/„Piątka Kaczyńskiego” i strajk nauczycieli jako pochodna partyjnej ordynacji wyborczej do Sejmu

„Piątka Kaczyńskiego” i strajk nauczycieli jako pochodna partyjnej ordynacji wyborczej do Sejmu

Uwagi metodologiczne

Długo zastanawiałem się jak nazwać związek przyczynowy pomiędzy partyjną ordynacją wyborczą do Sejmu, a tzw. piątką Kaczyńskiego i strajkiem nauczycieli. Bo choć relacja przyczynowo-skutkowa istnieje, to nie jest ona bezpośrednia. Jest pośrednia i to za głębokim, gdyż strukturalnym, pośrednictwem całego polskiego systemu politycznego. Ani „piątka”, ani strajk nie są więc bezpośrednimi skutkami, efektami czy rezultatami partyjnej ordynacji wyborczej do Sejmu, zwanej oficjalnie „proporcjonalną”.

Ale bez tej ordynacji, „piątka Kaczyńskiego” i to powiązana ze strajkiem, w moim przekonaniu nie mogłaby się teraz w Polsce wydarzyć. Choć mogłaby się nie wydarzyć w ogóle, nawet w warunkach obecnej ordynacji. (Wystarczyło zachować elementarną racjonalność partyjnych decyzji politycznych w PiS). Partyjna ordynacja wyborcza do Sejmu jest bowiem czymś w rodzaju strukturalnego katalizatora i „piątki”, i strajku, i ich wzajemnego związku. Dlatego nazwałem ją przyczyną pierwotną, a jej przyczynowe skutki pochodną. I to jeszcze swoistą pochodną drugiego rzędu, gdyż pochodna pierwsza ordynacji partyjnej to system partyjno-polityczny Polski.

A wszystko to trzeba jeszcze rozumieć w kategoriach przyczynowości, prawidłowości i tendencji świata społecznego, gdzie przyczynowe warunki wystąpienia zjawisk, nie muszą przekładać się na ich konieczne wystąpienia. Świat społeczny to najbardziej skomplikowany, jakościowo złożony i nieprzewidywalny ze światów Kosmosu. Uwarunkowania zaś przyczynowo-skutkowe działają jako warunki li tylko skłaniające do określonego działania, ale aby było jeszcze bardziej skomplikowanie, stale oddziaływające na zmianę logiki i motywacji samych działających.

Fatalna oferta wyborcza

Na marcowej konferencji partyjnej, rządzącej partii PiS, z wielką celebrą ogłoszono jej wyborczy manifest. Tym wyborczym manifestem było pięć punktów ofertowych rządu wobec wyborców. Te pięć punktów nazwano „piątką Jarosława Kaczyńskiego”. Jest to „piątka” fatalna. Może bowiem kosztować PiS przegrane wybory parlamentarne na jesieni tego roku, acz i być może umiarkowaną porażkę już w wyborach europarlamentarnych.

Te pięć punktów to pięć ofert socjalnych, które poza pozyskaniem wyborców, nie mają żadnego sensu społecznego, gospodarczego i demograficznego.

Oferta pierwsza to dodatek 500 zł na każde pierwsze dziecko. Jest bezsensowna, gdyż nie jest żadnym motywem do decyzji o pierwszym dziecku. Poza tym jest bezsensownym rozrzucaniem miliardów złotych wśród dobrze, średnio i bardzo dobrze sytuowanych materialnie. O ile dodatek na drugie i następne dzieci ma sens, gdyż kwota 1000, 1500 czy 2000 zł netto istotnie poprawia budżety rodzin nawet średnio zarabiających i motywuje do decyzji o kolejnym dziecku, to 500 zł dodatku na pierwsze dziecko jest bezsensownym rozrzuceniem pieniędzy bez żadnego efektu.

Oferta druga to zwolnienie z płacenia podatku dochodowego dla młodych ludzi w wieku do 26 lat włącznie. Jest nie tylko bezsensowna, ale i groteskowa. Zwolnienie z płacenia 18. procent podatku dochodowego ze względu na młody wiek jest groteskowe, gdyż nie stoi za nim żaden racjonalny powód, a jeszcze jest obrazą rozumu. Jedyną racjonalnością jest partyjna próba wyborczego przekupstwa tej grupy wiekowej. Jest skandalem zwalnianie z podatku młodych ludzi w sile wieku produkcyjnego, gdy w tym samym czasie ściąga się po raz drugi podatki od emerytów z ich uskładanych po opodatkowaniu pieniędzy. Opodatkowuje się nawet zasiłki dla bezrobotnych. Co gorsza jest to jawnie szkodliwe gospodarczo, gdyż dotyczy tylko tych, którzy są najemnie zatrudnieni. Natomiast ci, którzy podejmą własną działalność gospodarczą, czy założą własną firmę, już z podatku dochodowego zwolnieni nie będą. To wręcz zawołanie do młodych ludzi – dajcie sobie spokój z działalnością gospodarczą.

