W piątkowym (12 lutego 2010) wydaniu "Rzeczpospolitej" ukazał się list gen. Wojciecha Jaruzelskiego, którego autor podejmuje polemikę z artykułem Rafała Ziemkiewicza ("Rz" z 3 lutego 2010) i filmem "Towarzysz generał" pokazanym w TVP1 w dniu 1 lutego br. Pełna wersja tego listu opublikowana została na internetowej stronie gazety.

Generał zapewnia nas, że "nie pozuje na uciśnioną niewinność", ale w męskich, żołnierskich słowach, spokojnie ukazuje swoją udrękę, setki godzin spędzonych przed różnymi sądami na podstawie fałszywych oskarżeń. Fałszywość ich nie może ulegać wątpliwości, skoro pomimo przesłuchania ponad 1000 świadków (a ponad 2000 złożyło oświadczenia na piśmie) żaden sąd nie wydał wyroku skazującego. Mściwi i niegodziwi ludzie, nie zważając na jego podeszły wiek i zasługi dla kraju, ciągają go po sądach za rzekome krzywdy, jakie wyrządził Polakom wprowadzając stan wojenny, za przypadkowe zabijanie stoczniowców Wybrzeża, za pozorne czystki antysemickie 1968 roku i temu podobne niby-winy. Natomiast krzywdy, jakie jemu się wyrządza, pomijając już upokarzające wezwania na rozprawy sądowe, są niewątpliwe: rok temu Sejm przyjął ustawę, która odebrała mu przywileje emerytalne, jakie przysługują wszystkim byłem żołnierzom zawodowym, pod jego domem co roku zbierają się grupy wyrostków, wykrzykujących obelgi i wygrażających jemu i jego rodzinie. Był nawet zamach na jego życie, o którym tak pisze:  

Wreszcie zamach, którego obiektem stałem się w październiku 1994 roku we Wrocławiu. Działacz "Solidarności" RI "wymierzył w ten sposób sprawiedliwość" na mojej osobie z powodu rzekomej niesprawiedliwości, która w latach 80. spotkała go ze strony naczelnika gminy. Zostałem poważnie ranny, było zagrożenie życia. Operacja trwała cztery godziny. W zeznaniu przed prokuratorem z Wrocławia, podejmującym śledztwo z urzędu, prosiłem o niewszczynanie sprawy, oświadczyłem, iż pretensji nie wnoszę, sprawcy wybaczam. Powtórzyłem to przed Prokuraturą w Warszawie. Wreszcie, o uniewinnienie apelowałem w sądzie. W rezultacie wyrok był symboliczny – w zawieszeniu.

Stan wojenny, masakra na Wybrzeżu, fala odgórnie zarządzonego antysemityzmu 1968 roku, to są wielkie tematy historyczne i na ich temat powstały już, i nadal powstają, wielotomowe monografie naukowe, liczne dzieła artystyczne i dokumentalne. Inaczej przedstawia się sprawa "zamachu": jego sprawca już dawno nie żyje, zbrodniczy kamień został wyrokiem sądu zniszczony, a esbeckie archiwa gruntownie wyczyszczone. Robert Helski, badając akta IPN, dotarł do nazwiska funkcjonariusza SB w Ząbkowicach Śląskich, który jeszcze w 1995(!) roku dostał polecenie spalenia akt jego ojca.

Przypomnijmy najważniejsze fakty:

17 maja 1982, na podstawie decyzji naczelnika gminy Ciepłowody, na pola Helskiego, w eskorcie milicyjnej, wjeżdża kilkanaście traktorów z pobliskiej Spółdzielni Produkcyjnej i obsiewa je jęczmieniem. Jest to wydarzenie wyjątkowe w historii PRL, pomijając już jego bezprawność. Ma charakter wyłącznie represyjny, ponieważ jest pozbawione jakiegokolwiek sensu ekonomicznego: jęczmień w drugiej połowie maja zasiany, po wszystkich terminach agrotechnicznych, plonu nie przyniesie.

Dwa tygodnie później Stanisław Helski wyjeżdża na pole kultywatorem. Natychmiast pojawia się milicja, Helski zostaje aresztowany, obciążony kosztami tego "zagospodarowania", maszyny zajmuje komornik i licytuje.

