofa?

A problem jest poważny, gdyż katastrofalna jakość tego dyskursu przekłada się na jakość zbiorowej wyobraźni całego społeczeństwa. Dyskurs polityczny jest bowiem ważką częścią całości dyskursu publicznego, o którym stanowią publicznie wypowiadane słowa, przekazywane obrazy i artykułowane dźwięki. Całość tego dyskursu podtrzymuje, ale i kształtuje wspólną zbiorową wyobraźnię Polaków. Bez tej wspólnoty wyobraźni grupowej nie bylibyśmy w stanie funkcjonować jako społeczeństwo polskie. A jakość tej wyobraźni, w jej wymiarze intelektualnym, moralnym i ideowym, decyduje o jakości codziennego życia milionów Polaków. Katastrofa intelektualna, moralna i ideowa dyskursu politycznego istotnie obniża jakość polskiej wyobraźni grupowej. Sieje spustoszenie zwłaszcza wśród młodszej części społeczeństwa.

Jest jeszcze gorzej. Otóż polityka jest, obok nauki i sztuki, obszarem narodowego przywództwa społecznego. Jest kluczowym wektorem w zbiorowej samoorientacji i samomotywacji. Katastrofalny poziom dyskursu politycznego jest istotnym zakłóceniem i orientacji, i motywacji grupowego istnienia. Mamy w istocie do czynienia z istotnym negatywnym przywództwem. To nie tylko źle wróży na przyszłość. To bardzo źle wróży na przyszłość. Nawet bowiem słabsza jakość tego dyskursu obniża nam jako narodowemu społeczeństwu szanse rozwojowe.

Narastająca katastrofa dyskursu politycznego ma swe źródła w coraz bardziej katastrofalnym poziomie polskich polityków. Ich pogarszającej się z wyborów na wybory jakości osobowościowej. Gdyby dzisiaj wybrać Sejm metodą losową spośród blisko 30 mln uprawnionych do kandydowania Polaków, to jego jakość byłaby zasadniczo lepsza od obecnego czy poprzednio wybieranego składu poselskiego. I choć pewnie wylosowano by ludzi à la Ryszard Petru czy Grzegorz Schetyna, to z pewnością nie zostaliby przywódcami sejmowych partii politycznych.

Stale pogarszająca się jakość intelektualna, moralna i ideowa polskich sejmów jest efektem mechanizmu negatywnej selekcji do polskiej polityki. Tutaj działa bowiem mechanizm negatywnego samodoboru dzięki proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu. To bowiem obecni już na scenie sejmowej politycy, a ściślej oligarchiczne kierownictwa partyjne, dokonują wyboru przyszłych posłów ustalając listy wyborcze. Dokonują nie tylko selekcji samych kandydatów do Sejmu, ale przesądzają zasadniczo o ich szansach wyborczych, decydując o ich kolejności na listach. Same wybory do Sejmu są fasadowe. Żyjemy bowiem w ustroju partyjnej oligarchii wyborczej, prześmiewczo nazywaną demokracją parlamentarną.

Wyborcy głosują nie tylko na już wybranych kandydatów, sami nie mogąc startować jako obywatele, lecz głosują w sposób przewidywalny dla układających listy wyborcze. Zwykle na numery 1, potem na kilka kolejnych i czasem na numer ostatni. Dokładnie tak, jak przeglądają listę – rzucają okiem na kilka pierwszych nazwisk, prześlizgują się wzrokiem po środku listy i zatrzymują się na nazwisku ostatnim. I inaczej być nie może. A to dlatego, że w zdecydowanej większości nie znają tych co najmniej kilkunastu kandydatów z jednej partii, nie wspominając o ponad setce z innych list partyjnych.

I w ten sposób Polacy za dwa tygodnie znowu wybiorą kolejny Sejm. O co najmniej analogicznej jakości, co i aktualny. Z nowymi wcieleniami katastrofalnej głupoty, chamstwa i nihilizmu. I być może wygra znowu „dobra zmiana”, która systemowo nie okradała własnego państwa z VAT-u i nie sprzedawała ostatnich sreber rodowych, typu „Polskie Nagrania”, jak zmiana poprzednia. Ale to nie są kwalifikacje wystarczające, aby rządzić państwem.

A tych kwalifikacji zabrakło, aby sformułować i prowadzić narodową politykę przemysłową, dla przełamywania gospodarczego zacofania rodzimego przemysłu i odbudowy polskiej własności przemysłowej. I tych kwalifikacji zabrakło dla rzeczywistej reformy systemu oświaty, aby matury przestali zdawać nawet ludzie z lekkim upośledzeniem umysłowym, a polska młodzież przestała rozwiązywać zadania typu „pomaluj drwala”. I tych kwalifikacji zabrakło, aby najlepsze polskie uczelnie przestały zajmować w światowych rankingach 500. czy 700. miejsca. I tych kwalifikacji zabrakło, aby… itd. I niestety sądzę, że zabraknie ich również po najbliższych wyborach. Ustrój partyjnej oligarchii wyborczej nie jest w stanie wyłonić jakościowo nowych polityków, zdolnych do nowoczesnego przywództwa narodowego.

I jest to nasza własna wina, że nie potrafimy wyłonić spośród siebie politycznej grupy zdolnej do przeprowadzenia zmiany ordynacji wyborczej i nie potrafimy złożyć się po te 10-20 złotych, aby dać jej finansowe narzędzie do walki wyborczej. Po prostu mi wstyd, że występuję stale w roli amerykańskiego Murzyna z lat 50. na Południu USA, który nie ma na kogo głosować, a sam kandydować nie może. I to jeszcze będąc obrażany skandalicznymi wypowiedziami tych, którzy kandydują. Po prostu wstyd.

30 września 2019

 

396 wyświetlen