/Senat, Anglia i USA a sprawa polska

Senat, Anglia i USA a sprawa polska

W wielu miejscach rozpętała się dyskusja na temat mojej krótkiej analizy błędów metodologicznych w krytyce JOW-ów – m.in. na stronie serwisu Racjonalista.pl (521 lajków i 220 udostępnień! nieźle!) pojawiły się też głosy krytyczne, odwołujące się do teorii „zabójstwa demokracji” poprzez umocnienia partii PO i PiS, czego dowodem miały być wyniki jednomandatowych wyborów do polskiego senatu oraz wyniki wyborów na wyspach brytyjskich czy w Stanach Zjednoczonych. Pozornie, są to argumenty racjonalne – ale tylko pozornie! Otóż:

W wyborach do senatu 4 mandaty (4%) zdobyli kandydaci niezależni, natomiast kandydatów niezależnych było kilka razy więcej niż partyjnych. Natomiast w porównywalnych wyborach do Sejmu bezpartyjnych kandydatów było… 0%. Podobnie bezpartyjny poseł nie oznacza kandydata niezależnego, a jedynie takiego, którego z jakiegoś powodu wyrzucono z partii i tym samym przekreślono szansę na reelekcję (vide – Ziobro, Jan Maria Rokita, Piskorski, Poncyliusz, swego czasu Leszek Miller etc.). Pytanie – czy wolimy mieć szansę na przynajmniej kilka procent niezależnych posłów (mogących stanowić tzw. języczek u wagi decydujący często o utworzeniu rządu lub wyrażeniu wotum nieufności, czy 100% upartyjnienia? Te 4% oznaczałyby obecnie co najmniej 20 niezależnych posłów (uprawnionych do składania interpelacji poselskich, występowania w imieniu swych wyborców, przygotowywania projektów ustaw bez potrzeby zbierania milionów podpisów itp.), a obstawiam, że tak naprawdę lokalni liderzy mieliby szansę na co najmniej 50-75 mandatów poselskich, co stanowiłoby już znaczącą siłę polityczną.

Odnośnie doświadczeń anglosaskich – w pierwszej kolejności zwrócić trzeba uwagę na różnice kulturowe między USA i UK a Polską, co oznacza, że sztywne przeniesienie tamtejszych doświadczeń na grunt Polski nie będzie miarodajne (vide – monteskiuszowski „duch praw”), w drugiej na fakt, że amerykańskie „partie” nie są partiami w kontynentalnym, europejskim znaczeniu. To są luźne bloki polityczne wspierające się światopoglądowo, ale niejednokrotnie w celu wprowadzenia ustawy prowadzone są tam batalie o poparcie każdego jednostkowego parlamentarzysty z własnego i niekiedy też z wrogiego obozu, aż do uzyskania deklaracji poparcia 50% + 1. Wynika to z tego, że parlamentarzyści amerykańscy w pierwszej kolejności myślą o własnej reelekcji (jak moją decyzję ocenią MOI wyborcy? – spadochroniarz nie ma tam większej racji bytu), a dopiero w drugiej o dyscyplinie partyjnej, która wygląda tam zupełnie inaczej niż w Polsce. Jeśli podobnie wyglądałaby sytuacja w Polsce (dwa bloki polityczne z dużą niezależnością polityków forsujących projekty korzystne dla ich regionu) to logo partii stanie się mniej istotne, za to będzie naturalne (vide polski casus Dutkiewicza), że obie wiodące partie będą zabiegały z przyczyn prestiżowych o „oznaczenie” najmocniejszego lokalnego gracza swoimi barwami. Skoro i tak wygra wybory, to niech wygra jako NASZ! I tak to często wygląda w USA. Podobnie błędne jest podnoszone często porównanie sytuacji polskich JOW-ów do wyborów amerykańskiego prezydenta (wypowiadającego globalne wojny i decydującego o równie globalnej gospodarce). Tam w grę wchodzą inne istotne czynniki decydujące o starciu dwóch tylko opcji (Republikanie i Demokraci), w tym wielki przemysł i związki zawodowe oraz prywatne media o wiele potężniejsze od TVN i Polsatu. W Polsce demokracja nie wymaga aż tak wielkiego zaplecza finansowego nawet w przypadku prestiżowej kampanii prezydenckiej, stąd niedysponujący większymi środkami Paweł Kukiz demolujący potężne bloki partyjne.

I na koniec – TAK, WPROWADZENIE JOW-ÓW OCZYWIŚCIE NIE ZLIKWIDUJE PiS ani PO – ALE WCALE NIE O TO CHODZI! Dotychczasowe partie nadal zdobywać będą wiele mandatów, a loga partyjne będą niekiedy ustawiać kandydata na podium (z inną jednak wartością drugiego miejsca niż obecnie – dziś to pewny mandat posła). Nie ulega jednak wątpliwości, że to nie tylko partie promują konkretnych ludzi, ale i konkretni ludzie promują listy partyjne. Znaczną część społeczeństwa przyciągają głośne nazwiska, stąd popularni w Polsce „spadochroniarze” – czyli zrzucani na listy wyborcze na prowincji popularni politycy z Warszawy, bywalcy popularnych programów telewizyjnych, których zadaniem jest „pociągnięcie” listy i wprowadzenie kilku posłów z danego okręgu. W przypadku JOW-ów nie będzie to możliwe i spowoduje zapewne większą rotację w gronie parlamentarzystów (w pojedynku „gigantów” tylko jeden wejdzie do Sejmu, a pozostali odpadną, z kolei na prowincji będzie musiał się wybić albo ktoś nowy, albo zdominuje ją stary „zawodnik”, ale dobrze znany lokalnej społeczności – bez względu na jego przynależność partyjną).

Pozdrawiam wszystkich i polecam uwzględnienie powyższych argumentów w dyskusjach na temat JOW-ów.

Źródło: http://www.turalinski.pl/index.php/komentarze/97-senat-anglia-i-usa-a-sprawa-polska, 14 maja 2015

About Kazimierz Turaliński

autor książek prawno-ekonomicznych, wykładowca, ekspert ds. bezpieczeństwa i wywiadu gospodarczego