Oferta trzecia zaś to tzw. trzynasta emerytura, czyli wypłacenie wszystkim emerytom już pewnie w maju przed wyborami europarlamentarnymi po 880 zł netto. Jest to bezsensowne, gdyż niczego nie rozwiązuje w trudnych sytuacjach socjalnych emerytów, a rozrzuca bezsensownie pieniądze wśród emerytów lepiej i dobrze sytuowanych.

Oferta natomiast czwarta w praktyce jest tylko mglistą zapowiedzią obniżki kosztów pracy.

Oferta piąta to dopłaty rządu do odtworzenia polikwidowanych linii połączeń autobusów, z małymi miejscowościami peryferyjnie położonymi. To akurat jest sensowne, ale bezsensowne jako zadanie rządowe, bo od tego są wojewodowie.

Cyniczna arogancja partyjna

Łączny koszt tej operacji wyborczej, to jak podano aż 43 miliardy zł. I całkowite wypełnienie 3-procentowego deficytu budżetowego na 2019 rok, czyli jest to bezsensowne, aż po absurdalne, rozrzucenie olbrzymiej, bo czterdziestomiliardowej kwoty pieniędzy wśród wyborców, z pozbawieniem się możliwości jakiegokolwiek istotnego manewru budżetowego. Wszystko po to, aby wygrać wybory parlamentarne w październiku tego roku. Skandal to niewyobrażalny.

Aby podjąć decyzję bezsensownego rozrzucenia z budżetu państwa ponad 40. miliardów złotych dla przekupienia wyborców, trzeba być grupą cynicznych arogantów z poczuciem pełnej bezkarności za swoje polityczne działania. I takimi właśnie są w Polsce partie polityczne będące u władzy. A aktualnie jest to PiS. Poprzednio były to PO i PSL, które dały polityczne przyzwolenie na rozkradzenie w ciągu 8 lat 250 mld zł podatków z VAT. Skandal jeszcze bardziej niewyobrażalny, acz jednak nie tylko możliwy, ale i całkowicie bezkarny.

Za tym niewyobrażalnym cynizmem partii politycznych w Polsce stoi poczucie wyższości, aż po pogardę wobec własnego społeczeństwa oraz poczucie całkowitej bezkarności za swoje decyzje i nieodpowiedzialności przed nikim. A powodem tego stałego, od 30 lat historii III RP, zjawiska jest fundamentalny fakt, iż polscy politycy nie są bezpośrednio zależni od swoich wyborców. Nie są bezpośrednio zależni, gdyż polscy posłowie wybierani w obecnej tzw. proporcjonalnej ordynacji do Sejmu, nie są zależni bezpośrednio od głosujących na nich wyborców, lecz są za to bezpośrednio zależni od swoich kierownictw partyjnych. W Sejmie polscy posłowie reprezentują de facto swoje partie, a ściślej kierownictwa tych partii. Ten brak bezpośredniej zależności polityków od wyborców, a szerzej od społeczeństwa, skutkuje bowiem, jak to wykazałem w sformułowanym przez siebie prawie Fredericka Forsytha, tworzeniem się poczucia wyższości u polityków, a w konsekwencji również i nieodpowiedzialności oraz bezkarności.

Socjopolityczne prawo Forsytha sformułowałem w 2013 roku następująco: „Słaba zależność bezpośrednia, aż po jej brak, grup władzy w państwie od obywateli i społeczeństwa, tworzy obiektywną sytuację socjopolityczną, która w praktyce sprawowania władzy rodzi silną korupcję, niski poziom praworządności i wysoki poziom niekompetencji.

To słabość zależności bezpośredniej osób i grup władzy od obywateli i społeczeństwa, tworzy poczucie wyższości w stosunku do tychże. Poczucie wyższości jest socjologiczną internalizacją obiektywnej sytuacji politycznej posiadania władzy, przy słabości politycznego podporządkowania tej władzy obywatelom, a w konsekwencji egzekwowania od niej odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Utrzymywane przez dłuższy czas poczucie wyższości, rodzi arogancję i poczucie bezkarności osób i całych grup społecznych sprawujących władzę. W konsekwencji to poczucie arogancji i bezkarności, prowadzi do korupcji, ale także osłabiania praworządności i pogarszania sprawności działania osób i grup sprawujących władzę. A długotrwałe i potwierdzane codzienną praktyką sprawowania władzy poczucie bezkarności prowadzi do korupcji, łamania praworządności i nieudolności, jako stałego elementu praktyki sprawowania władzy. I dotyczy to zarówno władzy wykonawczej, ustawodawczej, jak i sądowniczej”.

