Źródło: "POLSKA The Times" z 10.06.2009

Wątpliwej sławy tyran Józef Stalin powiedział kiedyś, że ci, którzy liczą głosy wyborców, decydują o wszystkim. Z polskiego doświadczenia tę smutną prawdę możemy zmodyfikować, dopowiadając, że o wyniku wyborów decydują ci, którzy układają listy kandydatów. Do nich należą liderzy partii.

I to oni posiadają niekonstytucyjne prawa de facto decydowania o wyniku wyborów (bo najbardziej liczą się jedynki na listach). To nie jest nowość w polskich wyborach. Ale tak znowu się działo podczas ostatnich eurowyborów odbywających się na zasadach ordynacji proporcjonalnej.

Narzekania niektórych polityków (w tym Aleksandra Kwaśniewskiego, który do Konstytucji RP przecież wpisał "proporcjonalność") świadczą o tym, że być może nadeszło otrzeźwienie. Ale warto zauważyć, że ordynacja do europarlamentu nie różni się prawie od sejmowej. Tej, której politycy bronią bardziej niż niepodległości.

Tak jak prezydent Lech Kaczyński, który raczył oznajmić dwa lata temu, że "że jeśli powstanie ordynacja większościowa do parlamentu, to spotka się to z jego wetem". Bowiem jak wyjaśnił "to dobry sposób na wyłanianie władzy, ale on nie ma nic wspólnego z demokracją".

Ciekawe, czy na takie stwierdzenie pozwoliłby sobie w USA, Kanadzie, W. Brytanii i innych najbogatszych krajach świata, które takimi się stały m.in. dzięki ustrojowi opartemu również na ordynacji większościowej. Prezydent ostatnio dodał, że nie zgodzi się na jednomandatowe okręgi wyborcze, nawet jeśli brat będzie błagał na kolanach. Ale długo by na to czekać.

Na razie ów brat zamiast wykorzystać siłę poparcia Zbigniewa Ziobry, bezpardonowo go niszczy. Bo wie, że ma absolutną władzę. Jak długo jeszcze? Zastanawiam się, jak niska musi być frekwencja, by ten skandal uprzywilejowania liderów partyjnych musiał się skończyć.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.