Mogłoby się wydawać, że półmetek kadencji Sejmu to dobra okazja do podsumowania, do pewnego skupienia się przez rząd na bilansie tego, co dotąd udało się zrobić i wytłumaczenia opinii publicznej, w jaki sposób Rada Ministrów zamierza dążyć do zrealizowania tego, czego jeszcze nie zdążyła zrobić a obiecała. Tymczasem po serii afer gospodarczych, najpierw hazardowej, potem stoczniowej, po kapitulacji w sporze z Eureko i osiągnięciu rekordowej dziury budżetowej, do której minister Rostowski nie chciał się początkowo przyznać, sygnał z rządu jest mniej więcej taki: nie możemy się dogadać z prezydentem, trzeba zmieniać konstytucję! Tako rzecze Donald Tusk.

Jestem za debatą konstytucyjną, ale nie taką, która miałaby przesłaniać, bądź wypierać ocenę dokonań rządu. Wręcz uważam, że ta debata powinna toczyć się wokół tych "dokonań". Dokonań, które nie wytrzymały konfrontacji z tym festiwalem populizmu, z jakim mieliśmy do czynienia przed wyborami w 2007 r., kiedy to wizja powszechnego dobrobytu i kolejnych dobrze zarabiających grup zawodowych wylewała się ze spotów wyborczych PO. Praktyka życia politycznego pokazała, że o większości tych obietnic, najczęściej formułowanych dość ogólnikowo i enigmatycznie, zapomniano zaraz po wyborach, ale przypomnijmy Tuskowi, co obiecał i pod czym podpisał się w 2007 r.:

  1. Przyspieszymy i wykorzystamy wzrost gospodarczy.
  2. Radykalnie podniesiemy płace dla budżetówki, zwiększymy emerytury i renty.
  3. Wybudujemy nowoczesną sieć autostrad, dróg ekspresowych, mostów i obwodnic.
  4. Zagwarantujemy bezpłatny dostęp do opieki medycznej i zlikwidujemy NFZ.
  5. Uprościmy podatki – wprowadzimy podatek liniowy z ulgą prorodzinną, zlikwidujemy ponad 200 opłat urzędowych.
  6. Przyspieszymy budowę stadionów na Euro 2012.
  7. Szybko wypełnimy naszą misję w Iraku.
  8. Sprawimy, że Polacy z emigracji będą chcieli wracać do domu i inwestować w Polsce.
  9. Podniesiemy poziom edukacji i upowszechnimy Internet.
  10. Podejmiemy rzeczywistą walkę z korupcją.

PO była też kojarzona w mediach jako partia, która "popiera JOW". O sile tego poparcia mogliśmy się przekonać 23 maja 2009 r. podczas V Marszu na Warszawę o Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, gdy nie tylko już wzorem lat ubiegłych zostaliśmy zignorowani przez wszystkich posłów, ale nasi przedstawiciele mimo pokojowego przebiegu manifestacji nie zostali nawet wpuszczeni przez Straż Marszałkowską na teren Sejmu, aby mogli złożyć w Kancelarii Wysokiej Izby apel o zmianę ordynacji! Kilka tygodni temu dotarły do nas informacje, że na polecenie zarządu partii odwołano z klubu PO radnego warszawskiej dzielnicy Wola, czego bezpośrednim powodem, potwierdzonym w stenogramach, było upominanie się o jednomandatowe okręgi wyborcze do Sejmu. Natomiast na kilka dni przed wypowiedzią premiera ws. zmian w konstytucji odbyła się konferencja poświęcona problemowi jednomandatowych okręgów wyborczych zorganizowana w Pałacu Kultury i Nauki przez Wspólnotę Samorządową Województwa Mazowieckiego, na którą przybyli samorządowcy i działacze Ruchu JOW z całego kraju. Nie pojawił się na niej i nie uprzedził o tym organizatorów (mimo wcześniejszej deklaracji, że przybędzie i zabierze głos!) mający reprezentować PO poseł Czesław Mroczek (tak samo zrobili: poseł PiS-u Bogusław Kowalski i PSL-u Janusz Piechociński). Kiedy więc oczekując podsumowania dwulecia rządu słyszę, że premier chce zainicjować właśnie wtedy debatę konstytucyjną, odnoszę wrażenie, że chodzi raczej o odwrócenie uwagi od afer gospodarczych i niezrealizowanych obietnic niż o szczerą wolę zmian.  