„Piątka Kaczyńskiego” jest więc pochodną partyjnej ordynacji do Sejmu i bezpośrednim efektem działania prawa Forsytha. To ogromny cynizm polityczny kierownictwa partii PiS i jej rządu pozwolił na sformułowanie oferty wyborczej korupcji za ponad 40. mld zł. A jego strukturalnym warunkiem jest partyjna ordynacja wyborcza do Sejmu. To ona tworzy poczucie wyższości i bezkarności u polskich polityków.

Strajk nauczycieli i upadek systemu oświaty

Rozpoczęcie 8 kwietnia br. masowego, a zapowiadanego od kilku miesięcy, strajku nauczycieli, z żądaniem podwyżki wynagrodzeń o 1000 zł, a następnie podwyżki o 30 proc., nie jest również przypadkowe. „Przeoczenie”, nabrzmiewającej od wielu lat, w tym od ponad 3 w ramach rządów PiS, kwestii głębokiej pauperyzacji w sferze wynagrodzeń pracowników opłacanych z budżetu, w tym nauczycieli w liczbie ponad 600 tys., jest też pochodną polskiego systemu partyjnego. Jest to „przeoczenie” spowodowane stosunkiem kierownictwa PiS do grup zawodowych, od których władza w państwie nie jest bezpośrednio zależna, jak jest w przypadku wojska i policji. Jest to stosunek będący pochodną poczucia wyższości i arogancji.

I czy można się dziwić, że pauperyzowani od kilkunastu lat, a zdegradowani płacowo jeszcze relatywnie w czasach rządów PiS nauczyciele, widząc bezsensowne miliardowe rozdawnictwo, by nie powiedzieć rozrzutnictwo socjalne, zdecydowali się ostatecznie na strajk? Jak można było bezsensownie rozrzucić 43 miliardy złotych w ramach wyborczego przekupstwa, a nie zadbać o zagwarantowanie co najmniej 7, a maksimum 17 miliardów złotych dla zdegradowanego płacowo i jawnie burzącego się już z tego powodu zawodu nauczycielskiego, kluczowego z punktu widzenia funkcjonowania państwa?

Otóż można było tak zrobić w ramach polskiego systemu politycznego. W polskim systemie politycznym bowiem, który nazywam partyjną oligarchią wyborczą, racja stanu, dobro publiczne i dobro państwa po prostu się nie liczą, gdyż liczą się nade wszystko interesy oligarchii partyjnych, w ramach których państwo jest dobrem głównie dla partyjnego podziału korzyści. I dlatego budżet państwa można było potraktować po trosze jak partyjną kasę. Ponieważ politycy w ogóle, a posłowie w szczególności, dzięki partyjnej ordynacji wyborczej do Sejmu nie są zależni bezpośrednio od swoich wyborców, a w konsekwencji tego partyjne elity władzy mają poczucie wyższości i bezkarności politycznej, mogą liczyć się wyłącznie ze swoimi partyjnymi interesami wyborczymi. A oderwanie od rzeczywistości, dzięki poczuciu wyższości nad wyborcami i społeczeństwem, pcha je w cynizm polityczny. I stąd mniej lub bardziej dyskretną pogardą, a co najmniej lekceważenie dla środowiska nauczycielskiego i jego żądań podwyżek płac.

Ta nieodpowiedzialność wobec konsekwencji społecznych strajku nauczycieli, jest wszakże tylko wierzchołkiem góry lodowej nieodpowiedzialności za stan całej polskiej oświaty. Została ona przez ostatnie 30–40 lat zdegradowana zarówno wychowawczo, jak i edukacyjnie. Jest to degradacja wprowadzona odgórnie przez kolejne rządy i ich ministerstwa oświaty. Nauczyciele, którzy zostali pozbawieni wszelkich istotnych środków i narzędzi wychowawczo-edukacyjnych, są tu tylko ofiarami degradacji. Polska oświata jest w stanie głębokiego i to strukturalnie upadku poziomu wychowania i kształcenia. Jego symbolem są młodzi ludzie z lekkim upośledzeniem umysłowym zdający matury oraz sięgający czasem 50 proc. odsetek młodzieży ze stwierdzonymi lekarsko dysfunkcjami, uniemożliwiającymi stosowanie i tak katastrofalnie zaniżonych kryteriów szkolnych.

