Data, która stała się początkiem końca Niepodległej Polski, zasługuje na upamiętnienie i powinna być dla nas powodem do refleksji historycznej nad przyczynami upadku naszego państwa, nad polityką naszych ówczesnych elit, a przede wszystkim do refleksji nad aktualnym stanem naszych spraw państwowych, żeby się upewnić, że dzisiaj polskie elity już nie powtarzają tych samych błędów. I, naturalnie, nad stanem tych elit, nad ich jakością i sposobem w jaki realizują swoje społeczne i narodowe zobowiązania.

70 rocznica klęski wrześniowej obchodzona jest z wielką pompą i donośnym biciem w bębny. Pojawiła się lawina artykułów publicystycznych, audycji telewizyjnych i radiowych, dzisiaj na Westerplatte spotykają się delegacje państwowe ok. 20 państw, wygłaszane są mowy polityków polskich i obcych. Szczególne zainteresowanie i emocje wywołuje obecność na tych uroczystościach Władimira Putina i Angeli Merkel, co samo w sobie jest ciekawostką, nie całkiem zrozumiałą z punktu widzenia logiki. Gdyby komuś te wizyty kojarzyły się z przybyciem cesarza Henryka IV do Canossy, aby się tam ukorzyć przed papieżem Grzegorzem VII, to warto pamiętać i o tym, że w kilka lat później ten sam przepraszający Henryk zajął Rzym, a na miejsce Grzegorza wprowadził antypapieża Klemensa. Kiedy więc szefowie niemieckiego i rosyjskiego rządów przybywają do nas z takimi pokutnymi misjami, to w dwójnasób warto się zastanowić nad tym, o co im naprawdę chodzi?

Historia II wojny światowej uczy nas dobitnie, że w polityce międzynarodowej nie ma miejsca na sentymenty, że jest to bezwzględna gra interesów i każdy naród powinien dobrze strzec interesu własnego, bo nikt się nad nim litować nie ma zamiaru. Dotyczy to przede wszystkim polityki państw, które mają strategiczne i geopolityczne interesy, dla których istnienie suwerennych państw, takich jakim była II Rzeczpospolita, jest zawsze cierniem w bucie i przeszkodą na drodze realizacji ich dalekosiężnych planów. Polska została napadnięta przez Niemcy i Związek Sowiecki, ale została zdradzona przez swoich wielkich sojuszników, Francję i Wielką Brytanię, z którą elity polskie wiązały wielki nadzieje. Dziś wiemy dobrze, że to gwarancje brytyjskie i francuskie zmieniły kierunek agresji Hitlera, albowiem wiedział on doskonale, że Polska wywiąże się ze swoich zobowiązań i że napaść na Francję i Anglię spowoduje uderzenie polskie na Niemcy. Rzesza w 1939 roku nie mogła sobie jeszcze pozwolić na wojnę na dwa fronty. Dlatego uderzenie niemieckie poszło najpierw na Polskę.

W tym rocznicowym zgiełku zupełnie nie znajduję tego, co jest naszym ludzkim obowiązkiem: okazanie wdzięczności i uznania tym, którzy w chwili naszej narodowej tragedii przyszli nam z prawdziwą i bezinteresowną pomocą. Nic nie słychać, żeby w Gdańsku czy gdzie indziej władze polskie w jakiś szczególny sposób uhonorowały przedstawicieli kraju, który otworzył szeroko wrota dla uchodźców z Polski, dał schronienie i pomoc polskiemu rządowi, żołnierzom i ludności cywilnej: nic nie słyszę o Rumunii, a w programie oficjalnych wystąpień nie znajduję nazwiska rumuńskiego premiera czy prezydenta? Dlatego chociaż tutaj, pod Pomnikiem Bolesława Chrobrego, chciałbym zwrócić się do p. Cornela Calomfirescu, który przez wiele lat, jako Konsul Honorowy Republiki Rumuńskiej we Wrocławiu, był z nami, wspomagał nas i w czasach "Solidarności" i stanu wojennego i swoim osobistym przykładem udowadniał nam, że ten wielki i kulturalny naród europejski zasługuje szczególnie na naszą wdzięczność i sympatię. Politycy, zajęci codziennymi intrygami i strategicznymi kombinacjami, mogą o tym nie pamiętać, ale tym bardziej powinniśmy pamiętać my, obywatele Rzeczypospolitej.

Polacy, we wrześniu 1939 i przez długie lata II wojny światowej z niezrównanym męstwem i ofiarnością bili się o swoje suwerenne państwo. To państwo zniszczono, prze pół wieku usiłowano wyeliminować wszelką myśl o niepodległości i suwerenności. Nie udało się to Niemcom, nie udało Sowietom. Stanisław Staszic uczył nas: "Paść może i Narów wielki – zginąć tylko nikczemny". Jako naród przeszliśmy nie najgorzej tę historyczną próbę: z powstaniem "Solidarności" odżyły nasze nadzieje i pragnienia. Przekonaliśmy się, że suwerenność narodowa to idea, która głęboko zapadła w dusze Polaków.

Dzisiaj stoimy przed kolejną próbą. Ta próba może się okazać cięższa, trudniejsza do przebycia niż próba wojny, niemieckiej i sowieckiej okupacji. Dzisiaj znowu mówią nam, że suwerenność to anachronizm, to przeżytek, że powinniśmy z ufnością oddać się pod opiekę Zjednoczonej Europy, która lepiej wie czego nam potrzeba do szczęścia niż my sami. Dzisiaj to, co jest w polskim interesie decydowane jest przez jakieś tajemnicze gremia i daleko poza Polską. Tzw. polska elita polityczna ochoczo poddaje się temu dyktatowi, gdyż w ten sposób rozgrzesza się z odpowiedzialności przed narodem, a zachowuje apanaże i przywileje.

Klęska wrześniowa i lekcja II wojny światowej powinna nas nauczyć, że w naszych sprawach możemy polegać tylko na sobie. O nasze interesy nie będzie dbał nikt, jeśli my sami o nie nie zadbamy. Abyśmy mogli dbać skutecznie konieczna nam jest własna, autentyczna, polska elita polityczna. Nie możemy polegać na tych, którzy wczoraj po instrukcje jeździli do Moskwy, a dzisiaj jeżdżą do Brukseli.

Skąd taką elitę wziąć, gdzie jej szukać? Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych proponuje Polakom i Polsce połączenie się w celu zmiany systemu wyborczego do Sejmu i wprowadzenia takiego systemu, jaki mają u siebie nasi jakoby wielcy sojusznicy, Amerykanie i Anglicy: wybory w małych, jednomandatowych okręgach wyborczych. Jak nam się to uda, to nasi przedstawiciele nie będą jeździć do Brukseli po instrukcje, ale po to, żeby tam bronić polskiego interesu i polskiego punktu widzenia.

(Wystąpienie na uroczystości z okazji 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej, Wrocław, 1 września 2009)

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.