/Czy „jednomandatowy mit”?

Czy „jednomandatowy mit”?

Felieton Konrada Piaseckiego pt. „Jednomandatowy mit”, zamieszczony w Interia Fakty, wpisuje się niestety w niezbyt chlubną praktykę dziennikarstwa polskiego. Z grubsza rzecz biorąc jej ciemna strona polega na tym, by zamiast analizować kwestię czy problem – etykietuje się go. Tak właśnie autor felietonu uczynił: propozycji ważnej i potrzebnej reformy polskiego systemu wyborczego, jaką jest wprowadzenie większościowego systemu wyborczego realizowanego w okręgach jednomandatowych przykleił łatkę, łatkę mitu właśnie, jak napisał – „oderwanego od realiów, wyidealizowanego i nieprawdziwego politycznego mitu”. W pierwszym odruchu wręcz ciśnie się na usta pytanie, czy w ogóle można nazwać mitem propozycję wprowadzenia rozwiązania ustrojowego, które działa w kilkudziesięciu państwach, w tym w największej demokracji parlamentarnej na świecie – w Indiach? Czy można przykleić łatkę mitu temu systemowi wyborczemu, który świetnie sprawdza się w tak silnych demokracjach parlamentarnych, jak demokracja brytyjska czy kanadyjska? Demokracjach będących autentyczną przeciwwagą dla porządków autorytarnych.

Uważniejsza lektura jego felietonu wskazuje jednak, że w gruncie rzeczy K. Piasecki sam mitologię buduje. Mitem jest bowiem jego twierdzenie, że propozycja wprowadzenia systemu wyborczego opartego na okręgach jednomandatowych jest wiarą. Zwolennicy tego systemu mają do niego stosunek inny. Dla nich jest to bowiem zupełnie racjonalna propozycja przeprowadzenia ważnej reformy politycznej w Polsce. Nie są też wiarą ich twierdzenia, że zmiana systemu wyborczego zdemokratyzuje partie polityczne, powiąże posłów z wyborcami, zmieni jakość życia politycznego. To przewidywania oparte na doświadczeniach historycznych i aktualnych wielu państw na świecie. Mitem jest także sugerowanie, że zwolennicy większościowego systemu wyborczego traktują przeprowadzanie wyborów w okręgach jednomandatowych jako cudowną terapię na „słabości polityki”. Propagatorzy tego systemu wyborczego mają raczej skromniejsze aspiracje. Dla nich wprowadzenie systemu większościowego to punkt wyjścia do jakościowych zmian w polskim życiu politycznym. Tym niemniej punkt wyjścia niesłychanie istotny, gdy weźmie się pod uwagę, że ta zmiana otwiera szansę na reformę parlamentaryzmu polskiego czy pogłębienie demokracji. Także i takie traktowanie konceptu zmiany systemu wyborczego nie czyni zeń aktu wiary, lecz nadaje mu status racjonalnego projektu reformatorskiego.

Autor felietonu mija się z prawdą, gdy pisze: „Praktyka funkcjonowania okręgów jednomandatowych dowodzi, że system ten raczej usztywnia i utwardza partyjną strukturę, niż czyni w niej rewolucję”. Takie twierdzenie to raczej półprawda. Oczywiście, zwolennicy większościowego systemu wyborczego przewidują, że będzie on sprzyjał utrwaleniu systemu dwupartyjnego. To sytuacja dobra, bo otwiera szansę na rządy jednopartyjne, sprawowane na podstawie programu politycznego akceptowanego przez wyborców, rządy odpowiedzialne przed wyborcami i przez nich rozliczane. Podkreślają jednak również i to – o czym K. Piasecki już nie napisał – że przeprowadzanie wyborów w okręgach jednomandatowych otwiera szansę dla każdej partii politycznej, także dla nowych ugrupowań politycznych. Wystarczy zobaczyć, jaki jest skład brytyjskiej Izby Gmin, żeby dostrzec, iż większościowy system wyborczy nie wyklucza mniejszych ugrupowań, bo w tym parlamencie są one obecne. Można twierdzić, że właściwością większościowego systemu wyborczego przeprowadzanego w okręgach jednomandatowych jest to, że z jednej strony utrwala pozycje dwóch najsilniejszych partii, ale z drugiej – jest też otwarty na różne ugrupowania mniejszościowe czy kandydatów niezależnych. Ta szansa jest realna, bo większościowy system wyborczy nie przewiduje żadnych ustawowych progów wyborczych. W efekcie nie czyni bynajmniej demokracji ekskluzywną, lecz inkluzywną, włączającą nawet formacje świeżo tworzone. Podany przez K. Piaseckiego przykład wyborów do polskiego Senatu nie jest w tym wypadku miarodajny. Wybory do Senatu RP przeprowadzane są w okręgach dużych, uprzywilejowujących partie polityczne i to głównie zadecydowało o aktualnym „składzie partyjnym” Senatu RP.

