Sprawdziło się przysłowie stare,
Że Vivere non est necesse
Sed est necesse demonstrare

Załamanie pogody, burze, nawałnice, jakie przeciwko Marszowi JOW wymyśliły zakłamane, nieżyczliwe środki masowego przekazu, działać miały jak gaz paraliżujący wolę i determinację woJOWników, którzy mieli się stawić w sobotę, o godzinie 11. pod Kolumną Zygmunta w Warszawie. Straszono nas i zniechęcano przez kilka dobrych dni, w kolejnych prognozach pogody i, zapewne, jakichś młodszych stażem i niedoświadczonych udało się zniechęcić – egzemplum Wielkopolska, gdzie nasz sprawdzony i ofiarny woJOWnik, Włodek Urbańczak, zmuszony został, w ostatniej chwili, odwołać zamówiony autokar – ale nie nas, "starych wiarusów" z Wrocławia, Lubina, Wałbrzycha, a nawet sędziwej nestorki naszego Ruchu, nieugiętej Pani Weroniki Cykowskiej z Kłodzka – a więc najdalszych Kresów Rzeczypospolitej! Dało to potem podstawę, jednemu z woJOWników pod Pałacem Prezydenckim przypomnieć przykre słowa Marszałka Piłsudskiego: "Polska, to obwarzanek: Kresy urodzajne, centrum – nic".

Jechaliśmy tedy, od bladego przedświtu, z Wrocławia, przygnieceni myślą o czekającej nas rozprawie z niełaskawymi niebiosy, kuląc się i przytulając, jeden do drugiego, sparaliżowani perspektywą, że to na nic, że pioruny i błyskawice rozgonią wszystko w cholerę, a my, co najwyżej znajdziemy schron, przygotowany na tę okoliczność przez naszych warszawskich woJOWników w szałasie Książąt Czetwertyńskich, pozostawionym łaskawie dla potomnych (ale za słoną opłatą!) na Krakowskim Przedmieściu. Jechał sędziwy geolog, profesor Michał Mierzejewski, który jest dla mnie zawsze nieustającym przedmiotem zachwytu i zawiści – bo on siwy, jak prawdziwie profesorski gołąbek, a ja muszę świecić łysą pałą, z którą ani na wykładzie, ani na ulicy nie mogę się pokazać bez wstydu. Jechali moi uczeni koledzy, profesorowie fizyki, J.J. i Cz.O. – których nazwiska, jako nazwiska przestępców, pozostają pod ochroną, a oni, niewątpliwie, "przestąpili" wszelkie granice profesorskiej konduity. Jechała młodzież Politechniki, Uniwersytetu, studenci i doktoranci, niektórzy już całkiem "wyzwoleni", jak Wojtek Kaźmierczak, Witek Dyrka, Piotrek Krajewski, Mateusz Milian. Jechała "Gołdapianka" – Sławka Jabłońska, a tuż obok Helenka Lazarowicz – przedstawicielka dwu pokoleń Lazarowiczów, z którymi, w jednym czasie, spędzałem długie "wakacje" w nyskim więzieniu. Dalej stary, więzienny wycirus, Edek Wóltański – który zawsze jest pierwszy tam, gdzie trzeba "nieść i dźwigać", a razem z nim grupa nowych woJOWników i woJOWniczek z Lubina. Nie mogę zapomnieć o Staszku Sauciu, który swoją gitarą i bohaterskim głosem, starał się odstraszyć czarne chmury, przypominając czasy, gdy jako jeden ze słynnej wrocławskiej studenckiej "Dwunastki", umacniał nasze nadzieje, że mury runą! Cały autobus podskakiwał od tych "Murów", a młodzi z ciekawością usłyszeli starą balladę Macieja Zembatego o sejmie kalek.

