Wybory prezydenckie AD 2010 odbywają się w cieniu śmiertelnej tragedii katastrofy samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem i dramatu wielkiej powodzi dla dziesiątków tysięcy ludzi.

 

 

To nie tylko wyciszyło ostrość sporów politycznych, co zrozumiałe, ale i co niezrozumiałe zablokowało fundamentalne pytania o stan polskiego państwa, które wręcz nasuwały się same w toku kampanii prezydenckiej. Pierwsze fundamentalne pytanie wynika z okoliczności tragedii smoleńskiej i można je sformułować następująco: jakie są przyczyny stanu państwa, które wysłało swego prezydenta i najważniejsze osoby w państwie, w tym wszystkich naczelnych dowódców wojskowych, wycofanym kilkanaście lat temu z użycia w lotnictwie cywilnym ze względu na przestarzałą konstrukcję i już wielokrotnie psującym się samolotem, na pozbawione nowoczesnego systemu nawigacyjnego zastępcze lotnisko wojskowe obcego, a przy tym niezbyt przyjaznego państwa, bez osłony wywiadowczej i kontrwywiadowczej i to w skrajnych warunkach pogodowych? Do tego dochodzi dodatkowe pytanie o stan mentalny rządzących elit politycznych i państwowych, które oddały w ręce władz Federacji Rosyjskiej sprawę ustalenia przyczyn tragedii i nawet nie uczestniczyły w sekcji zwłok własnego prezydenta, a do dzisiaj nie mają bezpośredniego wglądu w zapisy „czarnych skrzynek” i nic z tym faktem nie czynią?

Drugie fundamentalne pytanie dotyczy przebiegu tegorocznej olbrzymiej powodzi i brzmi: jakie są przyczyny stanu administracji centralnej i terenowej państwa, które przez 17 lat od poprzedniej powodzi nie potrafiło przygotować się do następnej, a nawet swą polityką ograniczania polderów wylewowych pogłębiło katastrofę?

 

Ale żadne z tych pytań nie padło do tej pory w trakcie I tury kampanii prezydenckiej. O ile jeszcze jakoś można zrozumieć brak takich pytań i prób odpowiedzi ze strony dwóch głównych kandydatów, czyli marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, jako członka elity rządzącej partii szczególnie współodpowiedzialnej za tragedię i dramat oraz byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego, który w tragedii smoleńskiej stracił brata i jego żonę oraz najbliższych współpracowników, a dodatkowo był przez jakiś czas premierem tego państwa, to nie sposób zrozumieć milczenie pozostałych ośmiu kandydatów. Słuchałem z rosnącym zażenowaniem prowadzonej przez nich kampanii prezydenckiej. Oto żaden z kandydatów na prezydenta państwa nie podniósł sprawy stanu tego państwa i przyczyn tego stanu. Nie zapytano nawet o stan mentalny rządzącej elity politycznej i państwowej w związku z nieprzejęciem wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej i podległym zachowaniem wobec władz Rosji w tej sprawie, a wyraźnie wskazujący na neokolonialne cechy mentalne, a wypreparowane z godności i dumy narodowej oraz państwowej. Mówiono za to o byle czym i jeszcze byle jak. Nie znalazł się kandydat na prezydenta w 38 milionowym kraju, który poczułby się odpowiedzialny za przyszłość swojego państwa, dokonał analizy jego stanu i sformułował wizję jego rozwoju, a przynajmniej korekt i udoskonaleń. Królowała mierność intelektualna i ideowa, by nie rzec miernota.

