Źródło: "POLSKA The Times" z 10.06.2009

W głosowaniu w systemie proporcjonalnym o wynikach nie decydują wyborcy, ale politycy, którzy układają listy kandydatów – mówi dr Jan Majchrowski, prawnik i politolog, w rozmowie z Anną Gwozdowską.

Czy frekwencja w wyborach europejskich mogłaby być wyższa, gdyby w krajach Unii obowiązywała inna ordynacja wyborcza?
Na jej znaczące zwiększenie mogłoby wpłynąć wprowadzenie większościowej ordynacji wyborczej. Ludzie wolą wybierać innych ludzi, a nie tylko partie polityczne. Wybór personalny, charakterystyczny dla wyborów większościowych, jest zawsze ciekawszy. Świetnie to widać w czasie wyborów prezydenckich. Wybieranie konkretnych osób wywołuje ogromne emocje, a te sprawiają, że obywatele chętniej biorą udział w wyborach.

A jakie są słabe strony ordynacji większościowej?
Zalet jest jednak więcej. Wybory większościowe oznaczają także bezpośrednią odpowiedzialność polityków, na których wskazaliśmy. Można ich w następnych wyborach rozliczyć z tego, jak nas reprezentowali. W wyborach proporcjonalnych ta odpowiedzialność się rozmywa. Ba, czasem nawet nie wiemy, kogo wybraliśmy z naszego okręgu. A wady? To, że ci którzy przegrywają w danym okręgu, nie dostają nic, a zwycięzcy dostają wszystko.

Czy dlatego polscy politycy niechętnie myślą o ordynacji większościowej?
To nie jedyny powód. System proporcjonalny, przynajmniej w wyborach do Parlamentu Europejskiego, został nam narzucony przez Unię. Ulegli nawet Brytyjczycy, którzy bardzo długo upierali się przy swoim systemie większościowym. Dopiero jeden z rządów Partii Pracy zmienił zdanie. W Polsce system proporcjonalny w wyborach do Sejmu narzuca także nasza konstytucja. Głosujemy w tym systemie już od 1991 roku, czyli od pierwszych w pełni demokratycznych wyborów.

Czy świetne wyniki Jerzego Buzka i Zbigniewa Ziobry mogą upewnić liderów politycznych, że nie warto zmieniać obecnej ordynacji wyborczej?
To możliwe. Czasami bywa też, że w wyborach większościowych nikomu nieznani działacze albo politycy z drugiego szeregu swoim wynikiem zagrażają liderom. Nie kierowałbym się jednak przykładem panów Buzka czy Ziobry, bo rezultaty wyborów proporcjonalnych nie dają się w prosty sposób przełożyć na wybory większościowe. W jednomandatowych okręgach wyborczych mogliby na przykład zwyciężyć politycy, którzy dziś nie weszli do europarlamentu, bo ich partie osiągnęły słaby wynik.

Czyli dzięki proporcjonalnemu systemowi wyborczemu liderzy polityczni mogą spać spokojnie?
Tak, bo elektorat staje przed wyborem, którego wcześniej dokonali polityczni liderzy. W tym systemie ktoś bez zaplecza politycznego nie ma najmniejszych szans. Nawet popularni prezydenci miast, których wybieramy w wyborach większościowych, nie dołączą do polityki krajowej wbrew woli partyjnych liderów. Każdy startujący w wyborach polityk w Polsce musi najpierw udać się do liderów partyjnych i prosić o dobre miejsce na partyjnej liście. Trzeba też pamiętać, że jeśli nie można liczyć na to, że dana partia przekroczy 5-procentowy próg wyborczy, to w ogóle nie ma co zawracać sobie głowy kandydowaniem. Z tych wszystkich przyczyn jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW) mogłyby zdynamizować polską scenę polityczną, przy założeniu, że każdy mógłby wystawić swoją kandydaturę.