Rząd PiS nie przeprowadził bowiem rządnej reformy oświaty, lecz tylko jej reorganizację, likwidującą, i słusznie, edukacyjnego potworka gimnazjów. A wymagania edukacyjne i wychowawcze nawet obniżono, zrzucając de facto na nauczycieli odpowiedzialność za okresowe oceny niedopuszczające uczniów szkół ponadgimnazjalnych, a zdejmując ją z uczniów i ich rodziców.

PiS to zresztą tylko kolejna partia rządząca, która nie widziała powodu zajęcia się postępującą katastrofą polskiej oświaty. Polskie partie są bowiem politycznie zorganizowanymi grupami własnych interesów, dla których państwo i społeczeństwo to obszary ich realizacji, by nie powiedzieć – żerowania. Fundamentalna poprawa oświaty, służby zdrowia czy szkolnictwa wyższego, to nie są interesujące problemy dla polskich partii politycznych i polskich posłów.

Osobiste post scriptum

W 1995 roku, jako poseł klubu Konfederacji Polski Niepodległej, byłem ponad 2 tygodnie gościem parlamentu brytyjskiego i obserwowałem z bliska jego prace. Miałem też niespotykaną okazję zobaczenia z bliska pracy brytyjskiego posła w jego okręgu wyborczym. Kilka dni byłem bowiem gościem posła opozycyjnej wówczas Partii Pracy w jego okręgu wyborczym w południowej Walii.

Brytyjski poseł, wybierany w jednomandatowym 52-tysięcznym okręgu wyborczym, spędza w nim co tydzień czas od piątku do poniedziałku, przeznaczając zwykle wtorek do czwartku na obrady Izby Gmin. W piątek rano o 9.00 przyjechaliśmy na otwarte dla wszystkich spotkanie posła do jednej z miejscowości jego okręgu. W sali sportowej czekała na nas kolejka około 120 osób, które chciały się nim spotkać. Wraz ze swym asystentem-prawnikiem, przyjął ich wszystkich do godziny 16.00. Z każdym przeprowadził krótką merytoryczną rozmowę o problemach, z którym jego wyborcy przyszli po poselską pomoc. To były z reguły żywotne problemy życiowe, od socjalno-rodzinnych, po płacowo-zawodowe, acz również dotyczące miasta i regionu, gdzie mieszka, aż po skalę całej Brytanii. Poseł udzielał wyjaśnień, porad i zaleceń, aż po obietnice załatwienia problemu w odpowiednich instytucjach. Asystent notował i ewentualnie umawiano się na kolejne spotkanie dla załatwienia sprawy.

I tak przez 7 godzin. W poniedziałek zaś było analogiczne spotkanie w innej już miejscowości jego okręgu wyborczego. W ciągu miesiąca więc brytyjski poseł spotykał się z blisko 1000 swoich wyborców, a w ciągu roku z ponad 10 tysiącami. I z każdym rozmawiał, starając się pomóc rozwiązać jego problemy. I to nie jego brytyjska pracowitość i rzetelność nakazywała mu tak traktować swoich wyborców, tylko wyborczy system JOW, gdzie jest się bezpośrednio zależnym od woli większości wyborców w swoim okręgu. I trzeba się ich słuchać i im pomagać, bo wybiorą w następnych wyborach konkurenta, który poprzednio wybory przegrał. Dlatego brytyjscy posłowie znają życie swych wyborców od podszewki i media nie są im do tego konieczne. Nie ma też szans na nieznajomość problemów i oderwanie od rzeczywistości, jak i butę oraz poczucie wyższości.

W systemie brytyjskim opartym na ordynacji wyborczej JOW „piątka Kaczyńskiego” byłaby niemożliwa, gdyż byłaby niewytłumaczalna dla wyborców oraz bezużyteczna dla ich politycznego przekupienia. Tam nie można wygrać wyborów stawiając na przekupienie poszczególnych grup wyborców. Tam trzeba zdobyć względną większość wszystkich wyborców. Ale nade wszystko nie dałoby się tej większości przekonać do sensu tego posunięcia.

W systemie brytyjskim również powszechny strajk nauczycieli i powszechny upadek edukacji byłby niemożliwy. Brytyjscy posłowie nie zaryzykowaliby rozrzucaniem miliardów funtów w sytuacji rozlewającej się fali niezadowolenia wśród kluczowej dla państwa grupy zawodowej. Zapobiegliby jej. Ale też wiedzieliby, co naprawdę dzieje się w ich systemie oświaty.

I tym między innymi różni się Wielka Brytania od Polski. Oprócz oczywiście ordynacji wyborczej do parlamentu.

20 kwietnia 2019

 

607 wyświetlen