CBOS, wykonało w listopadzie 2011 r. badania dotyczące wybierania posłów. Jak wynika z 969 wywiadów, 52,4% opowiada się za wybieraniem posłów w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW), gdzie posłem zostaje ten, który uzyska najwięcej głosów poparcia, 22,1% jest za obecnie stosowanym systemem wyborczym z wielomandatowymi okręgami wyborczymi i głosowaniem na partie, a 25,4% zadeklarowało opcję trudno powiedzieć [1].


Tak więc, gdyby dzisiaj Prezydent RP zarządził w tej sprawie referendum, idea JOW wygrałaby w sposób przygniatający. A co słychać w tej materii w samym Sejmie? No cóż, tam nie ma już żadnej partii, która miałaby w swoim programie zmianę obecnej ordynacji wyborczej na większościową z JOW. Wynika z tego, że polityka partyjna idzie w poprzek oczekiwaniom społeczeństwa. Obywatele sobie a partie sobie. Cóż takiego tkwi w idei JOW, że partie (czytaj zawsze: ich władze) unikają jej jak diabeł święconej wody?


 

Interes wszystkich partii

 

Powodem numer jeden oporu wobec JOW do sejmu jest niepewność reelekcji przez najważniejsze persony partyjne. Obecnie, jeśli jest się w dobrych relacjach z partyjnym bossem, który dobiera polityków do swojej drużyny, jak trener piłkarski zawodników, można być spokojnym o polityczny byt. Natomiast w JOW wszystko zależy od obywateli w okręgu wyborczym. Ta zależność poseł – wyborca, wymaga od polityka gigantycznej pracy obywatelskiej i największych kwalifikacji personalnych. To ciężki kawałek chleba, na który pracuje się latami, a już na pewno przez całą kadencję, z weekendami włącznie. Oceniam, że nie więcej niż 20 procent obecnych posłów utrzymałoby posadę posła w systemie wyborów jednomandatowych. W JOW należy poświęcić się polityce, stać się jej, wręcz świeckim księdzem.

 

Powodem numer dwa odrzucania JOW przez partie jest kłopotliwa konieczność zabiegania o najznakomitszych spośród znakomitych, bo tylko tacy mają zdolność do wygrywania tego jednego mandatu. A gdy już zwycięzca znajdzie się w sejmie, mordęgą jest przekonywanie każdego z osobna, do wspólnoty głosowania, które w obecnym systemie załatwia dyscyplina partyjna. Po co nam taka żmudna robota polityczna, za jakie grzechy mamy tak tyrać, jeśli można rządzić prościej – uważają partie. Ale prościej to nie znaczy efektywniej.

 

Dzięki obecnemu systemowi można dodatkowo łatwo zaskarbić przychylność międzynarodową, gdyż sądzić należy, że kraje stosujące JOW są zadowolone, że my tego systemu nie używamy. Aby coś z Polską załatwić, wystarczy przekonać partie, nie trzeba zabiegać aż o 231 posłów. USA i Wielka Brytania narzucając ostatnio Irakowi i Afganistanowi demokratyczny system wyborczy, a wcześniej po II wojnie Niemcom, Włochom i Japonii nie zrobiły tego na swoje podobieństwo, proponując JOW. Mocarstwa dla pokonanych zdecydowały o systemie wyborów tzw. proporcjonalnych, (czytaj zawsze: partyjnych), gdyż łatwiej jest wtedy sterować, czy choćby skutecznie wpływać na takie kraje.

 

 

Interes partii władzy

 

W przypadku Platformy Obywatelskiej, posiadającej realną władzę, ustanowienie JOW mogłoby stać się przyczyną jej utraty. Jak wykazał w swoich badaniach politolog, ekspert i dyrektor Międzynarodowej Fundacji Systemów Wyborczych, dr Michael Pinto-Duschinsky, w ciągu 50 lat od II wojny w czterech krajach (Wielka Brytania, Kanada, Indie, Nowa Zelandia) z modelem jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) rządzący zostali usunięci przez wyborców w 25 na 58 wyborów. Natomiast w czterech innych krajach (Niemcy, Włochy, Japonia, Szwajcaria) z systemem wyborów tzw. proporcjonalnych, podobnych w skutkach politycznych do naszego, główna partia rządząca, nigdy nie została odsunięta od władzy przez wyborców w rezultacie 54 wyborów [2]. Nie dziwię się Platformie, że z punku widzenia ich najważniejszego interesu, być u władzy jak najdłużej, ustanowienie JOW, działałaby wbrew temu celowi. Dziwię się natomiast opozycji, że nie dąży do JOW. Bez zmiany systemu wyborczego na JOW władzy w Polsce w dającej się przewidzieć przyszłości opozycja nie zdobędzie. Zaklęciami tego nie da się osiągnąć, trzeba uwierzyć nauce i doświadczeniom płynącym ze świata.

