Czego może dowiedzieć się z prasy wyborca nie interesujący się przepisami wyborczymi o praktycznych regułach, jakimi rządzą się wybory według ordynacji zwanej „proporcjonalną”? Źródłem tej wiedzy dla anonimowego wyborcy niech będzie kilka artykułów z jednego z ogólnopolskich dzienników na temat wyborów do tzw. Parlamentu Europejskiego (wydanie z 23.05.2014 r.).

Przede wszystkim, wyborca dowie się, że wybory przeprowadzane są poprzez głosowanie na „listy kandydatów”, przy czym prasa nie wyjaśnia (przynajmniej w powoływanych artykułach) wprost na czym to polega. Jednak z różnych wywodów można wnioskować, że polega to na oddaniu głosu na jedną z wielu osób, których nazwiska widnieją na liście.

Następnie, wyborcę z pewnością zainteresuje według jakich zasad kandydaci są umieszczani na poszczególnych listach. Niestety, trudno jest przeniknąć te zasady i wyborca jest skazany na domysły na podstawie enigmatycznych lub frapujących określeń. Trudno bowiem wyrobić sobie zdanie na ten temat na podstawie takich sformułowań, jak „zachowała dobrą pozycję – jest jedynką” [z kontekstu – pierwsze miejsce na liście] lub „musiał oddać” drugie miejsce innemu kandydatowi, a sam „zadowolić się kolejnym” [trzecim]. Tu powstają pytania: co decyduje o „zachowaniu” dobrej pozycji i kto „zmusił” kandydata do oddania drugiego miejsca; czy istotnie trzecie miejsce go „zadowala”?

Te sformułowania same w sobie enigmatyczne (niekiedy wręcz śmieszne) mogą dotyczyć jedynie kandydatów startujących ponownie. Tym większa zagadka dotyczy tego, jak znaleźć się na liście w ogóle po raz pierwszy? Inny artykuł uchyla rąbka tajemnicy w tej sprawie, stwierdzając istnienie zjawiska polegającego na „wystawianiu” członków rodzin polityków, oraz że jest nawet „prostszy sposób” – należy „umieścić na listach wyborczych własną rodzinę”! Niestety, wyborca nie znajdzie odpowiedzi na pytanie, kto właściwie „wystawia” kandydatów i czy każdy może umieścić na liście swoją rodzinę?

W przypadku partii zajmującej najwyższe miejsce w sondażach wyborczych (w danym okręgu wyborczym) pierwsze miejsce na liście „gwarantuje” ponowny wybór. W przypadku pozostałych partii pierwsze miejsce nie daje już takiej gwarancji i kandydaci muszą walczyć o głosy wyborców. Tu pytanie: z kim muszą walczyć? Wyborca będzie zaskoczony, ponieważ bynajmniej nie z kandydatami z innych list (partii), lecz kandydatami znajdującymi się na tej samej liście („[jedynka] o mandat musi walczyć z kandydatami startującymi z odległych miejsc”; „(jedynka) powinna poradzić sobie z dwójką”; „ma silnego rywala” – to o kandydacie z tej samej listy).

Jednym z przejawów tej wewnętrznej rywalizacji jest to, że lider jednej partii zamiast wzywać do głosowania na kandydatów partii według merytorycznych ocen dokonywanych przez wyborców, wzywa ich do niegłosowania na jednego z kandydatów. Spotkało to kandydata (nawiasem mówiąc, kandydata z tytułem profesora), który ośmielił się powiedzieć o tymże liderze partyjnym, że „liczba błędów popełnionych przez niego przekracza ludzkie wyobrażenie” (przynajmniej tak słowa pechowego profesora referuje źródłowy artykuł).

Ponadto, wynik wyborczy nie zależy od liczby głosów oddanych na kandydata, lecz „los liderów zależy od wyników ich partii” („gorszy wynik pozbawi go mandatu”). Z tych sformułowań wyborca dowie się dwóch rzeczy: po pierwsze, że lider partii (domyślać się należy – umieszczony na pierwszym miejscu listy) będzie wybrany, o ile jednocześnie odpowiednio dużo głosów otrzymają pozostali kandydaci z tej listy, po drugie – osoby z innych miejsc, niż pierwsze, nie mają szans na wybór.

