/Wyborcza jedynka

Wyborcza jedynka

 

Ryszard Kalisz, jedynką

 

O tym, że Ryszardowi Kaliszowi obiecano jedynkę na liście wyborczej, było głośno w całej Polsce. "Czemu nie chciał pan startować z trzeciego miejsca?" – spytał posła Robert Mazurek ("Rz" 2-3.07.2011. "O nic się nie starałem"). W odpowiedzi usłyszał: "To sprawa samoświadomości i wiedzy o tym, jak postrzegają mnie wyborcy".

 

Nie wierzę ani na jotę w tę argumentację w ustach wytrawnego i profesjonalnego polityka. Gdybym usłyszał to sprawa samoświadomości i wiedzy o systemie wyborczym, byłoby to prawdą. Kalisz dobrze wie, że wyborcy, ale tylko ich światła część, widząca w nim prawdziwego demokratę i działacza pro publiko bono, gotowa jest postawić przy jego nazwisku krzyżyk wyborczy. Kalisz również wie, że wyborcy dają w Polsce pierwszą preferencję w swoich decyzjach partii a nie człowiekowi. Ale też wie, że przygniatająca część wyborców nie zna polityków i nie wybiera konkretnego kandydata, tylko partie i jeśli wybierze SLD to postawi krzyżyk przy pierwszym nazwisku z autoargumentacją – partia wie lepiej niż ja, szary wyborca, kto tam u nich jest najlepszy. Kalisz bardzo dobrze zna te zachowania wyborcze Polaków, dlatego żądał jedynki, jedynej pewnej pozycji wyborczej. Jego kolega z klubu SLD, Bartosz Arłukowicz, gdy okazało się, że jedynki nie dostanie, poszedł tam, gdzie mu ją zagwarantowali. Kaliszowi nie są obce zawiłe, pokrętne i powszechnie niezrozumiałe skutki, polskiej odmiany systemu proporcjonalnego, w którym można skutecznie postawić tylko jeden krzyżyk, mimo iż wybiera się w okręgu kilku lub kilkunastu posłów (w Warszawie dziewiętnastu), ale to już nie jest problem jedynki, tylko partii.  

 

Niestety ani Kalisz, ani nikt inny nie wie, czy akurat w tych wyborach wyborcy zachowają się standardowo, głosując na partię, czy może zniesmaczeni kłótniami międzypartyjnymi, choćby z przekory, postawią krzyżyk przy niepartyjnym nazwisku, pokazując politykom wyprostowany środkowy palec, anglosaską odmianę gestu Kozakiewicza. Według mojej intuicji, grupa takich wyborców będzie znikoma i razem z tymi oświeconymi, bez większego znaczenia dla wyniku wyborczego. Takie są dotychczasowe doświadczenia, i co jedynka to jedynka, która jest solidną podstawą personalnego sukcesu. Nawet Janusz Palikot ma szansę dostać się w Warszawie do Sejmu, pod warunkiem, że jego prywatna partia uzyska 5% poparcia w skali kraju, co nie jest wcale wykluczone. Natomiast, gdybyśmy mieli jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW), to daję głowę, nie tylko palec, że w jednym okręgu nie wystartowaliby o ten, tylko jeden, mandat zarówno Kalisz, Tusk, Kaczyński, jak i Palikot. Każdy z nich znalazłby sobie swój okręg. A swoją drogą, warto by zbadać motywacje Polaków przy podejmowaniu decyzji o postawieniu krzyżyka w wyborach. W końcu ośrodków badawczych politologii i socjologii u nas nie brakuje.

 

Moja partia

 

W 2001 r. startowałem w Warszawie do Sejmu. Gdy zwróciłem się do mojego przyjaciela, profesora na wielu wyższych uczelniach z pytaniem – czy postawisz przy moim nazwisku krzyżyk, w odpowiedzi usłyszałem – a z jakiego ugrupowania starujesz? Ustaliliśmy razem, że z całej listy kandydatów tylko mnie znał personalnie, innych wyłącznie z nazwiska. Mimo tego na pierwszym miejscu stawiał partię. Pamiętam dobrze naszą rozmowę.