Przynajmniej nie takich zmian, jakie są Polsce najbardziej potrzebne, chcieliby jednocześnie najbardziej politycy. Te zmiany bowiem musiałyby dotyczyć ich samych. Oglądając programy publicystyczne widzę jak posłowie robią teraz wszystko, aby debatę publiczną zdominował spór o uprawnienia prezydenta i premiera, co stwarza wrażenie "debaty ustrojowej" i czemu się nie dziwię. To przecież jednomandatowe okręgi wyborcze do Sejmu w pełnym wymiarze są tym, czego posłowie boją się najbardziej, unikają debaty ze społeczeństwem na ten temat, a o tym, jak mieliby być wybierani woleliby decydować sami w swoim zamkniętym gronie. Ty obywatelu idź zagłosuj, a my już pokierujemy twoim głosem! Teraz dzięki premierowi Tuskowi zyskali przynajmniej nowe alibi i mogą zapytać: czego wy właściwie od nas chcecie, przecież Tusk proponuje ordynację jednomandatową do Senatu? A my chcemy akurat do Sejmu, bo jest ważniejszy (niech posłowie chociaż raz poczują się dowartościowani).

I oto podnoszony jest postulat ordynacji mieszanej do Sejmu, bo jak mówi premier Tusk na to co my chcemy pewnie zgody nie będzie. Przedstawiciele PO pytani przez dziennikarzy twierdzą zawsze, że największą przeszkodą w realizacji postulatu JOW są prezydent i PSL. To jednak prezydencki minister, a nie przedstawiciel rządu dwukrotnie wyszedł do nas (podczas Marszów w 2008 i 2009 r.); posłowie PO zgodnie je bojkotowali. Za drugim razem obiecał publicznie, iż korzystając ze swoich możliwości postara się na jesieni zorganizować otwartą debatę publiczną na temat ordynacji wyborczej pod patronatem głowy państwa. Minister Kownacki nie zdążył się wywiązać z tej obietnicy, gdyż został odwołany ze stanowiska, oficjalnie za krytykę sposobu funkcjonowania Kancelarii Prezydenta, do którego się musiał stosować (Kownacki powiedział publicznie, że prezydent zmienia plany praktycznie z dnia na dzień, tak że często trudno w ogóle coś zaplanować).

Dlaczego tak bardzo upieramy się przy ordynacji do Sejmu? Trzeba podkreślić, że ordynacja wyborcza jest nie tylko ustawą o przebiegu wyborów, ale i metodą selekcji polityków do pełnienia funkcji publicznych i właśnie poprzez ten drugi aspekt wpływa na jakość klasy politycznej. Ta zaś zwłaszcza w Sejmie pozostawia wiele do życzenia. Dla zobrazowania tej "jakości" przytoczę cytat z "Rzeczpospolitej" z 6 XII 2007 r., gdzie politolog Radosław Zubek pisał:

Dwa, trzy razy w roku rząd ogłasza program prac legislacyjnych, w którym wylicza projekty ustaw do przyjęcia i wniesienia do Sejmu. Z uwagi na publiczny charakter tych deklaracji można by się spodziewać, że rząd zrobi wszystko, aby terminowo wywiązywać się z własnych obietnic. Analiza kilku ostatnich planów legislacyjnych pokazuje jednak, że tak się nie dzieje. W latach 2006 – 2007 Rada Ministrów przyjmowała i przekazywała do parlamentu jedynie 20 – 30 procent wszystkich zaplanowanych projektów ustaw. Polskie rządy wywiązywały się zatem średnio z jednej na cztery obietnice legislacyjne. […] ogłoszone publicznie zamierzenia legislacyjne kreują oczekiwania ze strony jednostek i organizacji, które dostosowują się do spodziewanych zmian prawnych. Opóźnianie albo rezygnacja z inicjatyw legislacyjnych zwiększa ryzyko i koszty dla osób prywatnych i podmiotów gospodarczych.

