Nasza scena polityczna dawno już przekroczyła granice absurdu. Ciągle powtarza się nam głupoty, jaką to dojrzałą demokracją jesteśmy (o czym ma świadczyć frekwencja w wyborach) i jak to w naturalny sposób zbliżamy się do systemu dwupartyjnego (co mają sugerować wyniki głównych partii politycznych).


Przyrównuje się nas do legendarnego Zachodu. Te porównania mają jednak tyle samo sensu, co sugerowanie, że jesteśmy krajem wysoko rozwiniętym, bo mamy niż demograficzny, podobnie jak większość państw Europy. Kraj rozwinięty jest równie głupim pojęciem, co określenie dojrzała demokracja. Wybieganie myślami w przyszłość maksymalnie o pół roku, kiedy to będzie premiera najnowszego modelu telefonu, tabletu, czy komputera, zamiast myślenia o dalszej przyszłości, gdy będzie się człowiekiem starszym, potrzebującym pomocy młodych, nazwałbym raczej regresem, a nie rozwojem umysłowym ludzi. Podobnie też niechęć do uczestniczenia w wyborach uważam za początek końca demokracji, a nie za jej dojrzałe stadium rozwoju. Trzeba jasno zaznaczyć, że poziom życia i demokracja u nas i na Zachodzie są diametralnie różne.

 

Światowej sławy filozof, José Ortega y Gasset, dawno już napisał, że zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Właśnie to zdanie jest kluczowe do zrozumienia różnicy między prawdziwym systemem dwupartyjnym, a czymś, z czym mamy do czynienia w Polsce. W większości krajów Zachodniej Europy mamy mieszaną ordynację wyborczą, w Holandii większościową z ogólnokrajową listą, we Francji i Anglii system większościowy z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, a u nas – ordynację proporcjonalną. Zgodnie z prawem Duvergera system dwupartyjny z wymieniającymi się wielkimi i niezależnymi partiami może powstać tylko wskutek wyborów większością względną. Innymi słowy, bez ordynacji takiej, jak w Anglii, Francji czy Ameryce powstanie tylko karykatura systemu dwupartyjnego. Prawo Duvergera mówi o podziale na lewicę i prawicę, podczas gdy PiS i PO to praktycznie to samo, z tym że jedna strona kładzie większy nacisk na chrześcijaństwo, a druga na Europę. Jak to zauważył Rafał Ziemkiewicz w książce Myśli nowoczesnego endeka zamiast lewicy i prawicy mamy w Polsce mafię oraz sektę.

 

Połowa Polaków zwyczajnie straciła wiarę w to, że wybory mogą coś zmienić. Żeby dojść do takich wniosków wystarczy w sumie zauważyć, że od Okrągłego Stołu mamy praktycznie cały czas tę samą ekipę rządzącą i jest to skutek właśnie systemu wyborczego. Takiego, w którym niby każdy Polak ma bierne prawo wyborcze, ale tak naprawdę można dostać się do Sejmu tylko z ramienia jednej z największych partii politycznych, które są największe dzięki pieniądzom z budżetu państwa. Ludzie nie mają więc narzędzi kontroli władzy. Nadzieję na zmiany budzą jedynie sondaże przeprowadzane na grupach między 18 a 24 rokiem życia. Młodzi ludzie, którzy mają jeszcze entuzjazm i czerpią wiedzę głównie z Internetu, nie dają się tak łatwo manipulować największym i ich głosy rozdzielają się w klasyczny sposób – na lewą i prawą stronę sceny politycznej. Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez MillwardBrown w tej grupie wiekowej Ruch Narodowy, gdyby zdecydował się zostać partią polityczną, mógłby liczyć nawet na trzydziestoprocentowe poparcie.

 

Niechęć młodych do obecnych elit jest na tyle widoczna, że wymusza ona na nich podjęcie działań. PO rozpoczęło więc przygotowywanie projektu nowej ordynacji wyborczej. Po zmianach mielibyśmy ledwo sześć okręgów i dziesięcioprocentowy próg wyborczy. Póki co taki system miałby dotyczyć tylko wyborów do Europarlamentu, ale już widać, że pociągnąłby on za sobą zwiększenie partyjniactwa i utrwalenie obecnego podziału politycznego na mafię i sektę. Byłby więc na rękę głównym partiom i prawdopodobnie w przyszłości zmiany dotyczyłyby także wprowadzenia nowej ordynacji w wyborach do Sejmu RP.