 

Nim wyjawiłem mu listę, z której będę startował, postanowiłem uzyskać odpowiedź, do czego mu potrzebna partia, skoro ma człowieka, z którym mógłby konie kraść, ponadto wie dobrze, że mnie nikt nie kupi, musi przekonać, a w ogóle zna mnie od dziesiątków lat i nie ma kłopotu z oceną co ja sobą prezentuję.

– Po co Ci partia? – zaczepiłem go pytaniem.

– Poza tym wolno Ci postawić tylko jeden krzyżyk, więc komu go dasz? – dodałem

– OK., dam Tobie – odpowiedział – jeśli będziesz na liście tej partii, którą popieram.

Nawet argument, że to nie partia podnosi rękę w Sejmie, a człowiek z imienia i nazwiska, nie przekonał go.

– Czy ty sądzisz, że ja podniosę rękę za ustawą, do której nie będę przekonany, na rozkaz wodza partyjnego – podtrzymywałem temat. Moje argumenty nie przynosiły rezultatu.

– Mam swoją partię i szlus, jej dam głos – obstawał przy swoim.

 

Po wyjawieniu mojej listy, nic nie pomogło, że użyłem dodatkowej informacji, iż nie jesteśmy partią, tylko obywatelskim komitetem. Mam swoją partię, to był jego koronny argument. Tak więc, wszystko sprowadziło się do tej pierwszej preferencji. Najpierw partia, a człowiek w drugiej kolejności (jeśli będzie na tej liście). Pomimo że krzyżyka od przyjaciela nie dostałem, do dzisiaj razem pijemy wódkę. Szanuję jego wybory, choć nie zawsze są zgodne z moimi. Na tym polega prawdziwa demokracja.

 

Sądzę, że problem motywacji stawiania krzyżyka wyborczego jest socjologiczny. Generalnie ludzie lubią być wśród zwycięzców. Kto nie lubi? Jeżeli wyborca idzie do urny bez przesłania ideologicznego, ot z przyzwyczajenia, czy tzw. obowiązku obywatelskiego, to bardziej satysfakcjonującym jest dla niego być wśród wygranych. Dlatego właśnie, przedwyborcze sondaże mają tak wielkie znaczenie. Dają sygnał, gdzie może kryć się zwycięzca. A jeśli do tego, tak naprawdę obywatel nie interesuje się polityką, mając o niej obiegową opinię typu, oni wszyscy są siebie warci, czy wszystkie partie tak naprawdę niczym się nie różnią to argument mam swoja partię, w domyśle zwycięską, wydaje się być istotnym argumentem stawiania krzyżyka wyborczego, choć nigdy tego powodu na własne uszy nie usłyszymy. Potwierdzeniem może być fakt, że teraz przyjaciel też ma swoja partię. Nie tę samą, co 10 lat temu, ale sondażowo znowu zwycięską.

 

Jak działa jedynka

 

Profesor, człowiek wydawałoby się światły, dawał pierwszą preferencję partii, nie człowiekowi, to co dopiero mówić o całej masie obywateli udających się do urn wyborczych. Zainspirowało mnie to doświadczenie i gdy nadarzyła się okazja w 2006 r. z całą premedytacją wykonałem badania naukowe na samym sobie. W tej samej technologii wyborczej, co w 2001 r., wystartowałem w wyborach samorządowych w 150 tysięcznej dzielnicy Warszawy. Otrzymałem propozycje startu z jedynką, ale w okręgu, gdzie nikt mnie praktyczne nie znał. Zagrałem vabank. Nie wydrukowałem żadnej ulotki, nie zrobiłem ani jednego spotkania wyborczego, nikt z wyborców nawet nie wiedział jak wyglądam. Mimo tego wygrałem wybory, zostawiając w tyle startujących na tej liście radnych z doświadczeniami dwukrotnej kadencji. Tak działa tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza. W tym systemie ludzie zrzekają się odpowiedzialności za wybór człowieka i scedowują wszystko na partie w myśl zasady – reszta to nie my, to oni. Oczywiście, że będąc wybranym w tej technologii, swój wybór nie zawdzięczałem wyborcom, ale partyjnym decydentom. Jeśli byłbym przez 4 lata ich karnym żołnierzem, mógłbym liczyć na reelekcję. Jak stwierdzili mocodawcy listy partyjnej w 2010 r., odmawiając mi powtórnie udziału w wyborach: Ty się do nas nie nadajesz, Ty masz własne zdanie. To prawda, sprzeciwiłem się, jako jedyny radny koalicji rządzącej w Warszawie, poparciu korupcji politycznej, przy uchwalaniu reaktywacji pomnika Waryńskiego za publiczne pieniądze.

