Polskie państwo ogłosiło na 6 września ogólnokrajowe referendum, wydzielając na jego przeprowadzenie 100 mln złotych. Następnie postanowiło referendum zbojkotować, a pieniądze wyrzucić w błoto. Obecnie państwo polskie, podobnie jak za czasów socjalizmu, bohatersko walczy z problemami, które samo wymyśliło. Obywatelom, którzy postanowili wspomóc państwo, skutecznie wybija to z głowy.

Uczestnicy Ruchu JOW od 1 czerwca prowadzą intensywną akcję edukacyjną, jeżdżąc po Polsce z prelekcjami, odwiedzają miasta i miasteczka, organizują cykliczne spotkania w użyczonych lokalach, pubach, na plażach i ulicach. W kilku miastach zorganizowali punkty informacyjne JOW, centra dystrybucji materiałów poglądowych, przygotowanych przez wolontariuszy z Wrocławia, wydrukowanych za pieniądze ze składek obywateli i rozsyłanych po kraju.

Słowem, obywatele organizują się, poświęcają swój czas, rezygnują z letniego wypoczynku, finansują referendum z własnej kieszeni, użyczają i oddają na potrzeby referendum swoje możliwości i zasoby. Co robią w tym czasie instytucje państwowe i funkcjonariusze państwa?

– Wygląda na to, że jesteśmy jedynymi, którzy dali się nabrać – mówi woJOWnik z Koszalina. – Chwilami mamy wrażenie, że bierzemy udział w zabawie – państwo zarządziło referendum, puściło oko do publiczności i teraz z rozbawieniem obserwuje, kto dał się na to nabrać. Nie dali się nabrać wszyscy, jako dobrze poinformowani, którzy to państwo reprezentują lub z niego dostatnio żyją – politycy, parlamentarzyści, media publiczne, działacze partyjni, naukowcy.

Pierwszy cios – a jakże! – spadł na referendum z samej wysokości, to znaczy z Sejmu Rzeczypospolitej. Już po ogłoszeniu pytań referendalnych, posłowie praktycznie unieważnili trzecie z nich, nowelizując ordynację podatkową i wprowadzając do prawa zasadę zawartą w pytaniu referendalnym.

Następnie do generalnej rozprawy z referendum przystąpiły partie polityczne, które co roku inkasują od państwa od 70 do 100 mln zł na to, żeby „doskonalić polski system polityczny” i „zwiększać udział obywateli”. To powinniśmy zrozumieć, idzie kampania wyborcza i partie w zdrowym odruchu pilnowania koryta wybierają przyszłość, zamiast zajmować się zachciankami i fanaberiami przypadkowego społeczeństwa, któremu przewraca się w głowach od nadmiaru demokracji. Taktyka polega więc na psuciu referendum, prób poszerzenia zakresu, destrukcji celów referendalnych oraz opłacaniu hejterów internetowych toczących morderczą kampanię przeciw państwowemu referendum za partyjne, czyli państwowe pieniądze.

Tymczasem zwykli obywatele, którzy organizują się do referendum, bo uwierzyli w powagę państwa, są blokowani przez media należące do państwa, zwane dla żartu publicznymi. Przez dwa miesiące publiczne radio w Koszalinie nie zainteresowało się fenomenem samoorganizacji społeczeństwa na rzecz państwa w tym mieście. Dziennikarskie jaśniepaństwo nie przyjmuje też zaproszeń na organizowane dla nich konferencje prasowe. Nie interesuje ich, chociaż tak się składa, że właścicielem ich firmy jest państwo. Gdyby taki numer wycięli prywatnemu właścicielowi mediów, szybko zrozumieliby swój błąd, w przypadku państwowego, z właścicielem liczyć się nie trzeba. Wiadomo, państwowe, czyli niczyje.

Państwo polskie pozwoliło zagranicznym wydawcom przejąć niemal całą prasę regionalną, bez żadnych ograniczeń, nawet – jak się okazuje – bez potrzeby respektowania polskiego porządku prawnego i zwyczajowego poszanowania państwa, które otworzyło dla nich swój rynek. Dzisiaj są one stroną sporu politycznego, tocząc otwartą walkę z zasadniczym punktem referendalnym (JOW) i bojkotując społeczne poruszenie referendalne. Skoro zagraniczne media otwarcie wyrażają niechęć i torpedują zarządzone przez państwo referendum ustrojowe, to jaką mamy gwarancję, że w razie kryzysu państwowego lub nie daj Boże wojny, nie zbojkotują zarządzeń porządkowych czy mobilizacyjnych?

W Polsce wszyscy nadawcy radiowo-telewizyjni muszą uzyskać państwową koncesję, która nakłada na nich zadanie „upowszechniania edukacji obywatelskiej”. Na miesiąc przed zapowiedzianym przez państwo referendum w sprawie zasadniczych, ustrojowych rozstrzygnięć, tylko nieliczni nadawcy stosują się do wymogów państwowego prawa. Wiadomo, państwowe, czyli nas nie dotyczy.