Kiedy z duszą na ramieniu dotarliśmy na Plac Zamkowy, to trudno było się nie cieszyć: nawałnica została wstrzymana, deszcz ustał, zza chmur wyjrzało słońce, trochę nam tylko przeszkadzał silny, chłodny wiatr, który rozrzucał pracowicie budowaną piramidę z pudeł. Nie był jednak w stanie przewrócić Jarka Paczkowskiego, który od głów do stóp i od stóp do ziemi, przebrany w piękne narodowe barwy, defilował na szczudłach, powiewając ogromną flagą "JOW". Jeśli ktoś chce wiedzieć, na co stać woJOWników, to niech spróbuje przez dwie godziny pochodzić na szczudłach po Krakowskim Przedmieściu!

Potem były mowy i przemowy. Bardzo ładnie wypadł Pan Marszałek Jurek, od pewnego czasu gorący zwolennik JOW, który się nie przestraszył okropnych zapowiedzi pogodowych. Dzielnie sekundował mu potężny p. Marian Piłka, który też przywołuje hasło "JOW" w kampanii o miejsce w Parlamencie Europy. Pięknie zaprezentował się doktor Krzysztof Bukiel, przywódca niedawnego strajku lekarzy. Lekarze, z jakiegoś – niezrozumiałego dla telewizji i radia – powodu, uznali, że sprawa JOW w wyborach do Sejmu w jakiś sposób wiąże się z ich walką o unormowanie sytuacji w polskiej Służbie Zdrowia i dlatego wspierają nasz Ruch od lat, słowem i czynem. Burmistrz Łochowa, p. Marian Dzięcioł, przypomniał, że nie minęły jeszcze dwa lata, od kiedy Łochowska Konferencja Wójtów, Burmistrzów i Prezydentów Miast, skierowała do Rzecznika Praw Obywatelskich wniosek o podjęcie działań w sprawie wielokrotnego naruszenia Konstytucji przez obecną Ustawę Ordynacja Wyborcza do Sejmu i Senatu RP. RPO do dzisiaj nie znalazł czasu, aby na ten wniosek odpowiedzieć, nie dziwi więc, że jego osoby zabrakło w sobotę na Placu Zamkowym. Być może za alibi poczytać mu można wtorkową debatę, jaka się w jego biurze odbyła, i za którą go pochwalił w swoim wystąpieniu Remigiusz Zarzycki.

Groźba nawałnicy powstrzymała mieszkańców Warszawy przed pokazaniem się na Placu Zamkowym, ale tym razem jakoś nie wystraszyła mediów! Widzieliśmy szereg kamer telewizyjnych, mikrofonów radiowych, dziennikarzy. Wszystkich ich tylko zmartwiła skromna liczba uczestników: wszystkie wiadomości podały zgodnie, że było nas 130. Ja sam nie miałem czasu zająć się liczeniem, zmuszony odpowiadać na pytania dziennikarzy radiowych i telewizyjnych. Za to teraz tylko wyję z głuchej zawiści, bo nie zostawili z tego nic dla szerszej publiczności i wykasowali zdjęcia mojej ułańskiej figury i głos, którego na wiecu nie powstydziłby się nawet Louis Armstrong. Naturalnie, doskonale rozumiem, że całkiem inaczej prezentują się tacy przystojniacy jak Remek Zarzycki, Janusz Sanocki czy Wojtek Papis, ale na Boga, dajcie jakąś szanse moim siwym włosom (no, przepraszam za eufemizm) zanim już nieodwołalnie los mnie z szeregu woJOWników wygoni!

Nie wiem kto policzył tak dokładnie, ale wiem na pewno, że połowę tej liczby stanowili woJOWnicy z Wrocławia i okolic. Jeśli odjąć od tego grupy z Koszalina, Krakowa, Katowic, Rzeszowa, Nysy itp. to na Warszawę zostaje już tyle co nic! A jednak byli, przede wszystkim warszawscy organizatorzy, którym nie podobna odmówić uznania: Remigiusz Zarzycki, Andrzej Czachor, Maciej Doruchowski, Marcin Wawrzyniak. Zabrakło tylko niestrudzonego Mariusza Wisa, którego ta pogoda jednak przemogła i położyła do łóżka! Powstrzymuję się od wymieniania dalszych, bo jeszcze mogłoby się okazać, że przekroczyłem magiczną liczbę "130" i ktoś mógłby sobie pomyśleć, jak dawniej, że "prasa, radia i telewizje kłamią". A kysz, przepadnij!