 

W tym samym czasie, gdy ja nie robiąc nic, wygrałem, pod Warszawą w Sulejówku, vice prezes naszej Fundacji Madisona wykonywał gigantyczną pracę wyborczą, chcąc pokonać tylko dwóch kontrkandydatów do mandatu radnego. On również przeprowadzał świadome badania pod hasłem: czy system wyborczy ma wpływ na wynik wyborów. Mimo że zapukał do każdych drzwi, wyprodukował i rozniósł wiele ulotek, przeprowadził dziesiątki rozmów wyborczych, wybory przegrał. Dopiero po czterech latach, w następnych wyborach (2010), gdy ludzie go poznali, wygrał bezdyskusyjnie. Startował w systemie jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW), w których pozycja na liście wyborczej nie ma żadnego znaczenia na wynik. Obywatele świadomie biorą odpowiedzialność za wybór swojego przedstawiciela i rozliczają go przy następnych wyborach. Wybrany zawdzięcza swój sukces tylko i wyłącznie wyborcom ze swojego okręgu i jeśli będzie chciał go powtórzyć za 4 lata, to w pierwszej kolejności będzie musiał zadbać właśnie o tych ludzi.

 

Partia jako jedynka

 

W naszych wyborach do Sejmu RP czołowym partiom marzy się osiągniecie większości rządowej – 231 mandatów. Niestety w systemie wyborów tzw. proporcjonalnych taki wynik jest możliwy tylko teoretycznie i gdyby którakolwiek partia go uzyskała, byłby to wyjątek potwierdzający regułę koalicyjności rządzenia, przypisaną temu systemowi.

 

Polskie ośrodki sondujące zapatrywania przedwyborcze Polaków w przełożeniu na skład Sejmu, w swoich symulacjach traktują Polskę jako jeden okręg wyborczy i czasami wychodzi im, że możliwe są rządy jednopartyjne. To błąd systemowy. Oczywiście Polska nie jest jednym okręgiem wyborczym, ale ma ich 41. Stwórzmy symulację uzyskania przyrostu, choćby o jednego posła więcej dla PO, w kilku okręgach, w wyborach w 2007 r., kiedy to Platformie Obywatelskiej zabrakło do większości parlamentarnej tylko 22 mandaty. Pozornie niedużo, ale w rzeczywistości to wartość gigantyczna. Oczywiście, najłatwiej osiągnąć przyrost głosów w okręgach, gdzie startują tuzy partyjne. Prześledźmy taką możliwość w trzech okręgach: Warszawa – Tusk, Wałbrzych – Chlebowski i Poznań – Dzikowski. Jeżeli przyjmiemy założenie, że dodatkowe głosy, dające dodatkowy mandat, oddane byłyby tylko na PO, a na wszystkie pozostałe partie nie padłby żaden głos (!), to odpowiednio PO musiałoby uzyskać w Warszawie + 25%, w Wałbrzychu + 70 %, a w Poznaniu + 44% więcej głosów. Idźmy dalej, gdyby PO chciała uzyskać np. w Poznaniu nie 1 a 2 mandaty więcej, to musiałoby zwiększyć poparcie do + 94%, co byłoby niemożliwe nawet teoretycznie, gdyż przekraczałoby to ilość osób uprawnionych do głosowania o 20 000. Tak pracuje proporcjonalny system wyborczy. Samodzielne rządzenie przez jedną partię jest praktycznie nieosiągalne.

