Masowy napływ, zmierzających nade wszystko do Niemiec, setek tysięcy emigrantów i uchodźców z terenów Bliskiego Wschodu wywołał poważny kryzys polityczny wśród krajów Unii Europejskiej i w samych strukturach unijnych. Główną odpowiedzialność za jego wywołanie ponoszą niemieckie elity polityczne, które jednostronnie zliberalizowały od września ubiegłego roku politykę migracyjną, otwierając swoje granice dla arabskich migrantów i uchodźców. Główną odpowiedzialność osobistą za tę sytuację ponosi kanclerz Niemiec Angela Merkel, której nieodpowiedzialne wypowiedzi publiczne, zachęcające do migracji i uchodźstwa na teren Niemiec, zdestabilizowały sytuację w krajach leżących na głównych szlakach, przemieszczających się w kierunku Niemiec i Szwecji mas migrantów i uchodźców.

Angela Merkel, mimo jawnej już absurdalności postępowania i ostrej krytyki rządów landów południowych Niemiec oraz publicznych protestów w samych Niemczech, ma się politycznie dobrze i w praktyce nie wycofała się ze swojego stanowiska, choć rząd federalny spuścił z tonu i zaostrzył kontrole graniczne. Mimo tak katastrofalnych błędów pozycja Angeli Merkel, jako kanclerza i szefa rządzącej partii CDU, jest niezagrożona. Może dalej wciągać Niemcy i całą Unię w matnię migracyjną.

Kiedy w 2000 roku wybuchła w Niemczech tzw. afera Kohla, niemiecki tygodnik „Die Woche” opublikował wywiad z brytyjskim pisarzem Frederickiem Forsythem. Wywiad dotyczył przyczyn, dla których w kraju tak praworządnym, jak Niemcy, kanclerz Helmut Kohl skorumpował się, będąc zmuszony do niechlubnego ustąpienia, gdyż umożliwiał nielegalne finansowanie swojej partii. Forsyth odpowiedział krótko: Stało się tak dlatego, że wy, Niemcy, jesteście narodem nieodpowiedzialnym. Daliście niewielkiej grupie ludzi olbrzymią władzę, przestaliście ich kontrolować, a teraz dziwicie się, że dali się skorumpować. Ale przecież u was w Wielkiej Brytanii, też ustąpiła Margaret Thatcher, bronili się dwaj dziennikarze niemieccy. Tak, ale premier Thatcher została odwołana przez własnych posłów Partii Konserwatywnej. A gdy spytałem się ich dlaczego to zrobili, odpowiedzieli, że odwołali premier, gdyż „Ona przestała nas się słuchać”. A dalej wytłumaczył dwóm Niemcom, że demokracja opiera się na bezpośredniej zależności posła od wyborcy, drapieżnych politycznie mediach i twardej opozycji. I wytknął Niemcom, że po pierwsze nie mają armat, gdyż nie mają bezpośredniej zależności posłów od wyborców. Tłumaczył im, że w Wielkiej Brytanii nikt nie zostanie posłem, kogo nie wybiorą bezpośrednio sami wyborcy. I żadna pani premier Thatcher nie pomoże brytyjskiemu posłowi konserwatywnemu, jeśli sam nie będzie pierwszy w wyborach w swoim jednomandatowym okręgu wyborczym. A nie będzie, jeśli jego wyborcy nie będą zadowoleni z tego, co robiła Thatcher.

I konkludując, Forsyth stwierdził, że brak bezpośredniej zależności polityka od wyborcy rodzi u niego poczucie wyższości. A w konsekwencji również arogancję i poczucie bezkarności, aż wreszcie skutkuje korupcją. Bez takiej bezpośredniej zależności, czyli stałej i ścisłej oraz bezpośredniej odpowiedzialności wobec wyborców, tworzy się poczucie bezkarności i arogancja władzy, która prowadzi do korupcji. W oparciu o tę błyskotliwą uwagę Forsytha, sformułowałem socjopolityczne prawo Forsytha, które ująłem następująco: Słaba zależność bezpośrednia, aż po jej brak, grup władzy w państwie od obywateli i społeczeństwa, tworzy obiektywną sytuację socjopolityczną, która w praktyce sprawowania władzy rodzi silną korupcję, niski poziom praworządności i wysoki poziom niekompetencji.

To słabość zależności bezpośredniej osób i grup władzy od obywateli i społeczeństwa, tworzy bowiem poczucie wyższości w stosunku do tychże. Poczucie wyższości jest socjologiczną internalizacją obiektywnej sytuacji politycznej posiadania władzy, przy słabości politycznego podporządkowania tej władzy obywatelom, a w konsekwencji egzekwowania od niej odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Utrzymywane przez dłuższy okres czasu poczucie wyższości, rodzi arogancję i poczucie bezkarności osób i całych grup społecznych sprawujących władzę. W konsekwencji to poczucie arogancji i bezkarności, prowadzi do korupcji, ale także osłabiania praworządności i pogarszania sprawności działania osób i grup sprawujących władzę. A długotrwałe i potwierdzane codzienną praktyką sprawowania władzy poczucie bezkarności, prowadzi do korupcji, łamania praworządności i nieudolności, jako stałego elementu praktyki sprawowania władzy. I dotyczy to zarówno władzy wykonawczej, ustawodawczej, jak i sądowniczej.