Państwo polskie przeznacza miliardy na utrzymanie uczelni wyższych, instytutów naukowych, fundacji, zajmujących się politologią, prawem konstytucyjnym, psychologią społeczną, filozofią polityczną, tymi wszystkimi kierunkami i dyscyplinami, które objaśniają fenomeny polityczne i ustrojowe. Świat akademicki jednak śpi, w przeddzień historycznego referendum, którego wynik może przesądzić o przyszłości Polski. Uczelnie zamknięte są na głucho, nie organizuje się konferencji i paneli dyskusyjnych, nie toczą się debaty, spory, polemiki. W uczelniach, miejscu ucierania się idei, myśli i poglądów, zatarły się wejściowe drzwi. Trzy miesiące wakacyjnej studenckiej laby udzieliło się też pracownikom naukowym.

Decyzją organów konstytucyjnych, państwo polskie zarządziło referendum w sprawie ustroju wyborczego i politycznego. Zarządzenie państwa zostało nieprzyjaźnie lub nawet wrogo potraktowane przez państwowe instytucje, funkcjonariuszy i pracowników państwowych, koncesariuszy czy zagranicznych przedsiębiorców korzystających z możliwości biznesowych na jego terytorium. Państwo, w ostentacyjny sposób, postanowiło wywalić 100 mln złotych polskich podatników w błoto oraz oduczyć obywateli zaangażowania na rzecz państwa.

Nikt rozsądny nie domaga się nadmiaru państwa czy przerostu jego instytucji. Dziś jednak, państwo polskie unaocznia obywatelom, że nie jest faktycznym gospodarzem na terytorium państwa. Potwierdza opinię sformułowaną przez wysokiego funkcjonariusza państwowego, że państwo polskie istnieje tylko teoretycznie.

Na zdjęciu: wolontariusze pakujący materiały JOW-owskie do wysyłki

Dyskusja - 4 Komentarzy
  1. kryho62

    08. Sie 2015,  godz. 12:32

    Bardzo dobry artykuł,dotyka sedna sprawy i pokazuje z jaką obłudą i arogancją wladzy,ma doczynienia społeczeństwo.
    Miał racje P.Kukiz mówiąc „Oni się pogubili”ogłaszając to Referendum.
    Byly preztdent Komorowski w akcie desperacji,kiedy zobaczyl siłę elektoratu, który poparł P.Kukiza w kampanii prezydenckiej,nagle zaczął głosić że od dawna jest za
    JOW-ami.Licząc, że w ten w ten sposób w drugiej turze wyborów prezydenckich,przejmie elektorat P.Kukiza.Wyborcy nie dali się na to nabrać.
    I to jest wlasnie koronny dowód na to,że obecna władza , cala klasa polityczna i wszystkie partie,będa robić wszystko,by nie oddać wladzy w ręce obywateli,którzy
    w myśl Art.4 Konstytucji są suwerenem i władza nalezy do nich.
    Strach obecnego układu jest wielki,dlatego władza bedzie bojkotować to co jej zgraża i będą to robić za pieniądze z naszych podatków.Jest to prawdziwy przejaw zgnilizny i kancerogennej struktury obecnego systemu politycznego w IIIRP.

    Odpowiedz

  2. Kamil

    05. Sie 2015,  godz. 22:16

    Patrząc okiem „PRowca” gratuluję dobrej, stonowanej i regularnie aktualizowanej strony, i muszę stwierdzić, że prezentuje się lepiej niż strona i profile Kukiza…

    Odpowiedz

  3. Jerzy Gieysztor

    05. Sie 2015,  godz. 07:12

    „państwo polskie unaocznia obywatelom, że nie jest faktycznym gospodarzem na terytorium państwa.” – realizuje bowiem cudze interesy.
    Miejmy nadzieję, że wskazane przez Autora działania uświadamiające WoJOWników na rzecz odpowiedzi „TAK” na pierwsze z pytań referendalnych, dadzą wynik, który będzie pierwszym krokiem do przywrócenia polskiemu państwu roli gospodarza realizującego interesy narodu.
    Świetny tekst, który beneficjentów sytuacji w państwie, opisanej z pozycji obywatela, powinien inspirować do przeprowadzenia generalnego rachunku ich zepsutych sumień.

    Odpowiedz

  4. bisnetus

    04. Sie 2015,  godz. 20:04

    Bardzo dobry i celny tekst. Też tak to widzę. Podczas tego referendum jak w soczewce widać całą patologię toczącą te państwo.

    Zwróćmy uwagę, że obok setek aspektów, które w Polsce działają tylko teoretycznie również „wolność słowa” działa tylko teoretycznie. Jeśli podczas referendum nie ma sposobu, aby przebić się z merytoryczną dyskusją za i przeciw do głównego nurtu mediów, to znaczy, że w Polsce nie ma czegoś takiego jak „wolność słowa”. Trzeba tutaj podkreślić skandaliczną wręcz działalność publicznych mediów, które są jak setki innych rzeczy „publicznymi mediami” jedynie teoretycznie.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.