 

Oczywiście, życie może pokazać, że wyjątki od reguły się zdarzają, ale warto zdawać sobie sprawę z jakim poparciem wyborczym musiałoby się ono wiązać. Bez szokujących, bezprecedensowych incydentów politycznych, wydaje się to być niemożliwym. Zdarzenia najbardziej znane w Europie, które przewróciły na drugą stronę sondaże przedwyborcze to ostatnio na Węgrzech podsłuchana rozmowa premiera, który mówił bez ogródek, że oszukuje swoich obywateli, wcześniej (2004 r.) w Hiszpanii tragiczne zamachy kolejowe na kilka dni przed wyborami i mające już znaczenie historyczne (1933 r. w Niemczech), podpalenie Reichstagu na tydzień przed wyborami, które NSDAP zdyskontowało najlepszym wynikiem wyborczym (44% poparcie i 288 miejsc w 647 osobowym parlamencie). Twarz fürera tygodnik „Time” umieścił nawet na okładce jako człowieka roku, który wygrał w demokratycznych wyborach. Tak na marginesie, wszystkie te przypadki zdarzyły się w krajach, które używały proporcjonalnego systemu wyborczego lub jego mutacji, do których należą również tzw. mieszane systemy wyborcze.

 

W JOW do Senatu

 

W wyborach do Senatu, które po raz pierwszy odbędą się w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW), doświadczymy jedynki całą gębą. Tylko jednego kandydata będą partie desygnować do wyborów, bo tylko jeden może wygrać. Najbardziej ekscytująca będzie odpowiedź na pytanie, czy ten jeden wygrany mandat, będzie odbiciem poparcia partyjnego do Sejmu, czy może sukcesy osiągną kandydaci bez szyldu partyjnego, ale za to powszechnie uznawani za najlepszy polityczny towar jaki można wysłać z okręgu do parlamentu?

 

Redaktor Piotr Gursztyn napisał, że przeciwnicy i zwolennicy nowej ordynacji zgodnie podkreślają, że będzie to zmiana rewolucyjna (Jednomandatowe okręgi odmienią Senat, „Rz” 8-9.01.2011 r.). Jestem zwolennikiem JOW, ale takiego poglądu nie podzielam.

 

Twierdzę, że rewolucyjna zmiana nastąpiłaby, gdyby okręgi jednomandatowe były ustanowione również w wyborach do Sejmu. Wówczas wybieralibyśmy człowieka z krwi i kości, a wynik partyjny powstawałby z sumy zwycięstw indywidualnych (patrz Wielka Brytania czy USA). Natomiast przy jednoczesnych wyborach partyjnych i personalnych (Sejm i Senat) wyborcy preferują partie. Takie są dotychczasowe doświadczenia.

 

Czy jesteśmy pod tym względem wyjątkowi? Nic z tych rzeczy. Nie różnimy się od na przykład Niemców, którzy podczas swoich wyborów do Bundestagu, oddają dwa głosy, na kandydata w okręgu jednomandatowym i na partie. Wyborca niemiecki, przy urnie, w obydwu przypadkach głosuje na partie. Wybiera spośród kandydatów w okręgu jednomandatowym symbol partyjny i stawia przy nim krzyżyk wyborczy. Partie partie uber alles. Tak czyni 90% wyborców (J. Haman, Demoracja, decyzje, wybory, Warszawa, 2003).

 

Podczas głosowań w 2005 czy też 2007 r., postępowaliśmy według podobnego mechanizmu. W pierwszym głosie, do Sejmu, wybieraliśmy partie, a w drugim, głosie personalnym, do Senatu… również partie. Szukaliśmy przy nazwisku kandydata symbolu partyjnego PiS lub PO i stawialiśmy krzyżyk. Tak reagowało ponad 90% wyborców. Fakt, że teraz zamiast dwóch krzyżyków wyborca będzie stawiał jeden niczego tu nie zmieni. Wynik partyjny do Senatu będzie powielał wynik do Sejmu. Nic na razie nie wskazuje, że odbędzie się to inaczej niż w ostatnich i przedostatnich wyborach.