Z wysuwaną przez K. Piaseckiego tezą, że okręgi jednomandatowe uczynią parlament dostępny tylko dla dwóch partii wyraźnie sprzeczne jest jego kolejne twierdzenie, że „oto nagle do Sejmu zaczęliby trafiać masowo niezależni, bezpartyjni kandydaci reprezentujący swe lokalne społeczności. I na 460 posłów mielibyśmy np. 200 posłów partyjnych i 260 społecznych„. Autor felietonu powinien się zdecydować, który zarzut jest prawdziwy i jakoś przewidywalny. Czy ten, że w parlamencie będą tylko dwie partie, czy ten, że będzie w nim aż 260 posłów społecznych. Oba nawzajem wykluczają się. A proporcje, jakimi K. Piasecki operuje, są nie tylko irracjonalne, ale wręcz zabawne. Praktyka wyborcza demokracji dojrzałych pokazuje, że kandydaci niezależni, społeczni, nie są zjawiskiem występującym w imponującej skali. W ostatnich wyborach w Niemczech kandydatów niezależnych w okręgach jednomandatowych było około stu, a w Bundestagu niemal nie występują; w Wielkiej Brytanii kandydatów niezależnych jest kilkuset, nawet nie w każdym okręgu dają o sobie znać, lecz niewielu z nich staje się członkami Izby Gmin. Jak będzie u nas po zmianie systemu wyborczego to oczywiście nie wiemy, ale można przewidywać, że po jego utrwaleniu się, a więc po wielokrotnym zastosowaniu, też dojdziemy do porównywalnej sytuacji, że obywatele polscy z umiarkowaniem będą chcieli sięgać po mandat poselski. Prawa tego nie należy im bynajmniej odbierać, bo to szansa na pojawienie się w Sejmie RP jednostek wartościowych.

Budując mit proporcji zakładającej, że w Sejmie RP znajdzie się 200 posłów partyjnych i 260 społecznych K. Piasecki pisze tak: „Jakże z takiej wesołej i rozbrykanej – z natury rzeczy – gromadki wyłonić rząd? Kto miałby podjąć się jego tworzenia? Jak stworzyć w miarę trwałą większość, która sprawiałaby, że polityka byłaby w miarę przewidywalna i planowalna? Boję się, że dopiero to zamieniłoby ją w koszmar destabilizacji i sporów”. Oczywiście, jeżeli przyjmie się tak irracjonalną proporcję, to z takiej „wesołej i rozbrykanej – z natury rzeczy – gromadki” większości rządowej faktycznie wyłonić się nie da. Myślę, że bardziej prawdopodobne będzie założenie, że po wprowadzeniu większościowego systemu wyborczego realizowanego w okręgach jednomandatowych, posłowie niezależni oraz reprezentujący małe partie i komitety wyborcze będą stanowili w Sejmie RP około 20% jego składu, a w przewadze zasiądą w nim przedstawiciele dwóch głównych formacji politycznych. Uczyni to Sejm RP względnie reprezentatywnym dla społeczeństwa polskiego, a zarazem otworzy możliwość wyłonienia rządu jednopartyjnego.

Pisze też K. Piasecki, że: „JOW-y byłyby ostatecznym kresem marzeń o zmniejszeniu liczebności parlamentu”. A po co zmniejszać liczbę parlamentarzystów? Proporcja, że jeden poseł przypada na 60-80 tys. wyborców nie jest zła i nawiązuje do rozwiązań brytyjskich. Główny jej walor polega na tym, że zbliża posła do wyborcy, otwiera szansę zbudowania więzi między nimi i tym samym daje możliwość ustanowienia demokracji organicznej, w której nie ma podziału „my” (społeczeństwo) – „oni” (klasa polityczna).

Poprawne wydaje się być natomiast to przeczucie K. Piaseckiego: „Czuję, że jednomandatowe okręgi wyborcze, wraz z rejestracją kandydatury ich gorącego zwolennika Pawła Kukiza, mogą stać się jednym z bardziej nośnych tematów tej kampanii”. Ale Panie Redaktorze, niech Pan sam powie, czy jest coś złego w tym, że będziemy dyskutować otwarcie i publicznie o kluczowym problemie polskiego systemu politycznego? Wolałby Pan, żeby kwestia została gdzieś pod dywanem schowana? Jak przez ostatnie ćwierć wieku? Tak ma być?

Wrocław, 17 marca 2015 r.

About Zdzisław Ilski

doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie nauk o polityce, nauczyciel akademicki, współpracownik Ruchu na rzecz JOW od 1999 r.