/Fatalna „piątka Kaczyńskiego”

Fatalna „piątka Kaczyńskiego”

Motto: A dlaczego pracą produkcyjną miałaby być np. hodowla świń, a pracą nieprodukcyjną byłoby wychowanie i kształcenie człowieka?
Adam Smith

Na marcowej konferencji partyjnej rządzącej partii PiS, z wielką celebrą ogłoszono jej wyborczy manifest. Tym wyborczym manifestem było pięć punktów ofertowych rządu wobec wyborców. Te pięć punktów nazwano „piątką Jarosława Kaczyńskiego”. Jest to „piątka” fatalna. Może bowiem kosztować PiS przegrane wybory parlamentarne na jesieni tego roku.

Bezsensowna oferta przedwyborcza

Te pięć punktów to pięć ofert socjalnych, które poza pozyskaniem wyborców, nie mają żadnego sensu społecznego, gospodarczego i demograficznego.

Oferta pierwsza to dodatek 500 zł na każde pierwsze dziecko. Jest bezsensowna, gdyż nie jest żadnym motywem do decyzji o pierwszym dziecku. Poza tym jest bezsensownym rozrzucaniem miliardów złotych wśród dobrze i średnio sytuowanych materialnie.

Oferta druga to zwolnienie z płacenia podatku dochodowego dla młodych ludzi w wieku do 26 lat włącznie. Jest to nie tylko bezsensowne, ale i niesprawiedliwe społecznie, i szkodliwe gospodarczo. Skoro od emerytów pobiera się podatek dochodowy od uskładanych już po opodatkowaniu pieniędzy, to jest skandalem zwalnianie z tego podatku młodych ludzi w produkcyjnym sile wieku. Co gorsza jest to jawnie szkodliwe gospodarczo, gdyż dotyczy tylko tych, którzy są najemnie zatrudnieni. Natomiast ci, którzy podejmą własną działalność gospodarczą czy założą własną firmę, już z podatku dochodowego zwolnieni nie będą. To wręcz zawołanie do młodych ludzi – dajcie sobie spokój z działalnością gospodarczą.

Oferta trzecia zaś to tzw. trzynasta emerytura, czyli wypłacenie wszystkim emerytom w lipcu po 880 zł netto. Jest to bezsensowne, gdyż niczego nie rozwiązuje w trudnych sytuacjach socjalnych emerytów, a rozrzuca bezsensownie pieniądze wśród emerytów lepiej sytuowanych.

Oferta natomiast czwarta w praktyce jest tylko mglistą zapowiedzią obniżki kosztów pracy.

Oferta piąta to dopłaty rządu do odtworzenia polikwidowanych linii połączeń autobusów, z małymi miejscowościami peryferyjnie położonymi. To akurat jest sensowne, ale bezsensowne jako zadanie rządowe, bo od tego są wojewodowie.

Łączny koszt tej operacji przedwyborczej, to jak podano aż 43 miliardy zł. I całkowite wypełnienie 3-procentowego deficytu budżetowego na 2019 rok. Zatem bezsensowne rozrzucenie olbrzymiej, kilkudziesięciomiliardowej kwoty pieniędzy wśród wyborców, z pozbawieniem się możliwości jakiegokolwiek istotnego manewru budżetowego. Wszystko po to, aby wygrać wybory parlamentarne w październiku tego roku.

Społeczna pauperyzacja i degradacja zawodowa nauczycieli

Ale w tej cynicznej kalkulacji przedwyborczej kierownictwo rządzącej partii i sam rząd przeoczyli nabrzmiewającą od wielu lat, w tym od ponad 3 w ramach swego własnego panowania, kwestię wysokości wynagrodzeń pracowników opłacanych z budżetu, z nauczycielami w liczbie blisko 700 tys. osób w roli głównej. Owszem o wojskowych i policjantach pamiętano i dano im wcześniej już istotne podwyżki, bo to grupy, od których władza jest zależna, gdyż są jej instrumentem. Ale już nie o nauczycielach, by o pracownikach sądów i prokuratur nie wspominać. Tu zależności bezpośredniej nie ma, więc i liczyć się nie ma z kim.

Nauczyciele praktycznie nie mieli podwyżek zarobków przez 8 lat rządów poprzedniej koalicji PO-PSL i przez 3 lata rządów PiS. Ale jest jeszcze gorzej, gdyż znacząco wzrosły zarobki w ostatnich 3,5 latach w polskiej gospodarce, do czego nade wszystko przyczynił się program 500+, w postaci dodatków na każde drugie i następne dziecko. Nauczyciele zostali w ten sposób zarobkowo spauperyzowani i zdegradowani społecznie, gdyż ich zarobki w stosunku do otoczenia pracujących relatywnie spadły. Podkreślę raz jeszcze – w czasie rządów PiS zarobki nauczycieli relatywnie się obniżyły. Podwyżka ich zarobków o 5 proc. w zeszłym roku, a faktycznie jak twierdzą sami zainteresowani zaledwie o 3 proc., to po prostu w tej sytuacji kpina. Kasjerka z wykształceniem zawodowym zarabia w każdym hipermarkecie typu „Biedronka” minimum 3250 zł brutto na starcie, z ofertą podwyżek płac już po roku pracy. Nauczyciel stażysta po studiach wyższych i ze specjalnym przygotowaniem pedagogicznym na starcie zarabia około 2300 zł brutto, a gdy osiągnie po kilkunastu czy więcej latach status nauczyciela dyplomowanego, będzie zarabiał, już po podwyżce zeszłorocznej, 3250 zł brutto.