Podobną "laurkę" jak dla rządu PO-PSL można by więc zrobić i dla poprzednich rządów, punktując niezrealizowane obietnice. Cecha polskiej państwowości, o której tu mowa jest bowiem strukturalna, a nie koniunkturalna i nie wynika tylko z braku samodzielnej większości (choć i to ma istotne znaczenie i czego ordynacja mieszana do końca nie rozwiąże). Dochodzi bowiem do sytuacji, że politycy sami nie traktują poważnie tego co mówią, a potem dziwią się jak obywatele nie traktują poważnie wyborów i ich samych. Puste obietnice składane są przez polskojęzyczną klasę polityczną z przekonaniem, że bez tego nawet nie można wygrać wyborów i padają w błogiej świadomości, iż głównym decydentom niewiele to pustosłowie może zaszkodzić (a to oni decydują, jak głosują w Sejmie inni posłowie). Tak długo bowiem, jak wyborcom nie sposób rozliczyć indywidualnie każdego posła, nie sposób będzie w Polsce mówić o jakiejś większej odpowiedzialności przed wyborcami i odpowiedzialnych obietnicach.

A to jakaś "lokomotywa wyborcza" wciągnie kilka innych osób do Sejmu, a to znów głos oddany na słabszego kandydata wesprze zdobycie mandatu przez silniejszego – taki stan rzeczy wynika bezpośrednio z przyjętej ordynacji wyborczej. Bez względu na to, czego byśmy nie myśleli o wyborcach nie sprzyja ona promowaniu postaw obywatelskich i kształtowaniu odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Nie ma to wiele wspólnego z niedojrzałością polskiego społeczeństwa, które nie mogąc swobodnie delegować swoich kandydatów ma prawo czuć się oszukiwane przez klasę rządzącą. Kiedy jednak daje temu wyraz, np. poprzez absencję wyborczą skutkującą niską frekwencją, jest natychmiast oskarżane o ową mityczną niedojrzałość. Tylko nikt z krytykantów nie zwraca uwagi, że to absurd, że aby zgłosić jakiegoś kandydata czy swoją kandydaturę trzeba od razu zapełniać całą listę (tak jest od wyborów do Sejmu w 1989 r.), a żeby mieć jakiekolwiek szanse trzeba jeszcze podobnie zgłosić kandydatów w innych okręgach! Nie widzą, bądź udają, że nie widzą, iż sytuacja, w której POLSKI OBYWATEL NIE MOŻE SAM ZGŁOSIĆ SWOJEJ KANDYDATURY tworzy fasadę biernego prawa wyborczego. Przechodzą więc do porządku dziennego nad faktem, że gdy głosuje się na listy partyjne trudniej pozbawić funkcji posła decyzją wyborców, niż na mocy decyzji kierownictwa partyjnego, które może np. w ogóle nie wpisać kogoś na listę. Takie rozwiązania przyjęte w ordynacji sprzyjają zawłaszczeniu państwa nie tyleż przez wąskie gremia kierownictw partyjnych, co wpływające na nie nieformalne grupy interesów, skutecznie blokując rozwój społeczeństwa obywatelskiego.