 

Wieczorem w trakcie II tury pierwszych wyborów prezydenckich w Polsce w 1990 roku, bodajże w grudniu, wsiadałem w Warszawie do autokaru wiozącego uczestników konferencji naukowej, w której również uczestniczyłem, do jednej z podwarszawskich miejscowości. Ktoś z moich znajomych zapytał mnie głośno gdzie głosowałem – w Warszawie czy w swoim miejscu zamieszkania. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że w ogóle nie głosowałem. W autokarze zaległa głucha cisza. – Jak to? Nie głosowałeś?! Ta cisza wynikała z konsternacji spowodowanej moją odpowiedzią w atmosferze medialnej gorączki o zagrożeniu wręcz państwa możliwością wyboru na stanowisko prezydenta Stana Tymińskiego a nie Lecha Wałęsy. Tymiński, człowiek omalże znikąd, niespodziewanie dla już rozsiadającego się na państwowych stołkach nowego establishmentu politycznego i starego zasiedziałego establishmentu komunistycznego, pokonał w I turze namaszczonego do II tury premiera Tadeusza Mazowieckiego, wywołując panikę w obu establishmentach. Odpowiedziałem wtedy, że nie głosowałem, gdyż nie wiem do końca kim jest Tymiński. – No, a Wałęsa?! Odpowiedziałem, iż to kim jest Wałęsa, to ja wiem. Więc nie mogłem na niego głosować. Cisza przez następne pół godziny w autokarze była już brzęcząca w uszach.

 

Przypomniałem sobie tę historię, z tego względu, że były to pierwsze i ostatnie wybory, w których jak pokazał casus Stana Tymińskiego istniała możliwość zaistnienia kandydata spoza rządzących i opozycyjnych establishmentów politycznych, wykreowanych w drodze przeróżnych samokooptacji tzw. Okrągłym Stołem. Taką możliwość zamurowano czy nawet zabetonowano już w następnych wyborach prezydenckich, skracając maksymalnie czas trwania samej kampanii prezydenckiej i zasadniczo ograniczając bezpłatne korzystanie z publicznych mediów elektronicznych. Ten celowy zabieg miał uniemożliwić powtórzenie się przypadku Stana Tymińskiego i pojawienie się kandydata o realnych szansach spoza klasy politycznej wykreowanej Okrągłym Stołem. Do tego doszła polityzacja całego systemu medialnego, który z biegiem lat sam stał się częścią systemu politycznego, decydując w istotnym stopniu o wynikach wszelkich wyborów w Polsce. Jest to możliwe, gdyż najważniejsze wybory dla państwa, wybory do Sejmu, odbywają się, a czego skrupulatnie się pilnuje i o czym się skrzętnie milczy, w proporcjonalnej ordynacji wyborczej, która stale samopowiela układ nawet personalno-towarzyski Okrągłego Stołu. Panowie i panie sami robią sobie prawybory i sami układają listy wyborcze, a potem gromko apelują, aby na nich głosować, bo to podobno jest nasz obywateli obowiązek. A zasada suwerenności narodu, a bierne prawo wyborcze obywatela…, a kto by się tam narodem i obywatelem przejmował.

 

Tyle, że ta sytuacja uniemożliwia demokratyczne wyłonienie się autentycznych i sprawnych elit politycznych o wysokim poziomie intelektualnym i ideowym, a w konsekwencji również takich elit państwowych i administracyjnych. I mamy państwo, które doprowadziło do tragedii smoleńskiej, oddało ustalenie jego przyczyn w ręce obcego i zainteresowanego swoją wersją katastrofy państwa rosyjskiego, a za dramat powodzi nie odpowiada nic nie robiąca administracja państwowa, tylko jest to zrządzenie anomalii pogodowych.

 

Czy w II turze dojdzie do poważnych debat między Bronisławem Komorowskim a Jarosławem Kaczyńskim na temat stanu polskiego państwa i jego przyczyn? Specjalnie w to nie wierzę, choć i tak pewnie pójdę na wybory i wybiorę bez specjalnego przekonania kandydata, którego uznam za mniejsze zło, a nawet dużo mniejsze zło.

 

Dąbrowa Górnicza, 21 czerwca 2010

 

*Tekst dla: „Nowy Kurier. Polish – Canadian Independent Courier”

About Wojciech Błasiak

ekonomista i socjolog, dr nauk społecznych, niezależny naukowiec i publicysta, działacz Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.