Katalizacja nastrojów strajkowych

I narastające latami rozgoryczenie oraz poczucie upośledzenia płacowego i zawodowego, przez ostatnie pół roku zaczęło się w środowisku nauczycielskim rozlewać. Aż wreszcie eksplodowało zagrożeniem strajkowym w żądaniu ZNP podwyżki w kwocie bazowej o 1000 zł dla każdego zatrudnionego nauczyciela. To wcale nie są wielkie pieniądze, przy średniej krajowej sięgającej 5000 zł brutto. I ZNP nie jest tutaj przyczyną zapowiadanego strajku, bo gdyby ogłosiła go „Solidarność”, skutek byłby ten sam. Po prostu większość nauczycieli ma tego dość. A rozrzucenie przez PiS 43 miliardów złotych,w ramach przedwyborczej promocji, przelało czarę goryczy. A podwyżki nauczycieli o 1000 zł, to 17 miliardów zł wydatków w budżecie państwa. Gdyby nie bezsensowna rozrzutność przedwyborcza rządu, na wszystko byłyby pieniądze z dużą jeszcze rezerwą. Ale też ta rozrzutność w postaci „piątki Kaczyńskiego”, stała się katalizatorem sytuacji strajkowej. Bez tej „piątki” sytuację strajkową można by jeszcze rozładować. Z tą „piątką”, moim zdaniem, już się nie uda.

Ta sytuacja narastała pod rządami PiS już 3 lata i jest zdumiewające, iż tak inteligentni ludzie, jak prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier rządu PiS Mateusz Morawicki, tej sytuacji w ogóle nie zauważyli i nie brali pod uwagę nawet w roku wyborczym.

Długo się nad tym zastanawiałem, czym to wytłumaczyć. Przecież wiedzieć o tym musieli, a tak liczna i ważna z perspektywy funkcjonowania państwa grupa zawodowa, musiała być jakoś brana pod uwagę. Bezrozumną „piątkę Kaczyńskiego” jest mi dość łatwo zrozumieć, gdyż tu zdecydował nie brak wiedzy i wyobraźni politycznej, lecz po prostu partyjny cynizm wyborczy władzy.

Nie mogłem wszakże początkowo zrozumieć głupoty kierownictwa PiS, jak nazywa się potocznie brak zrozumienia swoich własnych żywotnych interesów, nie wzięcia pod uwagę sytuacji w zawodzie nauczycielskim. Jak można było bezsensownie rozrzucić 43 miliardy złotych w ramach przedwyborczego przekupstwa, a nie zadbać o zagwarantowanie 17 miliardów złotych dla zdegradowanego płacowo i jawnie burzącego się już z tego powodu zawodu nauczycielskiego, kluczowego z punktu widzenia funkcjonowania państwa? I to jeszcze w roku wyborczym.

Ustrojowe przyczyny cynizmu politycznego PiS

Otóż można było tak zrobić w ramach polskiego systemu politycznego. W polskim systemie politycznym bowiem, który nazywam partyjna oligarchią wyborczą, racja stanu, dobro publiczne i dobro państwa po prostu się nie liczą, gdyż liczą się nade wszystko interesy oligarchii partyjnych, w ramach których państwo jest dobrem głównie dla partyjnego podziału korzyści. Ponieważ politycy w ogóle, a posłowie w szczególności, dzięki partyjnej ordynacji wyborczej do Sejmu, nie są zależni bezpośrednio od swoich wyborców, a w konsekwencji tego partyjne elity władzy mają poczucie wyższości i bezkarności politycznej, mogą liczyć się wyłącznie ze swoimi partyjnymi interesami wyborczymi. A oderwanie od rzeczywistości, dzięki poczuciu wyższości nad wyborcami i społeczeństwem, pcha je w cynizm polityczny. I stąd te samobójcze decyzje z „piątką Kaczyńskiego” i mniej lub bardziej dyskretną pogardą dla środowiska nauczycielskiego i jego żądań podwyżek płac.

W tej sytuacji jedynym rozsądnym wyjściem jest wycofanie się z „piątki Kaczyńskiego” i zapewnienie znaczących podwyżek zarobków dla zdegradowanej płacowo sfery budżetowej, od nauczycieli poczynając. Tego po prostu wymaga dobro państwa i sprawność jego funkcjonowania.

Ale do tego potrzebni by byli politycy będącymi przywódcami państwowymi, czyli ludzie z poczuciem misji państwowej, z pełnym poczuciem odpowiedzialności za państwo i do tego fundamentalnie uczciwi. Chciałbym się mylić, ale nie dotyczy to ani Jarosława Kaczyńskiego, ani Mateusza Morawieckiego. Przywódcy państwowi, nie mówiąc o mężach stanu, w tym ustroju partyjnej oligarchii wyborczej raczej nie wyrosną. I bez zmiany fundamentu tego ustroju, odbierającego nam nasze demokratyczne prawa wyborcze, w postaci tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej, nie doczekamy się nie tylko takich przywódców, ale i elementarnego rozsądku i uczciwości partyjnych elit władzy. Również po kolejnych wyborach parlamentarnych.

 

234 wyświetlen