Dlaczego ordynacja proporcjonalna, mimo że nie podoba się samym wyborcom, jest tak popularna wśród polityków?
Bo przy jej obowiązywaniu podstawowym podmiotem wyborów są partie polityczne. Zwykle zapewnia ona też liderom partyjnym w miarę pewne miejsce w parlamencie, nawet przyporażce całej listy. Warto dodać, że ordynacje wyborcze są najbardziej podatnym na instrumentalizację polityczną aktem prawnym. Trudno się zresztą temu dziwić. Od kształtu ordynacji wyborczej zależą bezpośrednio wyniki wyborcze konkretnych partii. Właśnie stąd biorą się międzypartyjne walki o kształt ordynacji wyborczej.

Jak doszło do ustalenia obecnie obowiązującej ordynacji?
System, w którym głosujemy na eurodeputowanych, jest nieco podobny do ordynacji wyborczej do Sejmu, choć są też i różnice. W obu przypadkach obowiązuje jednak zasada proporcjonalności i pięcioprocentowy próg zaporowy. Podstawy obecnej ordynacji sięgają 1993 r. Wielu znawców zagadnienia uważa, że ten model prawa wyborczego został przygotowany przez cztery duże partie ówczesnego Sejmu, tylko po to, żeby wyeliminować z gry mniejsze partie konkurencyjne. To się zresztą udało. Te cztery partie chciały również przejąć głosy mniejszych ugrupowań, a co więcej, stać się liderami w swoich familiach politycznych. Zasady do dziś obowiązujące w ordynacji, przyjęły wówczas zgodnie SLD, Unia Demokratyczna, Konfederacja Polski Niepodległej i PSL. Wszystkie te partie weszły do Sejmu następnej kadencji.

Niektóre z tych partii już nie istnieją.
Ale każda z tych partii była liderem w swojej grupie politycznej. SLD opanował lewicę, co zresztą potwierdziły nawet ostatnie eurowybory. Oprócz PSL-u istniały wtedy inne partie ludowe i zostały w 1993 r. dosłownie zgniecione. Także KPN miała wtedy nadzieję, że będzie jedyną partią prawicową reprezentowaną w Sejmie i skupi wokół siebie pozostałe.

Stało się jednak inaczej.
Dlatego że istniało tak wiele partii prawicowych, które nie przekroczyły 5-procentowego progu wyborczego i nie weszły do Sejmu, że w końcu zorganizowały sie poza Sejmem w Akcję Wyborczą Solidarność. Zresztą także Unia Demokratyczna przekształciła się w Unię Wolności, właśnie dlatego że do Sejmu nie wszedł Kongres Liberalno-Demokratyczny. Obie partie się połączyły, tworząc UW. Kiedy zaś środowisko liberałów zostało zmarginalizowane na zjeździe Unii, powstała Platforma Obywatelska. Widać więc, że skutki wprowadzenia tamtej progowej ordynacji proporcjonalnej trwają do dziś.

1993 r. to grzech pierworodny naszej sceny politycznej?
Można go odkupić, pod warunkiem że zaraz po wyborach ich wyraźny zwycięzca zdecyduje się na zmianę konstytucji, umożliwiając wybory systemem większościowym. Oczywiście, ordynacja większościowa musi się mu opłacać.

Dlaczego miałaby się nie opłacać, jeśli zwycięzca bierze w systemie większościowym wszystko. Dziś mogłaby to wykorzystać Platforma.
Gdyby wyniki następnych wyborów parlamentarnych były podobne do rezultatów eurowyborów, to wprowadzenie ordynacji większościowej w JOW zwiększałoby efekt zwycięstwa Platformy. Ale pamiętajmy, że nikt nie rządzi wiecznie, a kiedy przegrywa, porażka w ordynacji większościowej może się zamienić w klęskę.