Kurtuazją, ponownie, wykazał się Szef Kancelarii Prezydenta, minister Piotr Kownacki, który podjął delegację manifestujących z nienaganną uprzejmością i elegancją. Zapewnił nas przy tym, że z całą pewnością najbliższej jesieni postara się zorganizować otwartą debatę na temat ordynacji wyborczej. Nasza dyskusja, przy kawie i ciasteczkach, koncentrowała się wokół tej propozycji. Minister Kownacki ponownie wyszedł do demonstrujących, odpowiadając na pytania i ustosunkowując się do uwag, nie zawsze pełnych kurtuazji. Pan Minister to stary nasz znajomy, jeszcze z czasów gdy, po zabójstwie Michała Falzmanna i Waleriana Pańki, został zastępcą Lecha Kaczyńskiego w NIK. Z pewnością rozpoznał więc w tłumie i wdowę po Michale Falzmannie, p. Izę Falzmannową, i jej najmłodszą córkę, Marysię, a nawet zapewne i prof. Mirosława Dakowskiego, który, powróciwszy w nocy z jakichś regat po Bałtyku, stawił się na Placu Zamkowym w przebraniu prawdziwego wilka morskiego: broda do pasa, spalona słońcem skóra, brakowało tylko, niezbędnej w takich dekoracjach, fajki. Jestem przekonany, że ten skromny zespół znajomych z czasów już jakby zapomnianej "afery FOZZ", musiał dać Panu Ministrowi to i owo do myślenia.

Tradycyjnie już "olał" naszą demonstrację Przenajświetniejszy Sejm Rzeczypospolitej, a szef Straży Marszałkowskiej nie zgodził się wpuścić naszych przedstawicieli z pisemnym przesłaniem. No i bardzo dobrze. Ten Sejm składa się w znacznej części z posłów partii, która, przyparta do muru, deklaruje niezmienne poparcie dla postulatu JOW. Pomimo jednak tego "zdecydowanego poparcia" nie stać ich nawet na taki gest kurtuazji, jaki już po raz kolejny uczynił zdeklarowany przeciwnik JOW, za jakiego Pan Prezydent sam się podaje! Sprawdza się w tym przypadku ludowa mądrość: "Panie Boże, broń nas od przyjaciół, bo z wrogami jakoś sobie sami radę damy".

Drodzy Panowie i Panie, Posłanki i Posłowie, Liderki i Liderzy! Umiejętność chowania głowy w piasek przydaje się tylko strusiom na pustyni. Zwróćcie uwagę, że chmury się gromadzą. 20 lat waszej samowolki – z upoważnienia Wysokich Układających się Stron –minęło we względnym spokoju: naród został spacyfikowany, obywatele, wdeptani w trotuar, fasada demokracji skutecznie zastąpiła demokrację prawdziwą. Ale obywatele dzisiaj już z trudem i powoli podnoszą głowy. Ostatnia demonstracja stoczniowców w Warszawie napędziła trochę strachu, więc Pan Premier szybko przeniósł z Gdańska obchody "Dwudziestu Lat Szczęśliwości". Ze wszystkich mediów leją się zachwyty nad tym okresem, a jak powiedział Donald Tusk, "4 czerwca 1989 to najważniejsza data w całej historii Polski". Se non e vero e ben trovato. Zwróćcie jednak uwagę, że dzisiaj te śpiewki bardziej się kojarzą z "Propagandą sukcesu" Andrzeja Rosiewicza. W najnowszym Roczniku Statystycznym znajdujemy informację o 25 miliardach dolarów rocznego deficytu w handlu zagranicznym, deficyt w bilansie płatniczym, w porównaniu z 2000 rokiem już się podwoił i przekracza 20 miliardów dolarów. Wasz społeczny prestiż i autorytet padł i leży na ulicy – nikt już w Polsce waszym zapewnieniom i słowom nie wierzy. Burza nadciąga, czas na zmiany! My wam proponujemy zmianę łagodną, prostą, łatwą, cywilizowaną. Inaczej, to wasza propaganda sukcesu zakończy się podobnie jak tamta, sprzed 30 lat.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.