Źródło: "POLSKA The Times" z 3.04.2009

Choć kwestia pieniędzy dla partii politycznych rozpala emocje, to jednak jest to temat zastępczy. Po raz kolejny okazało się bowiem, że obietnice polityków warte są tyle, na ile mają szansę zostać przegłosowane przez większość w Sejmie.

Jednak o rozsądnej, trwałej i chcącej wziąć pełną odpowiedzialność za swoje rządy większości w parlamencie możemy jedynie pomarzyć.

W niemal każdym zachodnim kraju rozsądku i wiedzy politykom dodaje think-tank. W Stanach Zjednoczonych politycy regularnie korzystają z instytutu Heritage Foundation, Brookings, American Enterprise czy CATO. W Wielkiej Brytanii działa np. Chatham House. A w Niemczech np. instytut Maxa Plancka. To właśnie przed głosowaniem w Kongresie w październiku ub. roku Kongresmeni trzymali ostrzeżenia ekspertów Heritage przed dalszym załamaniem gospodarki wskutek wykupu dłużników z kredytami hipotecznymi. Podobnie było przedwczoraj przed głosowaniem rozdętego budżetu Obamy.

Ale think-tanki służą przede wszystkim przeciętnym obywatelom (jak np. ja), którzy chcą się dowiedzieć jakie mogą być skutki polityki obronnej np. rezygnacji z budowy tarczy. Także w jaki sposób zreformować opiekę zdrowotną, system świadczeń socjalnych etc. W takim instytucie pracują najlepsi eksperci oraz ich uczniowie. Jest to więc ośrodek ekspercko-edukacyjny.

Łatwo się domyśleć, że nie powstaje on z dnia na dzień. Instytut Heritage założył sponsor, który wpłacił pierwsze ćwierć miliona dolarów. Potem znaleźli się inni światli sponsorzy. Ale instytut może sponsorować każdy wpłacając dowolną kwotę.

Tak mogłoby być i u nas. Niestety wciąż trwa zapotrzebowanie na BMW – biernych, miernych, ale wiernych żołnierzy partii. To jest podstawowe kryterium doboru. Nie opłaca się więc znać języków, mieć obycia prawnego (choćby z pracy samorządowej, poczynając od rady osiedla) i być ekspertem w jakiejś dziedzinie. Najważniejsza jest opinia genseka – współcześnie prezesa. To on decyduje o awansie lub odsunięciu na bok posła.

Niestety mentalność tak zwanych przywódców partyjnych po dwudziestu latach od odzyskania przez Polskę niepodległości niewiele różni się od aparatczyków komunistycznych. Wciąż wydają cięzko zarobione przez nas pieniądze na baloniki, festyny, telewizję czy billboardy, by reklamować się niczym proszek do prania.

I mam złą wiadomość – to się nie zmieni. Chyba że wymusimy na nich zmianę reguł wyborczych. Wprowadzimy ordynację większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi dzięki której kryterium BMW nie będzie mogło być dłużej wykorzystywane, a partyjni bossowie stracą władzę układania list wyborczych. Wtedy też możemy liczyć, że zaczną powstawać think-thanki – wcześniej niestety nie.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.