 

Trudno liczyć na nadzwyczajne wypadki polityczne, które mogłyby przenicować przedwyborcze sondaże, jak ostatnio na Węgrzech podsłuchana rozmowa premiera, który mówił bez ogródek, że oszukuje swoich obywateli, czy wcześniej w Hiszpanii w 2004 r., tragiczne zamachy kolejowe na kilka dni przed wyborami i mające już znaczenie historyczne (1933 r. w Niemczech), podpalenie Reichstagu na tydzień przed wyborami. Wówczas NSDAP zdyskontowało ten pożar najlepszym wynikiem wyborczym (44% poparcia i 288 miejsc w 647 osobowym parlamencie). Twarz fürera tygodnik „Time” umieścił nawet na okładce jako człowieka roku, który demokratycznie wygrał. Ciarki przechodzą po skórze, gdy pomyśli się, że obłąkanym i nawiedzonym grupom może przyjść do głowy, nawet bez wiedzy szefa partii, wywołanie podobnych, szokujących incydentów politycznych. Tak na marginesie, wszystkie te przypadki zdarzyły się w krajach, które stosowały podobne do naszego, systemy wyborcze. W jednomandatowym systemie wyborczym takie zdarzenia są bez znaczenia. W szkołach brytyjskich naucza się, że gdyby Niemcy miały JOW, żaden Hitler do władzy nigdy by nie doszedł.

 

 

Trochę historii

 

Zastanawiając się nad systemem wyborów jednomandatowych dla Polski, warto wspomnieć Charlesa de Gaulla, który w 1958 r., siłą swojego autorytetu wymusił (w ciągu 3 miesięcy) na parlamencie francuskim ustanowienie nowej konstytucji i jednomandatowej ordynacji wyborczej jako remedium na degrengoladę partyjnictwa politycznego, podobnego zresztą do naszego obecnego. Francja już jako V Republika politycznie odżyła, a ten wielki mąż stanu zasłużył sobie na pomniki, nawet w Polsce. Dla de Gaulla koncepcja wyborów większościowych do parlamentu jako warunek sine qua non naprawy spsiałej polityki, przyszła w sposób naturalny. Przez lata II wojny przebywając w Wielkiej Brytanii mógł osobiście porównać, Albion i Francję. Zróbmy to i my. Gdyby Winston Churchill, grzmiący z trybuny parlamentu i krytykujący swoją partię i rząd za brak przygotowań do wojny zm Hitlerem, robił to w naszym parlamencie, nigdy nie zostałby wpisany na listę wyborczą, a co dopiero mówić o nominacji na premiera. Z kolei, samouk Józef Piłsudski wiedzy de Gaulla nie posiadał i partyjnictwo leczył Berezą Kartuską, niestety bez rezultatów.

 

30 lat temu, 10 milionów Polaków wypełniło deklarację przystąpienia do Solidarności, spełniającej wówczas rolę opozycji. Czuliśmy podskórnie, że teraz nie ONI, a MY będziemy zarządzać Polską, że fundamentem zmiany będzie wolność od dominacji, obywatelskość, sprawiedliwe prawa, równość, no i oczywiście wolne wybory. Niestety, nie zastanawiano się co ma się kryć pod słowami wolne wybory. Czy mają to być wybory tzw. proporcjonalne, polegające na głosowaniu na partie, czy może lepiej wybory większościowe, czyli wybieranie człowieka w jednomandatowych okręgach wyborczych. O kształcie wyborów zadecydowali politycy przy Okrągłym Stole. Do dzisiaj przez ponad 20 lat, jak pokazują badania M. Przywary z UW, system wyborczy do Sejmu ustalony po 1989 r. pozostaje w zasadzie niezmienny [3].