I to brak bezpośredniej zależności Angeli Merkel, a także niemieckich polityków i posłów, od niemieckich wyborców zrodził nam katastrofę migracyjną na europejską skalę. W Wielkiej Brytanii kanclerz Angela Merkel już dawno byłaby odwołana z kanclerskiej funkcji przez swoich własnych posłów CDU/CSU. I nie mogłaby czynić politycznych szaleństw. A to uniemożliwia niemiecka ordynacja wyborcza, potocznie nazywana mieszaną, a będąca w istocie spersonifikowaną ordynacją proporcjonalną.

Niemiecki wyborca ma do dyspozycji dwa głosy do oddania. Głos pierwszy, pierwotny, głosujący oddaje listę imienną kandydatów w poszczególnych 299 okręgach wyborczych, liczących z reguły powyżej 200 tys. wyborców. Głos drugi, wtórny, głosujący oddaje na bezimienną listę partii politycznych w poszczególnych 16 wielomandatowych okręgach regionalnych, jakim są niemieckie landy, jako kraje związkowe. W sposobie przeliczania głosów na mandaty, czyli regule rozstrzygającej, kluczową rolę odgrywa głos drugi oddany na partie polityczne. Na podstawie sumy drugich głosów rozdziela się metodą Hare’a-Niemeyera miejsca między partiami, które przekroczyły 5% próg wyborczy lub zdobyły przynajmniej 3 miejsca imienne w JOW-ach. To drugi głos decyduje w praktyce o składzie politycznym Bundestagu, gdyż procentowo określa udział poszczególnych partii w liczbie przyznanych mandatów. Po ustaleniu liczby miejsc w Bundestagu przypadających każdej partii na podstawie drugiego partyjnego głosu, przelicza się dopiero mandaty imienne zdobyte na podstawie pierwszego głosu. Rozlicza się je wszakże partyjnie na podstawie sumy drugich głosów.

W praktyce niemieccy politycy kandydują równolegle: i w okręgach jednomandatowych, i z lit partyjnych. Gdy nie dostają się do Bundestagu z okręgu JOW, odpowiednio wysokie miejsce na landowej liście partyjnej gwarantują im miejsca poselskie. A w istocie pozostawanie na scenie politycznej Niemiec. I to dlatego Angela Merkel może robić to co robi, a politycy niemieccy czynić to co czynią. Rozliczenie będzie tylko pośrednie w następnych wyborach. A i tak Angela Merkel wejdzie do Bundestagu z listy partyjnej i żadna konsekwencja polityczna za nieobliczalne słowa i decyzje jej nie dotknie.

Ale to i tak niewielkie szkody ordynacji proporcjonalnej w Niemczech, w porównaniu z katastrofalnymi skutkami tejże w Polsce. Przez 25 lat jej funkcjonowania reprodukowała ona polityków wyniesionych uzurpatorskim „okrągłym stołem” i czyniła bezkarnymi, mimo konsekwentnego procesu rozbioru gospodarczego kraju, w wyniku którego wyprzedali 50% polskiego przemysłu i 75% polskiego sektora bankowego w ręce zagranicznego kapitału, za 4,5 do 5% wartości odtworzeniowej i za 500 mln dolarów łapówek dla około 1 tysięcznej Targowicy gospodarczej. I wszyscy ci, którzy uniemożliwiali, utrudniali lub tylko byli obojętni wobec koncepcji zmiany ordynacji proporcjonalnej na 460 okręgów JOW, ponoszą za to, w różnym oczywiście stopniu, moralną i polityczną odpowiedzialność.

PS dzisiaj dowiedziałem się, że wicepremier Mateusz Morawiecki ogłosił swój pięciofilarowy program gospodarczy. No cóż, bez komentarza. Będziemy dalej wciągani w matnię gospodarczą. Bez wprowadzenia ordynacji JOW w wyborach do Sejmu nie wyłonimy kreatywnych i odpowiedzialnych elit politycznych. I nie zatrzymamy zsuwania się po równi pochyłej, a co najwyżej przyhamujemy. A to niewielka pociecha.

25 stycznia 2016

About Wojciech Błasiak

ekonomista i socjolog, dr nauk społecznych, niezależny naukowiec i publicysta, działacz Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW

Dyskusja - 4 Komentarzy
  1. bisnetus

    05. Lut 2016,  godz. 13:01

    Dziwny ten rodzaj krytyki i wiązanie systemów wyborczych ze zjawiskiem imigracji. W Niemczech jest oficjalnie więcej obcokrajowców niż w Wielkiej Brytanii, ale wynika to chyba bardziej z tego, że stać się „Niemcem” jest niezmiernie trudno ze względu na restryktywne prawo nabywania obywatelstwa, natomiast Brytyjczykiem jest zostać bardzo łatwo. Wystarczy pochodzenie z dawnych kolonialnych posiadłości jak Indie, Pakistan czy Hongkong. Gdyby liczyć „obcych” etnicznie, to kto wie czy WB nie jest państwem bardziej wymieszanym i różnorodnym niż Niemcy.