W tym kontekście wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego sprzed kilku lat, że JOW nie mają nic wspólnego z demokracją była co najmniej niepoważna. Napisałem już kiedyś, że stała ona nawet w sprzeczności do deklarowanego przez Kaczyńskiego proatlantyckiego kursu polskiej polityki zagranicznej, bowiem wynikało z niej, że państwa będące rzekomo naszymi największymi sojusznikami (jak USA i Wielka Brytania) stosują ordynację nie mającą nic wspólnego z demokracją. Wypowiedź Lecha Kaczyńskiego, bezmyślnie powtarzana przez media, stała jednocześnie w opozycji do wypowiedzi innych polityków nieprzychylnych JOW, którzy twierdzili, że Polacy nie dorośli do demokracji, a więc na JOW do Sejmu jest jeszcze za wcześnie! Czyżby więc moraliści typu Jarosław Gowin czy Eugeniusz Kłopotek chcieli nam przez to powiedzieć, że zostali wybrani przez niedojrzałe społeczeństwo!? A może zawdzięczają swój wybór przede wszystkim liderom partyjnym, którzy decydują kto i z jakiego miejsca może wystartować, co ma potem wpływ na szanse wyborcze? Można mieć bowiem uzasadnione wątpliwości czy w okręgu, z którego jest wybieranych od 7 do 19 posłów, spośród ponad setki kandydatów, możliwa jest w ogóle tak elementarna rzecz, jak zapoznanie się przez wyborcę z wszystkimi kandydatami i porównanie ich. Nie mówiąc już o możliwościach wyboru tych 7 do 19 posłów za pomocą jednego skreślenia, czy zgłoszenia pojedynczego kandydata bez pośrednictwa partii!

Twórcy Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych dostrzegli ten problem już na początku lat dziewięćdziesiątych. Stworzyli jeden z pierwszych po 1989 r. autentycznie obywatelski ruch polityczny, działający do dzisiaj przez popularyzację i dążenie do wprowadzenia wyboru posłów z okręgów jednomandatowych w oparciu o równe prawo do kandydowania na zasadzie jeden okręg – jedna tura – jeden mandat. Od tego czasu z poparciem dla idei wprowadzenia tego prostego i przejrzystego systemu wyborczego wystąpiło ok. 300 prezydentów, wójtów i burmistrzów, których lista jest publikowana na stronie www.jow.pl oraz takie osobistości jak Gustaw Herling – Grudziński, Jan Nowak – Jeziorański czy Zbigniew Brzeziński, a także szereg innych organizacji i związków, m.in.: Niezależne Zrzeszenie Studentów, Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, Związek Miast Polskich, Solidarność’80, Stowarzyszenie KoLiber. W sondażu radiowo-internetowym red. Kuby Strzyczkowskiego podczas audycji "Za a nawet przeciw" 18 maja 2009 r. za okręgami jednomandatowymi opowiedziało się 91% słuchaczy Radiowej Trójki biorących w nim udział. O wysokim poparciu dla idei JOW świadczy też wiele innych badań opinii publicznej, a także ponad 750 000 podpisów zebranych za referendum w tej sprawie, które Sejmu do niczego nie zobligowały (swoją drogą znamienne, że premier wzywając niedawno do debaty ustrojowej, jakoś o tych podpisach nie przypomniał).   

Widać wyraźnie, że ordynacja wyborcza nie jest skrojona na miarę oczekiwań społeczeństwa i wydawać by się mogło, że dezawuuje to argument o jego politycznej niedojrzałości. Można jednak zapytać czy ma to coś wspólnego z demokracją, czy jest raczej jej wypaczeniem, a jeśli tak, to czy jako obywatele czujemy się zobowiązani coś z tym zrobić? W mojej ocenie od odpowiedzi na to pytanie udzielonej dzisiaj zależeć będzie to, czy jutro pokolenie określane jako Pokolenie’89 czy Pokolenie JPII będzie zdolne odcisnąć swe piętno w najnowszej historii Polski. To bowiem nasza odpowiedź na to fundamentalne ustrojowe pytanie będzie najpewniej decydująca, nie tylko dla naszego państwa, ale i dla naszej przyszłości.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.