 

W 1989 r., tworząc nową jakość ekonomiczną i polityczną, nie mieliśmy żadnego problemu ze zmianą gospodarki z centralnie sterowanej na rynkową, nastąpiła z pełnym przyzwoleniem społecznym. Każdy wiedział, że motorem postępu ekonomicznego jest najzwyklejsza w świecie konkurencja. To ona wypiera tandetę pozostawiając to, co najlepsze. A co z polityką? Niestety pozostała centralnie sterowana. Nie została oddana w ręce obywateli, którzy jak klienci w gospodarce rynkowej, decydowaliby o tym, który towar polityczny jest OK, a który bublem. Gwarantem takiego stanu politycznego, została konstytucja z 1997 r., a dokładnie jej art.96, p.2 określający nasze wybory przymiotnikiem proporcjonalne. Mało kto, wrzucając kartę referendalną za przyjęciem konstytucji zdawał sobie sprawę, że tym jednym słowem proporcjonalne, obywatel zostanie pozbawiony realnego wpływu na kształt władzy, pozostawiając, ten demokratyczny i obywatelski przywilej politykom partyjnym, pochodzącym de facto z doboru partyjnego a nie z powszechnego wyboru. Podczas debaty konstytucyjnej głos posła Wojciecha Błasiaka [4] wzywający do skreślenia słowa proporcjonalne nie znalazł większości.

 

 

Partyjny trik mieszany

 

Sen z powiek wszystkich partii, a szczególnie rządzącej, spędza obecnie myśl, że lud w każdej chwili może się ocknąć i wzorem najstarszych i największych demokracji świata zażądać na ich podobieństwo JOW. Partie, aby uprzedzić ten obywatelski ruch postanowiły wykonać woltę godząc się na tzw. ordynację mieszaną. Wprawdzie Platforma Obywatelska na str.68 swojego programu zamieściła informacje, że pozostaje zwolennikiem jednomandatowych okręgów wyborczych także do Sejmu, ale nie zapisała czy w 100 procentach? To wybieg, mający zająć przestrzeń polityczną, na wypadek gdyby inna partia chciała wykorzystać tę, jakże obywatelską ideę, do zjednania wyborców. Niezwykle trafnie, aczkolwiek obrzydliwie, ujął tę zagrywkę programową, jeden z czołowych polityków PO, usunięty już z tej partii, mówiąc – obsikaliśmy ten temat. W grudniu 2009 r. Donald Tusk zaproponował Polsce ordynację mieszaną. Szczegółów na razie nie znamy, być może PO zechce skorzystać z pomysłu PiS, autorstwa Ludwika Dorna, który przedstawiając go w Sejmie w 2007 r. odwoływał się do wzoru niemieckiego, czyli ordynacji pół na pół, polegającej na wybieraniu połowy posłów w głosowaniu na partie, a połowy w okręgach jednomandatowych. Proponując ordynację mieszaną Platforma tym sposobem próbuje makiawelicznie niewprowadzenia JOW pod pozorem jego wprowadzenia. Bo, czy taka ordynacja mieszana stworzy nową, obywatelską (zgodną z nazwą partii), jakość demokracji? Absolutnie nie.

 

Przypatrzmy się, jak ten system reprezentacji działa w Niemczech, stosującą właśnie ordynację mieszaną. Otóż Niemcy w wyborach dysponują 2 głosami. Głos drugi oddają na partie, a pierwszy na kandydata w okręgu jednomandatowym. Z pozoru całkiem do rzeczy: można wybrać partie i dodatkowo człowieka. A jak jest w rzeczywistości? Wyborca niemiecki przy urnie, głos drugi oddaje na partie, a głos pierwszy… również na partie. Wybiera spośród kandydatów w okręgu jednomandatowym symbol partyjny i stawia przy nim krzyżyk wyborczy. Partie partie uber alles. Tak czyni 90% wyborców [5].

 

Czy my Polacy, po wprowadzeniu systemu wyborczego na wzór niemiecki zachowywalibyśmy się inaczej niż Niemcy? Nic z tych rzeczy. Podczas wyborów, 2005 r., czy 2007 r. wybieraliśmy według podobnego mechanizmu. W pierwszym głosie, do sejmu, wybieraliśmy partie, a w drugim głosie, personalnym, do senatu ….również partie. Szukaliśmy przy nazwisku kandydata symbolu partyjnego PiS lub PO i stawialiśmy krzyżyk.

