Wybory do Senatu udowodniły, że nikt nie głosuje na ludzi, a na partie.
Do Senatu nie dostał się żaden niezależny kandydat, zdecydowana większość z list partyjnych, a trzech pozostałych z lokalnego silnego układu, który w normalnym państwie również przybrałby formę partii politycznej. Co zabawne, w obecnych wyborach, do senatu weszło mniej kandydatów pozorujących się na niezależnych (trzech), niż w poprzednich (pięciu w 2005 r.)!
Rezultat przewidziałem zresztą w poprzednim wpisie: http://www.jow.pl/blog/sergiusz/realia-jow.html
JOW to fikcja, partie zawsze będą miały środki i narzędzia do ogłupiania wyborców, gdyż wybory wygrywa ten, kto ma telewizję i pieniądze na billboardy. Niezależni kandydaci ich po prostu nie mają.
Nie jestem zresztą jedynym, który realnie ocenia klęskę JOW: http://wybory.gazeta.pl/wyboryparlamentarne/1,118281,10460365,Fiasko_JOW_ow___Nie_mialem_tajemnej_wiedzy__To_bylo.html
Pamiętaj, starasz się o JOW – marnujesz swój czas i naganiasz wyborców najsilniejszym partiom politycznym.
- Spodziewana klapa JOW jest teraz faktem - 13 października 2011
- Realia JOW - 31 sierpnia 2011
Wybory dowiodły siły JOW. Fikcja to system proporcjonalny. Do Senatu dostali się ludzie popularni w danych okręgach których partie zapraszały do siebie z racji ich lokalnej popularności. Partyjniacy wysłani z góry do danego okręgu (jak np. Romaszewski) nie dostali się! – dlatego właśnie PIS przegrał batalię o Senat ponieważ J.K. inwestował w 'lojalnych’, jak ww. ex-senator, zamiast w osoby popularne w danym regionie. Dlatego JOW sprawdziło się w wyborach do Senatu i potwierdziło swoją wyższą wartość wobec systemu wielosobowych list partyjnych, poprzez fakt że wymusiło elastyczność od partii w promowaniu i inwestowaniu w kandydatów naturalnie popularnych w danych okręgach, a nie w tych których jedyną zasługą była wiernopoddańczość wobec lidera. Platforma zrozumiała ten mechanizm, częściej wybierała tę strategię, dlatego też wygrała w Senacie w tak znaczącym stopniu. JOW wygrywa.
Już drugiej osobie w ostatnim okresie legł w gruzach mit o jow-ach (po Krzysztofie Leskim). Być może ta choroba dotknęła i więcej osób. Ponieważ jow-y tam, gdzie są trzymają się dobrze – przypomnę majowe Anglików YES dla FPTP – zatem jakiś błąd wkrada się do rozumowania wyznawców owej mitologii.
A błąd zasadniczy tkwi w naruszonej zasadzie jow-owskiej, którą my księgowi nazywamy „o wyższości treści nad formą”. A treścią jow-ów, naczelną zasadą, jest rzeczywisty wpływ wyborcy na jakość wybieranych posłów przy towarzyszącym warunku nie wykluczania ze współzawodnictwa żadnego wyborcy.
Nie trzeba dużego wysiłku aby dowieść, że wraz ze wzrostem wielkości okręgów maleje efekt (treść) jaki dają jow-y.
Konkluzja jest oto taka, że jow-y są wtedy, gdy okręg wyborczy jest jak najmniejszy. W przypadku niższej izby parlamentu będzie to liczba 460 (Albion ma 650). Senat to twór sztuczny, taka sobie izba lordów z małymi kompetencjami i jaka będzie forma wybierania jest rzeczą wtórną. PRL był tutaj bardziej praktyczny nie tworząc fikcji czyli senatu. Praktyczni i tradycyjni Anglicy mają ją dla odmiany dziedziczną.
Ciągnąc akademickie rozważania można by silić się na udowodnienie, że zasada jow zrównała by się z zasadą proporcjonalności przy np. 4.600 okręgach lub nawet więcej. Ale czy w takiej sytuacji budżet państwa by wytrzymał?