 

Jak tymczasem skutkowałoby pójście w stronę przeciwną, w kierunku rozdrobnienia obszarów, z których wybieramy posłów? Otóż wprowadzenie 460 jednomandatowych okręgów oznaczałoby koniec partyjniactwa. Każdy okręg liczyłby ok. 80 tyś. obywateli, więc duże szanse mieliby ludzie znani w swoim środowisku. Na takim obszarze koszty prowadzenia kampanii byłyby również kilkukrotnie niższe, niż obecnie, więc finansowanie z budżetu nie grałoby aż tak kluczowej roli. Zniknąłby także problem ogólnopolskich progów wyborczych. Narodowcy, którzy należą do najaktywniejszych działaczy lokalnych, mieliby więc spore szanse na wejście do Sejmu. Nawet szary obywatel kojarzy przynajmniej kilku, najczęściej przemawiających na różnego rodzaju pikietach i manifestacjach nacjonalistów. Partie bałyby się więc wystawiać swoich ludzi w jednym okręgu z takimi kandydatami, bo skutkowałoby to wzajemnym odbieraniem sobie głosów. O wiele korzystniejsze w takiej sytuacji byłoby porozumienie, które nieuchronnie by nastąpiło i to jeszcze przed wyborami. Na tej samej zasadzie jeszcze przed głosowaniem powstałyby koalicje, które z czasem przerodziłyby się w dwie, skrajne względem siebie partie polityczne. Lewica i prawica nigdy bowiem nie zaczną się dogadywać w sprawie startowania tylko z określonych okręgów wyborczych, bo każda z nich będzie widziała szanse na zwycięstwo, a wygrany w ordynacji większościowej bierze wszystko. Mielibyśmy więc do czynienia z parą sił, skierowanych przeciwnie, a w wyborach decydowalibyśmy o tym która siła ma przejąć stery w państwie. Dopiero po dojściu do władzy jednej ze stron, poszczególne składowe partii (np. po prawicy: narodowcy, konserwatyści, przedstawiciele chrześcijańskiej-demokracji itd.) zaczęłyby się wyodrębniać i porozumiewać w kwestii szczegółów brzmienia poszczególnych ustaw.

 

Podsumowując, obecne partie polityczne są tworami sztucznymi, utworzonymi w sposób odgórny, przez ich szefów, a przy życiu trzyma je tylko głupia ordynacja wyborcza i system finansowania z budżetu państwa. Coraz więcej obywateli budzi się jednak z odrętwienia i zaczyna się sprzeciwiać rządzącym, co powoduje ich paniczną reakcję i próby ratowania się zmianą systemu wyborczego. Powstaje jednak nowy, oddolny ruch, który ma szansę zaistnieć niezależnie od panującej ordynacji. Jego siła tkwi w tym, że – podobnie jak partie polityczne w systemie większościowym – stawia on sobie przed oczami główny cel, a dopiero po jego osiągnięciu poszczególne składowe frakcje, będą się dzielić i porozumiewać w sprawie mniej istotnych szczegółów. Nie wolno więc dopuścić do tego, żeby Ruch Narodowy podzielił się przed osiągnięciem stawianych sobie celów. Trzymajmy się razem w walce o Wielką Polskę.

 

 

* Artykuł Mateusza Chrzonstowskiego ukazał się na portalu patriana.pl

 

 

Dyskusja - 1 komentarz
  1. Mariusz Szachnowski

    07. Lut 2013,  godz. 11:35

    Tylko jeszcze na przedsiębiorców można liczyć na wprowadzenie demokracji w Polsce. Są definiowalni.

    Natomiast ruch narodowy to iluzja bo liczy na tłum, a tłum może ponieść w nieprzewidzianą stronę…

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.