 

Ostatnie wybory 2011 r., w których mieliśmy klasyczne JOW do senatu, wręcz namacalnie potwierdziły partyjne zachowania wyborcze. Jeżeli w tym samym momencie wyborczym wyborcy używają dwóch nieprzystających, co do celów, systemów wyborczych, większościowego i proporcjonalnego, priorytet zachowań wyborców uzyskują partie. Gdyby wybory do Sejmu i Senatu odbywały się tylko w JOW wyborcy postępowaliby tak, jak na przykład obywatele w USA, gdzie wybory do kongresu i senatu odbywają się w tej samej, jednomandatowej technice. Wybierany jest wtedy w pierwszej preferencji decyzyjnej człowiek, a sukces wyborczy partii pojawia się w drugiej przymiarce, jako suma zwycięstw indywidualnych. Zawodowi znawcy, przedmiotu, wiedzą o tym bardzo dobrze i chcąc utrwalić partyjne przełożenia wyborcze proponują niby nową ordynację wyborczą.

 

I tu jesteśmy w domu. Ordynacja mieszana, to jest właśnie to, o co zabiegają cyniczni gracze polityczni, bo mają w tym swój partyjny interes. To nie jest interes Polski i Polaków. Gdyby, taka ordynacja została u nas uchwalona, wszystkie złe cechy demokracji partyjnej zostałyby zachowane. Pozostałyby koalicje, przesilenia, haki, afery i grupy trzymające władzę. Można by dalej, w niby nowym politycznym świecie, kręcić, przekręcać, wpływać, dzielić – czyli rządzić po staremu. Gdy słyszę ordynacja mieszana to wiem, że chodzi o mieszanie ludziom w głowach, aby oprócz nazwy nic się nie zmieniło na lepsze.

 

 

Ordynacja mieszana

 

Współczesna nauka przedmiotu, ze względu na polityczne skutki wyborcze klasyfikuje ordynacje mieszane do – stricte systemu proporcjonalnego. Ten system jest mieszany tylko dla polityków. Jacek Haman z Instytutu Socjologii UW tak kończy swoją ocenę niemieckiej ordynacji W praktyce jest to (…) ordynacja proporcjonalna (….) Mamy do czynienia z ordynacją znacznie bardziej proporcjonalną niż na przykład polska ordynacja wyborcza do Sejmu z 1993 r.(….) można tu zatem mówić wręcz o systemie, w który wbudowane są elementy manipulacji wyborcami. Pozorny jest wpływ wyborców na personalną, a nie tylko partyjną obsadę mandatów [6]. Robert Newland wybitny znawca systemów wyborczych zarzuca niemieckiemu systemowi wręcz perwersyjność [7], a niemiecki autor najpopularniejszego podręcznika o systemach wyborczych i systemach partyjnych (4wydania) Dieter Nohlen stwierdza autorytatywnie: System wyborczy Republiki Federalnej jest systemem wyborów proporcjonalnych, zarówno pod względem swojej konstrukcji jak i wyników. Pojęcie „personalizowane” wybory proporcjonalne dobrze je określa. To są wybory proporcjonalne. Wmontowanie elementów wyborów personalnych nie zmienia tu niczego [8]. Badacz ordynacji wyborczych z Instytutu Studiów Politycznych PAN prof. Radosław Markowski stwierdza, współczesne ordynacje mieszane klasyfikuje się w politologii jako odmianę proporcjonalnych [9].

 

Jeżeli chcemy budować uczciwe i praworządne państwo, musimy odrzucić pomysł ordynacji mieszanej. Dla dobra demokracji nad politykiem, musi cały czas wisieć bicz wyborców, aby przypominał wybranemu reprezentantowi, komu tak naprawdę służy. Jeżeli będziemy korzystać z ordynacji wyborczej proporcjonalnej lub jej dowolnej mutacji, choćby i mieszanej, politycy będą w pierwszej kolejności zależeć od partii. Jeżeli zastosujemy jednomandatowe okręgi wyborcze w 100 procentach, wybrani posłowie będą służebni wobec swoich wyborców. Tak dzieje się na świecie, żadnej Ameryki nie odkrywam. Po zastosowaniu ordynacji wyborczej pół na pół politycy przed ludem pozostaną nadal bezkarni. Ustanawiając taką ordynację sejm zignorowałby wolę obywateli opowiadających się w swojej większości za JOW. Zachowałby się jak przysłowiowy stryjek zmieniający siekierkę na kijek.