W więzieniu Stanisław Helski od pierwszego dnia podejmuje głodówkę protestacyjną. W owym czasie głodówki w więzieniach internowanych były bardzo modne i władze więzienne się nimi specjalnie nie przejmowały, bo nie powodowały one większych szkód. Inaczej z Helskim: to jest prawdziwa głodówka. Kiedy po 17 dniach władze więzienne zorientowały się, że to naprawdę, postanawiają upartego chłopa karmić przymusowo, jak jego pole. Ale z Helskim trudna sprawa: broniąc się przed gwałtem rozwalił im całą izolatkę! Czterech oficerów SW bije go pałkami do utraty przytomności, przy okazji wybijając zęby. "A niech go naczelnik sam karmi!". Stanisława odwożą do szpitala więziennego.

Sprawa stała się głośna, piszą o niej gazety stanu wojennego, interweniuje Kuria Biskupia. Helski zostaje zwolniony z aresztu, ale postawiony przed sądem karnym, prokurator domaga się 6 lat więzienia. Sprawa ciągnie się latami, zapadają wyroki, Sąd Najwyższy uwalnia Helskiego od kary na mocy amnestii. Stanisław Helski zostaje sam z żoną i dziećmi, ze zrujnowanym gospodarstwem, pozbawiony środków jego restauracji, bez środków do życia. Nie wyciąga do nikogo ręki po pomoc: "na kawę i papierosy mi starczy" – podejmuje beznadziejną walkę prawno-sądową ze "sprawiedliwością Generała Jaruzelskiego". Jeszcze dwa lata przed "zamachem" osobiście wręcza swoje pismo Jaruzelskiemu. Ta walka kończy się niczym. Generał ma zawsze rację.

Generał Jaruzelski trochę przesadza w opisie dramatyzmu zdarzenia w dniu 11 października 1994: Generałowi aż okulary spadły i się potłukły! Tam nie było możliwości do zamachu kamieniem: Generał był otoczony borowcami, Helski stał w kolejce po autografy, zza pleców osoby przed nim stojącej wyjął z torebki na dokumenty kamień zawinięty w gazetę i pchnął spod pachy w twarz Generała. To nie było ani zagrożenie życia, ani powód do czterogodzinnej ciężkiej operacji. Był to gest prawdziwie symboliczny i symboliczne były, i są nadal, jego skutki.

Ale nie spierajmy się o grozę zamachu, Stanisław Helski zwykł był mawiać "kogo nie boli, temu powoli" – to Generała ugodzono, to jego bolało i on ma prawo odczuwać to mocniej niż inni. Jednak ta napaść specjalnie nie odbiła się na jego zdrowiu, skoro po 17 latach nadal widzimy go pełnego sił i wigoru. Przestał tylko jeździć po Polsce na wieczory autorskie i rozdawać autografy. Pisze za to książkę za książką i tworzy historię tamtych lat. Nie przerażają go młodzi chłopcy, którzy pod jego oknami, w rocznicę Stanu Wojennego wykrzykują: "Kryj się Jaruzelski, idzie pluton Helskich".

Co innego w tym ostatnim liście Generała wymaga sprostowania. Chodzi o to, że on dzisiaj, tak jak wtedy, "wybacza" i pisze o "rzekomej niesprawiedliwości" wyrządzonej chłopu. Oznacza to bowiem, że Generał, jak długo żyje, ma zamiar fałszować i przeinaczać historię, z ofiar czynić przestępców, a z przestępców ofiary. Główną ofiarą jest, naturalnie, on sam.

Ciekawe jest także, że w tym swoim liście Wojciech Jaruzelski wskazuje, jako na sprawcę "rzekomej krzywdy" Helskiego naczelnika gminy Ciepłowodny! Ciemny i durny chłop, po prostu nie zrozumiał, że to nie on, szef WRON i dyktator państwa, w tej sprawie decydował, tylko urzędnik gminny!!

Tak się składa, że jeszcze przed "kamieniem" byłem świadkiem spotkania owego naczelnika ze Stanisławem Helskim. Przyjechał on do Wrocławia z butelką koniaku, aby przeprosić Stanisława za swój udział w tamtych wydarzeniach. Prawie ze łzami w oczach tłumaczył, że nie mógł nic zrobić, że miał rozkaz wojewody itd., itp. Stanisław usiadł z nim przy stoliku, nie pobił, ani nie zrzucił ze schodów, napił się koniaku, porozmawiał spokojnie i uprzejmie. Jakoś w umyśle ciemnego chłopa skorumpowany gminny urzędas nie wyrósł na postać odpowiedzialną za krzywdy wyrządzone jemu i jego rodzinie. A Generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu już sam odpowiedzieć nie jest w stanie.

Wrocław, 12 lutego 2010

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.