Prezydent podpisał ustawę o zmianach w regulacjach dotyczących wykonywania niektórych zawodów. Tym samym przesądzone zostało wejście w życie tzw. pierwszej transzy deregulacji.

Ustawa obejmuje 51 zawodów, w tym 4 stricte prawniczych (adwokata, radcy prawnego, notariusza i komornika) oraz m. in. syndyka, detektywa, taksówkarza, przewodnika turystycznego, pilota wycieczek. W ustawie deregulacyjnej brakuje zmian dotyczących zawodu, do którego dostępu szczególnie domagają się Polacy – zawodu polityka.

1000805_526829920705852_214890170_n

Sama idea nie budzi większych kontrowersji. Może poza samymi przedstawicielami korporacji, których zmiany dotyczą i którzy w większości niechętnie odnoszą się do proponowanych rozwiązań. Jako że diabeł tkwi w szczegółach, odrębną i znacznie bardziej kontrowersyjną kwestią jest konkretny kształt proponowanych rozwiązań.

Autor projektów, ówczesny minister sprawiedliwości poseł Jarosław Gowin komentując uchwalenie ustawy deregulacyjnej w kwietniu mówił: „Obalamy mur za którym korporacje zawodowe zazdrośnie strzegły swoich przywilejów”. Pojawia się w tym miejscu pytanie czy polscy posłowie zapomnieli o tym, że sami wykonują profesję, do której dostęp jest bardzo mocno ograniczony? Że ich polityczny byt zależy niemalże wyłącznie od woli partyjnego lidera?  Że sami tworzą zamkniętą korporację zawodową? O tym żaden z parlamentarzystów nie powiedział ani słowa. Nie pamiętają, czy nie chcą pamiętać? Naszym zdaniem deregulację, podobnie jak wszystkie ważne zmiany i reformy, należałoby zacząć od podstaw – od uwolnienia zawodu polityka. Warto w tym miejscu przytoczyć fragment uchwały Okręgowej Rady Adwokackiej w Katowicach podjętej w marcu 2012 r.: „Zawód polityka stał się zawodem zamkniętym dla aktywnych społecznie obywateli. Ukształtowany system partyjny skutecznie wyeliminował możliwość wpływu na rządy w państwie dla rzeszy osób niezwiązanych z kastą politycznych „celebrytów”, monopolizującą życie polityczne ostatniego dwudziestolecia.” Trudno nie zgodzić się z tym twierdzeniem, biorąc pod uwagę, że od pierwszych wolnych wyborów do Sejmu RP w mediach możemy oglądać i słuchać ciągle tych samych polityków głoszących coraz to nowe pomysły mające na celu uszczęśliwienie nas, obywateli.

Podstawowy problem związany z monopolizacją polskiej sceny politycznej związany jest z brakiem właściwej odpowiedzialności posłów przed wyborcami. Nie od obywateli bowiem, lecz wyłącznie od partyjnej elity, zależy polityczna kariera i przyszłość polskiego polityka. O tym kto dostanie się do Sejmu w praktyce decyduje partyjny lider układając listy wyborcze. Można zadać sobie pytanie, jak w takiej sytuacji rozliczyć kandydatów z ich obietnic i programów? Wydaje się to niestety niemożliwe, co wyraźnie pokazuje praktyka ostatnich dwudziestu lat.

Niewątpliwie zmiana ordynacji wyborczej z proporcjonalnej na większościową i wprowadzenie wyborów do Sejmu w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych nie jest panaceum na wszystkie problemy naszego kraju. Jest to jednak zmiana konieczna, która umożliwi kolejne reformy. Wydaje się bowiem, że jedynie JOWy umożliwiają prawdziwą i rzetelną weryfikację konkretnego kandydata przywracając jednocześnie rzeczywistą odpowiedzialność posłów przed wyborcami. Tylko poseł, za którego plecami nie stoi potężna, a jednocześnie całkowicie oderwana od obywateli struktura partyjna, tworząca swoistą grupę interesu, może być rzeczywistym przedstawicielem wyborców w parlamencie.

Warto także pamiętać, iż nawet wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, bez jednoczesnego uchwalenia odpowiednich zmian w przepisach prawnych, nie doprowadzi do pożądanych rezultatów. Najlepszym tego przykładem są wybory do Senatu z 2011 r., które przecież odbyły się w JOW-ach. Pomimo że są to wybory większościowe, to o żadnej równej swobodzie kandydowania nie może być mowy. Taka metoda jest całkowicie sprzeczna z tym, co postulujemy. Omawiane wybory odbyły się z wyraźnym uprzywilejowaniem kandydatów partyjnych. Kandydaci niezależni mogli rozpocząć zbieranie wymaganych 2000 podpisów poparcia dopiero po ogłoszeniu kalendarza wyborczego. Ponadto ograniczał ich limit wydatków w wysokości ok. 18 groszy na jednego wyborcę. Tymczasem kandydaci partyjni mogli zebrać wymagane podpisy poparcia jeszcze przed ogłoszeniem kalendarza wyborczego, co dawało im możliwość prowadzenia bardzo długiej kampanii. Jednocześnie mogli oni prowadzić kampanię wyborczą z limitem wydatków ok. 1 złotego na jednego wyborcę. Ta olbrzymia dysproporcja wynikała z tego, że ich komitety mogły wydać ok. 82 groszy na jednego wyborcę. Tylko dlatego, że zgłaszały równolegle kandydatów do Sejmu. W tym przypadku deregulacja musi polegać na wprowadzeniu równych szans startu tak dla kandydatów partyjnych, jak i niezależnych. Obecne rozwiązania mają więcej wspólnego z dumpingiem i systemem koncesji niż wolnym rynkiem.

Zasady wyborów do Sejmu RP, popierane przez Ruch Obywatelski na rzecz JOW, cechuje przede wszystkim równa dla wszystkich swoboda kandydowania. Ograniczona jest ona jedynie przedstawieniem listy z niewielką liczbą podpisów poparcia (10-15!) oraz wpłaceniem kaucji w wysokości ok. jednej średniej pensji, która byłaby zwracana, gdy kandydat uzyska co najmniej 5% ważnych głosów oddanych w wyborach. Limit budżetu na kampanię musi być równy dla wszystkich. Tylko wtedy będzie można uznać wybory za przeprowadzone sprawiedliwie.

Autorzy:, Artur Heliak, Patryk Hałaczkiewicz

Artykuł ukazał się w Tygodniku Uważam Rze www.uwazamrze.pl

 

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.