 

 

Prezydent RP a JOW

 

W obecnym kształcie politycznym trudno liczyć, że sejm, sam z siebie, mógłby dokonać zmiany systemu wyborczego. Musiałby zostać na przykład przymuszony przez obywateli i Prezydenta Rzeczypospolitej, który dysponuje do tego celu odpowiednimi, konstytucyjnymi narzędziami.

 

Lech Wałęsa, na podobieństwo Józefa Piłsudskiego o JOW nawet nie myślał. Z kolei Aleksander Kwaśniewski w lutym 2004 r., składając w Sejmie projekt JOW do senatu, miał pecha, gdyż złożył go13, a do tego w piątek, więc pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Po 7 latach PO, po podrasowaniu, wprowadziła go w czyn jako swój. Lech Kaczyński niestety nie doczekał, a kto wie, czy nie podjąłby tego tematu, mimo iż deklarował się przeciwnikiem JOW. Był otwarty na debatę.

 

Teraz Prezydent Bronisław Komorowski stoi przed realną szansą, obywatelskiej zmiany ustrojowej, na miarę prawdziwej IV Rzeczypospolitej. Moment polityczny jest dla Pana Prezydenta wręcz komfortowy. Zarządzenie referendum za zmianą techniki wyborczej do sejmu, powinno łatwo uzyskać zgodę senatu. Platforma nie miałaby jak się wykręcić od poparcia (zebrała przecież w tej sprawie 750 000 podpisów), a PiS jeśli naprawdę myśli o przejęciu władzy, pierwszy powinien przyklasnąć tej inicjatywie. Natomiast ludzie udający się do referendum i mający pogląd za lub przeciw JOW , bez względu jaką opcję polityczną popierają, jak wykazały badania CBOS, w miażdżącej przewadze (70 : 30) powiedzieliby TAK DLA JOW [10].

 

Tak więc, Prezydent RP, który zainicjuje system JOW do sejmu, ma szansę naprawić polską politykę i przekształcić polski parlament na instytucję dostojną, szacowną i przewidywalną a samemu  przejść do historii i zasłużyć u potomnych na pomnik. Ale, czy skorzysta z tej niepowtarzalnej historycznej szansy?

 

Warszawa, listopad 2011

 

Mariusz Wis – Centrum Rozwoju Demokracji im. Jamesa Madisona

 

 




[1]  Fundacja im. J. Madisona, Wyniki badania ilościowego, CBOS, Warszawa, listopad 2011

[2]  M.Pinto-Duchinsky, Jak Pozbyć się złego rządu? Wady systemu proporcjonalnego i zalety modeli westminsterskiego, [w:] Nowa ordynacja wyborcza: zmiana czy trwałość? (red) A. Wołek, Warszawa 1999, s.39

[3]  M. Przywara, System wyborczy do Sejmu i do Senatu RP po 1989 roku – ciągłość i zmiany, praca doktorska. Uniwersytet Warszawski, WD i NP, Warszawa 2010

[4]  W. Błasiak, Wystąpienie przed Zgromadzeniem Narodowym 25 lutego 1997 r., [w:] R. Lazarowicz, J. Przystawa (red.), Otwarta księga. O jednomandatowe okręgi wyborcze, Wrocław 1999, s.236 i n

[5]  J. Haman, Demokracja, decyzje, wybory, Warszawa 2003, s.190

[6]  ibid. s. 190, 192

[7]  ibid. s.195

[8]  D. Nohlen, Prawo wyborcze i system partyjny. O teorii systemów wyborczych, Warszawa 2004, s.341

[9]  R. Markowski, Ordynacyjny fetysz, „Rzeczpospolita” 2.08.2004

[10]  Fundacja im. J. Madisona, Wyniki badania ilościowego, CBOS, Warszawa, listopad 2011: Podział wśród deklarujących poglądy polityczne i opowiadający się za JOW przedstawiał się następująco: lewica – 60%, centrum – 61%, prawica – 58%

 

 

 

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.