Co z ustawą śmieciową mają wspólnego JOW-y? Wydawać by się mogło, że bardzo mało, jednak to tylko złudzenie. Zacznę od banału stwierdzając, że od sposobu wybierania reprezentacji rządowej zależy, jaka jest jakość tej reprezentacji. Bardzo prosto prowadzi nas to do wniosku, że coś z tym sposobem wyboru reprezentacji społecznej obecnie jest nie tak, jeśli taki bubel legislacyjny, jak ustawa śmieciowa wchodzi w życie. Oczywiście ordynacja wyborcza nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na jakość stanowionego prawa, ale na pewno jest jednym z kluczowych. Obecna „proporcjonalna” ordynacja wyborcza uzależnia szanse kandydatów na uzyskanie mandatu poselskiego od miejsca na liście, które ustala prezes partii. Kandydaci są więc zmuszeni do zabiegania o łaskę prezesa, a nie o zaufanie wyborców. Mechanizm ten opisał angielski filozof Karol Popper: System reprezentacji proporcjonalnej odrywa posła od wyborców i tworzy zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka.

Oczywiście nie twierdzę, że ordynacja większościowa JOW dałaby 100% gwarancję uchwalenia tej ustawy o poprawnym brzmieniu i kształcie (np. na wzór niemiecki, gdzie to korporacje są zobowiązane do poniesienia koniecznych kosztów z tytułu recyklingu tworzyw sztucznych i metali). Pewne jest jednak to, że większa odpowiedzialność posłów przed wyborcami, co gwarantują JOW-y sprawiłaby, że posłowie zastanowiliby się kilka razy przed znowelizowaniem ustawy, która jak się okazuje po latach jest kompletnym niewypałem.

W ostatnich dniach NIK opublikował raport na temat ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Przypomnijmy, że nowelizacja „ustawy śmieciowej” została napisana  w pośpiechu przez koalicję PO-PSL w obawie przed karami unijnymi, a obowiązywać zaczęła od 2012 roku. Jak się okazało rząd wprowadził nowelizację, która co prawda uniemożliwiła nałożenie kar na państwo polskie przez UE, ale co gorsze nałożyła swoiste kary na samorząd i obywateli. W dużym skrócie słupki i statystki się zgadzają, unia nie ma się do czego doczepić, a że polaczki płacą i płaczą, a gminy mają kolejne obciążenie to już nie nasz problem. Jesteśmy świadkiem dość kuriozalnej sytuacji – śmieci, które posiadamy nie są naszą własnością, lecz własnością gminy, a gminy bynajmniej nie są zadowolone z takiego prezentu od władzy najwyższej. Jak się okazuje definicja państwa wg. towarzysza Lenina jest ciągle aktualna: Państwo – aparat do systematycznego stosowania gwałtu i podporządkowywania ludzi gwałtowi.

Dobrze, a co raport NIK mówi dokładniej? W dwóch zdaniach można powiedzieć tak: dzikich wysypisk zamiast ubywać, przybywa. Natomiast firmy odbierające odpady podnoszą ceny, samorządy mają nadwyżki, a opłaty dla mieszkańców nie maleją. Co o pierwszym problemie napisał NIK?

Otóż okazało się, że dzikie wysypiska powstawały w ponad 60 proc. skontrolowanych przez NIK gmin. – Co gorsza, ich liczba zamiast spadać rośnie: na koniec 2013 r. w kontrolowanych gminach było ich 894, a we wrześniu 2014 r. już 1452, czyli o ponad 60 proc. więcej. Tendencję wzrostową potwierdzają dane GUS oraz Ministerstwa Środowiska – czytamy. NIK zwraca uwagę, że większość gmin likwiduje dzikie wysypiska na bieżąco, ale szybko powstają nowe. W raporcie wskazano m.in. sytuację w Radomiu, gdzie dzikie wysypiska powstawały w trzech miejscach objętych monitoringiem straży miejskiej. Dzikim wysypiskom sprzyjają też zaniedbania gmin związane z obowiązkiem tworzenia stacjonarnych punktów selektywnego zbierania odpadów komunalnych tzw. PSZOK-i. W tym momencie pozwolę sobie na małą prywatę – gmina, w której mieszkam (gmina Odolanów) również nie ma PSZOK-u na swoim terytorium, mimo że jest to obowiązek ustawowy. Mieszkańcy tej gminy zmuszeni są wywozić odpady problemowe do punktu znajdującego się w mieście powiatowym, oddalonym nawet 25 km od ich miejsca zamieszkania. Nie jest to normalna sytuacja, ale koszt wybudowania PSZOK-u (np. w Odolanowie wg projektu ma wynieść ok. 1 mln zł) jest duży w stosunku do budżetu gmin i gminy są bardziej ofiarami niż winowajcami obecnego stanu rzeczy. Bogate gminy stać na wybudowanie specjalnych punktów zbiórki odpadów problemów, a te biedniejsze niestety nie.

Jeśli chodzi o drugi główny wniosek z raportu NIK wynika, że aż 61% gmin wybrała formę rozliczania, w której płaci stałą cenę, niezależną od masy, struktury i ilości odpadów komunalnych firmą odbierających i zagospodarowujących odpady. W przypadku przeszacowania ilości odpadów tracą gminy, które płacą stałą cenę (ryczałt), firmy pobierają opłaty za śmieci, których nie wywożą, a koniec końców cały ciężar błędów spada na mieszkańców gmin. Wzrost kosztów usług odbioru śmieci komunalnych wpływa nie tylko przeszacowanie ilości odpadów na terenie gminy, ale i podwyżka cen przez firmy odbierające śmieci. Spośród 24 skontrolowanych gmin, w sześciu z nich miesięczne wynagrodzenie dla zwycięskiej firmy wzrosło w stosunku do ustalonego w poprzedniej umowie. W jednej z gmin wynagrodzenie dla firmy, która wygrała przetarg wzrosło aż o 172 proc. w stosunku po poprzedniej umowy. Ponadto ani jednej z 24 skontrolowanych gmin nie udało się zbilansować finansowania systemu gospodarowania odpadami – informuje NIK. Ponad połowa, 14 gmin odnotowała nadwyżkę dochodów nad wydatkami. Rekord padł w gminie Kraków, gdzie od właścicieli nieruchomości na gospodarowanie odpadami zebrano o ponad 73 mln zł więcej niż to faktycznie kosztowało (okres rozliczający obejmował 15 miesięcy). Pomimo oszczędności tylko w czterech skontrolowanych gminach zdecydowano się na obniżenie opłat z powodu nadwyżek.

Raport jasno dowodzi, że obecna ustawa śmieciowa nadaję się jedynie do kosza. Naturalnym efektem tak druzgocącego raportu powinno być rozpoczęcie dyskusji o kierunku reform w tej dziedzinie. Czy toczy się taka debata? Bynajmniej. Media wolą antagonizować społeczeństwo dyskusją o in vitro, a nie realnych problemach Polaków. W 2014 roku w Polsce dzięki metodzie in vitro urodziło się 214 dzieci, co obrazuje jak marginalny jest to problem, w porównaniu z tym,co dotyczy każdego z nas, czyli z segregacją i wywozem odpadów. 37 mln vs 214 – porównanie tych liczb wskazuje nam, że problem wywozu i segregacji śmieci jest ponad 170 tysięcy ważniejszy od in vitro. Gdy jednak porównamy ile razy w ciągu roku w naszym parlamencie mamy dyskusję o in vitro, a ile razy o reformie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach czujemy ogromny dysonans poznawczy.

Jan Czech – serwis kraJOWy

Skomentuj