Kolejnym spostrzeżeniem wyborcy jest to, że kandydaci dosyć swobodnie traktują swoje obecne i przyszłe obowiązki. Świadczy o tym to, że kandydatami są osoby pełniące dosyć eksponowane urzędy publiczne (wojewoda mazowiecki, marszałek województwa, posłowie na Sejm). Jeden z kandydatów zapowiada („nie wykluczam”), że zrezygnuje z mandatu do PE, jeśli „miałby za półtora roku wejść do rządu” (kandydat nie ujawnił czy podzielił się swoimi planami z wyborcami).

Niejasne zasady sporządzania list kandydatów prowadzą do tego, że znajdują się na nich kandydaci nie ze względu na swoje zalety merytoryczne, lecz z uwagi na identyczność ich nazwisk (niekiedy imion i nazwisk) lub ich fonetyczną zbieżność z nazwiskami osób publicznych. Powoływany artykuł doliczył się m.in. dwóch kandydatów noszących imię i nazwisko, odpowiednio, byłego prezydenta i jego żony, trzech kandydatów o nazwisku „Ziobro” i pięciu o nazwisku „Korwin-Mikke” (w tym ostatnim przypadku – członków jednej rodziny). Wobec tego chyba można wierzyć autorowi tego artykułu, jeśli ostrzega on naszego anonimowego wyborcę „Wyborco, strzeż się pułapek”?

Podsumujmy te „proporcjonalne zasady wyborcze” na przykładzie eurowyborów:
– głosowanie na jednego kandydata z listy,
– niejasne, pozamerytoryczne kryteria umieszczania kandydatów na listach,
– pierwsze miejsce na liście partii przewodzącej w sondażach w danym okręgu gwarantuje wybór,
– kandydaci z pierwszych miejsc na listach innych partii muszą walczyć o głosy wyborców – z kandydatami z tej samej listy,
– pierwsze miejsce na liście zapewnia wybór, o ile wystarczająco dużo głosów wyborcy oddadzą na pozostałych kandydatów danej listy,
– osoby pełniące funkcje publiczne niekiedy lekceważąco traktują swoje obowiązki.

Powyższe zasady prowadzą do tego, że w praktyce wyborca może natknąć się na „pułapki wyborcze”, których musi się wystrzegać.

Gdyby powyższe zasady można byłoby nazwać „zasadami” w sensie ścisłym, a z pewnością są zasadami funkcjonującymi w praktyce, to należy stwierdzić, że urągają one nie tylko czynnemu i biernemu prawu wyborczemu, lecz również zdrowemu rozsądkowi. Trudno wobec tego dziwić się, że wyborcy w większości odmawiają udziału w wyborach proporcjonalnych. Specyfika wyborów do europarlamentu powoduje, że ta odmowa jest wyjątkowo dobitna skoro frekwencja jest rzędu 25%. Biorąc pod uwagę powyższe reguły i efekty ich funkcjonowania, wybory proporcjonalne służą jedynie szefom partii, ich najbliższym poplecznikom i członkom ich rodzin, lecz nie wyborcom – obywatelom i naszemu państwu.

About Paweł Kawarski

prawnik, działacz Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW od 2003 r., członek Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego „Jednomandatowe Okręgi Wyborcze”, ekspert Fundacji im. Jamesa Madisona

Dyskusja - 1 komentarz
  1. JanuNi

    26. maja 2014,  godz. 12:08

    W naszych szkołach powinni tak jak w tym artykule przedstawiać sprawę wyborów, a przedstawiają to zagadnienie tak, jak za komuny. Czyli, że jest cudnie. Uczniowie oficjalnie mogą mieć inne zdanie, ale nie oficjalnie, to powinni powtarzać frazesy i wyuczyć się na pamięć: ilu mamy posłów, ile lat trwa kadencja i, że jest teraz demokracja w kraju. Czyli nic się tu nie zmieniło. Szkoda. Potem jakaś po..na kobieta z układu publicznie twierdzi, ale z dumą /bo uważa się za mądrą/, że mamy głupich obywateli i że młodzież nie powinna studiować, tylko iść do roboty, bo po studiach nie mają oni /większość/ nawet poziomu potrzebnego do uczęszczania do liceum. Jaki trzeba mieć poziom umysłowy, by startować z pierwszych miejsc na listach, czy zasiadać na ważnych stołkach w urzędach dla dobra polaków, to w tym temacie nie wypowiadała się niestety.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.