 

Chciałbym się mylić w swoich ocenach, bo to świadczyłoby, że Polacy zaczynają nie tylko mechanicznie i z przyzwyczajenia stawiać krzyżyki wyborcze. Życzę wszystkim ruchom, takim jak „Obywatele do Senatu” popieranym przez samorządowców, czy tzw. kandydatom niezależnym, aby przekonywali do siebie wyborców i wygrywali. Byłby to milowy krok w rozwoju naszej demokracji w kierunku jej obywatelskości. Niestety z tytułu jednoczesnej zbitki tych dwóch, zupełnie różnych i nieprzystających do siebie systemów wyborczych, chudo widzę ich sukcesy.

 

TAK dla JOW do Sejmu

 

Gdyby nasz system partyjny oparty był na fundamencie jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW), tak jak to jest w Wielkiej Brytanii czy USA, zniknąłby zarówno problem jedynek na partyjnych listach, fałszywych podpisów, znany z czasów posłanki Beger, parytetów oraz wiele innych ułomności naszej polityki. Również martwe dusze w Platformie Obywatelskiej (Platforma martwych dusz, „Rz” 155, 6.07.2011r.) są konsekwencją proporcjonalnego systemu wyborczego, który produkuje partie jako hierarchie struktur zarządzania, działające na podobieństwo dawnego PZPR. Natomiast partie w JOW to wspólnota idei, pomocnych obywatelom podczas wybierania przedstawicieli do rządzenia. Amerykanie nie rejestrują żadnej przynależności do demokratów lub republikanów, więc skoro nikt nikogo nie przyjmuje, to i nikt nikogo z takiej partii nie może wyrzucić. Obywatele podczas wyborów identyfikują się z jednymi lub drugimi, na nich głosują i wspomagają finansowo kampanie poszczególnych kandydatów, ale nie partii. To inny świat demokracji – obywatelskiej, a nie partyjnej. Warto pomyśleć, czy nie zdrowiej żyć właśnie w takiej demokracji, tylko jak do niej dojść?

 

Posłowie takiej zmiany, bez przymusu nie dokonają, bo podcinaliby gałąź, na której siedzą. Pozostaje Prezydent Rzeczypospolitej. Tak, jak Premier Wielkiej Brytanii, David Cameron, który zarządził w swoim kraju referendum na temat zmiany ordynacji wyborczej (odbyło się 5 maja 2011 r.), Prezydent Rzeczypospolitej może zrobić podobnie. Senat powinien okazać się przychylny, gdyż będzie wybrany właśnie w JOW. Gdyby referendum o zmianę ordynacji wyborczej zapoczątkowało reformę ustrojową państwa, prezydent, który to uczyni, bez wątpienia przejdzie do historii, jako twórca prawdziwej IV RP.

 

Oto pierwsza przymiarka pytania referendalnego:

 

Czy zamiast obecnie używanego w Polsce systemu wybierania posłów do Sejmu, powinien być ustanowiony system większościowy z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, w których posłem, w jednej turze głosowania, zostaje kandydat uzyskujący najwięcej głosów poparcia?

 

Reformowanie polskiego Sejmu, tak aby stał się instytucją szacowną, dostojną i przewidywalną, bez kłótni politycznych uwłaczających wyborcom, na pewno jest przedmiotem przemyśleń prezydenta. W końcu to jego największa powinność. Zmiana ordynacji wyborczej, byłaby dobrym krokiem w kierunku osiągnięcia tego celu, a referendum w sprawie JOW wydaje się być warunkiem niezbędnym.

 

 

Warszawa, sierpień 2011 r.

 

*Mariusz Wisprezes Fundacji im. J. Madisona Centrum Rozwoju Demokracji – JOW

 

1 685 wyświetlen