/Świat równoległy

Świat równoległy


Anna Grodzka nigdy nie byłaby kandydatką na Marszałka Sejmu, gdyby w wyborach do parlamentu obowiązywały jednomandatowe okręgi wyborcze, bo nigdy by nie została posłanką.


W ostatnim programie Tomasza Lisa Anna Grodzka wyraziła swoje przekonanie, że sprawę związków partnerskich już wygrano w społeczeństwie i że teraz pozostaje tylko do rozstrzygnięcia, jak społeczeństwo powinno poradzić sobie z politykami.


Zapomina, że swój mandat zawdzięcza nie tyle samym wyborcom, co polskiej proporcjonalnej ordynacji. Startując np. w Wielkiej Brytanii, gdzie obowiązują jednomandatowe okręgi wyborcze, w bezpośrednich kontaktach z obywatelami musiałaby przekonać do swojej osoby przynajmniej kilkanaście tysięcy ludzi. Wygrać kilka debat, porozmawiać z setkami mieszkańców z sąsiedztwa. Podczas tych spotkań i rozmów pojawiłby się temat transseksualizmu, to oczywiste. Z tą jednak istotną różnicą, że w racjonalnej proporcji. Podobnie jak Polacy, Brytyjczycy pytaliby częściej o miejsca pracy, o plany modernizacji dróg lokalnych, o sprawność sądów, o kolej, szkoły i służbę zdrowia. Nie znamy żadnej konkretnej wypowiedzi Anny Grodzkiej w tych kwestiach. Właśnie dlatego byłaby skazana na porażkę. Wcale nie z powodu swojej orientacji czy brytyjskiej homofonii, a dlatego, że nie sposób zdobyć nominację ignorując realne problemy tych, którzy wybierają.


Pierwszą transseksualną parlamentarzystką była Georgina Beyer. Zdobyła mandat Izby Reprezentantów w Nowej Zelandii zaraz po tym, jak obowiązującą większościową ordynację zmieniono na mieszaną. I to właśnie dzięki tzw. liście krajowej została wybrana.


Kolejny taki przypadek zdarzył się we Włoszech, gdzie Vladimir Luxuria zdobył mandat do włoskiego Parlamentu startując z listy komunistów, określając się jako ani mężczyzna, ani kobieta. We Włoszech obowiązuje ordynacja proporcjonalna.


Kiedy George W. Bush odwiedzał w 2003 roku Tony’ego Blaira w jego okręgu, nie robił tego z czystej kurtuazji. On się realnie liczył z wyborcami, jak warto podkreślić, nie swojego kraju. Wiedział, że jeżeli Blair przegra w Sedgefield z konserwatystą Alem Lockwoodem, to nie zostanie członkiem parlamentu. Jeżeli tak, to nie zostanie także szefem partii, a to uniemożliwi mu pozostanie na fotelu premiera. A wtedy nie będą mogli wspólnie dokończyć swojego dzieła w Iraku i Afganistanie. Dlatego głosujący mogli mieć realne poczucie, że wpływają nie tylko na losy swojego państwa, ale i świata.


W ordynacji większościowej najważniejsza jest rozmowa i bezpośredni kontakt ze zwykłymi ludźmi. Trzeba wykazać się wiedzą, charyzmą, przekonać, wytłumaczyć, a gdy się czegoś nie wie – to sprawdzić i oddzwonić do zadającego pytanie. W żadnym wypadku nie wystarczy specjalizować się w tematyce dotyczącej jednego promila populacji i jedynie spoglądać z ulicznych billboardów, czas kampanii przeznaczając na celebrowanie biorącego miejsca na liście.


Dzisiaj w naszym kraju zbyt wiele poselskich foteli zostaje obsadzonych, zanim jakakolwiek karta wpadnie do urny, a nawet zanim rozpocznie się kampania wyborcza. Efekty widać gołym okiem. – Ale tylko ordynacja proporcjonalna, w przeciwieństwie do większościowej, pozwala na realizację i ochronę praw mniejszości! – odezwą się znowu głosy. Tylko że w jednomandatowej Wielkiej Brytanii związki partnerskie są zalegalizowane od 2005 roku, a w polskim proporcjonalnym Sejmie wszystkie projekty trafiły do kosza.

 


* Artykuł Artura Heliaka ukazał się w tygodniku "Uważam Rze", 25 lutego 2013


About Artur Heliak

wrocławianin, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego; jeden z liderów akcji zmieleni.pl, Koordynator ds. PR i Mediów Ruchu JOW; trzy lata spędził w Londynie, gdzie z bliska zapoznał się z tematyką polskiej emigracji i funkcjonowaniem państwa opartego o jednomandatowe okręgi wyborcze; publikował m.in. w tygodniku "Uważam Rze" oraz w "Rzeczpospolitej"