    Nie mówiąc już o USA, które składa się praktycznie tylko z przyjezdnych a kandydaci na prezydenta muszą władać hiszpańskim, aby wygrać na południu wybory.

    Już kiedyś pytałem, po co powoływać się na kiepskie argumenty za JOW-ami, kiedy jest sporo bardzo dobrych argumentów za JOW-ami. Argumenty, które można w 10 sekund obalić przy pomocy WIKI to kiepskie argumenty. Podobnie jak krytyka na siłę innych systemów, na przykład mieszanych, ale również proporcjonalnych, które w niektórych krajach działają wzorcowo i są przez społeczeństwa tamtych krajów w pełni akceptowane.

    Odpowiedz

  2. mjs

    04. Lut 2016,  godz. 22:48

    Zgadza się z powyższą wypowiedzią, ordynacja mieszana to teraz główne zagrożenie ustrojowe. Przy takiej ordynacji wybory nadal pozostałyby partyjne, przy zwiększonej dominacji partii zwycięskiej. Podejrzewam, że PiS będzie starał się teraz coś takiego przepchnąć i mam nadzieję że nikt nie da się wciągnąć w tę pułapkę.

    Odpowiedz

  3. [ja!]

    31. Sty 2016,  godz. 23:18

    ▌▌Bardzo trafne poruszenie tematu! ▌▌

    I to szczególnie perspektywy Niemiec, bo uczula na fakt, że właśnie pod pozorem „pójścia w stronę ordynacji mieszanej” PiS ma chyba zamiar wprowadzić totalny system partyjniacki — z głosowaniem na obrazki partyjne, zamiast osób!

    (Ja rozumiem, że PiS ma prawo traktować swoich wyborców jak imbecyli, dla których głosowanie na niebieski obrazek będzie dużym ułatwieniem w porównaniu z koniecznością pamiętania choćby jednego nazwiska, ale na Boga! Jednak nie wszyscy Polacy to imbecyle! Nie sprowadzajmy ordynacji z krajów, gdzie zamiast podpisu głosuje się przez umoczenie palca w tuszu!)

    Ordynacja wyborcza jest absolutnie kluczowa dla demokracji, moje bardzo konkretne propozycje to XXI wiek i turbo-rozwój, ale jeśli już musimy wciąż się grzebać w XIX wieku, to proponuję moją drobną, ale kluczową poprawkę dla „ordynacji mieszanej”:

    ▌▌● W żadnym stopniu nie mieszać JOW z ord. proporcjonalną na danym terytorium! (bo jest to faktyczne zabójstwo JOW, wręcz ośmieszanie JOW dominacją partyjniactwa — kilkukrotnie większe okręgi i dominacja politycznych oligarchów), tylko…

    ▌▌● …Tylko w połowie okręgów wyborczych (tych, które w referendum najmocniej poparły JOW-y) wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze — w 100% JOW na danym terenie!

    A druga połowa kraju niech sobie testuje kolejne ulepszenia partyjniackiej ordynacji proporcjonalnej…

    ▌▌Oczywiście z całych sił należy się również sprzeciwiać „ślepemu” głosowaniu na listy partyjne — nb. wyborcy w Polsce są już na tyle świadomi, że kto to wprowadzi, ten może tego jeszcze nie wie, ale sam potężnie strzeli sobie w kolano otrzymując już po fakcie potężną salwę śmiechu oraz nieodwracalną falę memów za powrót do „listy krajowej” w wersji dla analfabetów.

    Przeciwnie – należy skuteczniej walczyć z „jedynkami” wprowadzając przymusową kolejność alfabetyczną listy, a żeby w żaden sposób nie faworyzować nazwisk na A/B rozpoczynaną od wylosowanego miejsca i jeszcze z dodatkowym podziałem komisji na ~8 typów z ~8 wersjami karty do głosowania – każda z przesunięciem wszystkich pozycji na liście o 1/~8 długości.

    Co by to oznaczało?

    M.in. koniec głosowania na numery („Lista nr 2, pozycja 2!”), tylko na konkretne nazwiska (zmienny numer, zależnie od komisji), co już samo w sobie jest postępem.

    Zmusiłoby także do ograniczenia wypełniania list „mięsem armatnim”, bo święte krowy mogłyby utonąć w tym natłoku oraz przez wyrównanie szans – dotychczasowe „mięso armatnie” samo mogłoby zawalczyć o zaufanie wyborców. Czyli odrzucenie przypadkowych kandydatów mających jedynie zamydlić oczy niezorientowanych wyborców.

    Skończyłoby się również polityczne lub czysto biznesowe sprzedawanie „biorących” miejsc na „jedynkach”.

    ▌▌XXX9i9NAwp.plXXX ▌▌

    Odpowiedz

  4. Bacz

    26. Sty 2016,  godz. 11:53

    Używajmy określeń odpowiednich do sytuacji. Politycy dzięki ordynacji mafiokratycznej są faktycznymi władcami państwa więc nie ma mowy o obywatelach tylko są poddani.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.