To dlatego politycy wolą system proporcjonalny?
Na polskiej scenie politycznej działa mechanizm wahadła. Raz rządzi jedno ugrupowanie, raz drugie, w dodatku w jakiejś koalicji, bo tej formie rządów sprzyja ordynacja proporcjonalna. Każda zwycięska partia z reguły traci po pewnym czasie poparcie i przegrywa następne wybory. Kiedy szykuje się więc na przegraną, na pewno nie jest gotowa wprowadzać ordynacji większościowej. System proporcjonalny gwarantuje, przynajmniej liderom politycznym, zdobycie mandatu i przeczekanie do następnych wyborów. Dlatego partie wolą system proporcjonalny, w którym ani porażki, ani zwycięstwa nie bywają druzgocące.

To dlaczego perspektywa druzgocącej klęski nie odstrasza polityków brytyjskich?
Mają gwarancję, że w którymś momencie i tak wrócą do władzy. Jak to wykazał francuski klasyk politologii Maurice Duverger, wybory w brytyjskim systemie większościowym prowadzą do wytworzenia się dwupartyjnego systemu.

Ich scena polityczna jest zbyt przewidywalna?
Na pewno ceną, którą trzeba by zapłacić za wprowadzenie ordynacji większościowej, byłaby mniejsza reprezentatywność. System proopcjonalny gwarantuje wielopartyjność sceny politycznej.

Wielopartyjność, ale ciągle w tym samym gronie.
Zgoda. Wbrew swojej nazwie ordynacja proporcjonalna jest często dysproporcjonalna. W 1993  r. aż 35 procent głosujących na określone ugrupowanie nie miało żadnych swoich przedstawicieli w Sejmie, bo tak wiele ugrupowań znalazło się pod 5-procentową kreską. To rekord w Europie.

Istnieje jakieś rozwiązanie pośrednie?
Niemcy mają ordynację mieszaną, ale można też przeprowadzać wybory do Sejmu w JOW, co zapewniłoby rządowi stabilność, ale i zachęciłoby wyborców do głosowania, a wybory do Senatu w systemie proporcjonalnym, w jednym wielkim okręgu wyborczym. Wielu polskim politykom to rozwiązanie się podoba, ale nic z tego do tej pory nie wynika.

Skąd wziął się system proporcjonalny w Europie?
Tradycja wyborów proporcjonalnych jest bardzo krótka. Od niepamiętnych czasów wybory odbywały się w systemie większościowym. Podmiotem wyborów był zawsze człowiek. System proporcjonalny zaczęto praktykować dopiero około 100 lat temu, kiedy większą rolę zaczęły odgrywać partie polityczne. Trzeba jednak przyznać, że konserwatyści, czego przykładem jest Wielka Brytania, chętniej posługują się systemem większościowym.

Gdyby w Polsce nie było zaborów, mielibyśmy tak jak Brytyjczycy tradycyjną ordynację większościową?
W Polsce system proporcjonalny wprowadził w 1918 r. Józef Piłsudski, zaraz po objęciu władzy, jako Naczelnik Państwa. Zrobił tak dlatego, że on i jego ugrupowanie nie mogli inaczej liczyć na większość w parlamencie. Przewagę miała wtedy endecja. Ten system został utrwalony w 1921 r. w konstytucji marcowej i doprowadził do rozdrobnienia Sejmu. Sam marszałek mówił później o partiokracji i w końcu przeprowadził przewrót majowy. Ta historia z naszej przeszłości pokazuje, jak ogromny wpływ na sytuację polityczną ma ordynacja wyborcza.

Kiedy Polacy będą chętniej głosować?
Temu mogą sprzyjać właśnie jednomandatowe okręgi wyborcze. Ale pamiętajmy, że frekwencja nie jest celem samym w sobie. Nie chodzi o to, żeby ludzie chodzili na wybory, ale żeby chodzili świadomie wybierać. Moim zdaniem na wybory powinni chodzić tylko ci ludzie, którzy naprawdę chcą. Wcale sobie nie życzę, żeby o moim losie decydował współobywatel, który idzie na wybory tylko dlatego, że tak wypada i głosuje na kogoś, bo zobaczył go na plakacie.

dr Jan Majchrowski, prawnik, politolog w Instytucie Nauk o Państwie i Prawie na Uniwersytecie Warszawskim

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.