Fatalny stan polskich nauk społecznych ma wiele przyczyn. Pierwotną był brak jakiejkolwiek weryfikacji samodzielnej kadry naukowej po 1989 roku i pozostawienie jej na kluczowych stanowiskach na uczelniach wyższych i w instytutach naukowo-badawczych. Przypomnę, że po reunifikacji Niemiec przeprowadzono taką weryfikację kadry nauk społecznych byłej NRD. Nie przeszła jej większość samodzielnych pracowników nauki. Ale to już historia.


Współczesne przyczyny to nade wszystko sposób funkcjonowania polskich uczelni, instytutów naukowych, redakcji naukowych czasopism, systemu awansów naukowych itp., itd. Mówiąc skrótowo; sytuacja w polskiej nauce jest mniej więcej taka, jaka powstałaby w siłach zbrojnych jakiegokolwiek kraju, gdyby o tych siłach całkowicie decydowała wyższa kadra dowódcza. Od obsady stanowisk dowódczych, przez zakupy uzbrojenia, po wybór misji wojskowych i sojuszy militarnych. Pytanie byłoby tylko takie: po jakim czasie taka armia nie nadawałaby się do walki? I przez analogię można powiedzieć, że mniej więcej tak wygląda sytuacja w polskich naukach społecznych. Stały się prywatnymi folwarkami samodzielnej kadry naukowej, funkcjonującymi dla zabezpieczenia i realizacji jej interesów, ambicji i aspiracji. O pozostałych naukach niewiele wiem, acz to, że przez dwa lata nie było w Polsce nawet jednego naukowca, który zmierzyłby się naukowo z haniebną propagandą „pancernej brzozy smoleńskiej”, bardzo wiele mówi choćby o stanie polskich naukach technicznych.

 

Szeroko reklamowana reforma szkolnictwa wyższego autorstwa obecnej minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbary Kudryckiej, jest niestety tylko nieskuteczną próbą racjonalizacji absurdu. Zamiast zająć się tym, do czego ministerstwo i minister zostali powołani, to znaczy do realizacji funkcji właścicielskich państwa wobec uczelni wyższych i instytutów, w tym sposobu nadzoru właścicielskiego nad funkcją zarządzania, reforma poszła w kierunku „ręcznego” ograniczania patologii, typu pracy samodzielnych pracowników naukowych nawet na siedmiu etatach czy powszechnego nepotyzmu na uczelniach wyższych. Nawet wprowadzenia przejrzystości konkursów otwartych na zatrudnianie pracowników naukowych okazało się nieudane. Jeśli sami pracownicy naukowi decydują o tym, kto będzie z nimi później współpracował, a więc i współkonkurował, to wynik może być tylko taki, jaki każdy może przewidzieć. No, z wyjątkiem polskiej minister nauki i szkolnictwa wyższego.

 

Końcowym rezultatem jest rzadkiej wody oportunizm w polskich naukach społecznych. I to już w skali międzynarodowej. W maju zeszłego roku powstało pierwsze w historii Stowarzyszenie Światowej Ekonomii bazujące na sieciowej współpracy internetowej on-line. Jest to związane zresztą z szerszym zjawiskiem wyraźnie rysującego się światowego przełomu naukowego w postaci całkowitego odrzucenia neoliberalizmu i to jako doktrynerskiej ideologii. Ponieważ międzynarodowa grupa założycielska składała się również ze znanych mi i cenionych przeze mnie nazwisk ekonomistów głównie amerykańskich, przystąpiłem do tego Stowarzyszenia. Bodaj miesiąc temu dostałem e-maila z centrali w Londynie z prośbą o pomoc dla przyciągnięcia ekonomistów polskich. Na 7 400 członków ze 140 krajów świata było bowiem tylko 15 z Polski. Odpowiedziałem, że problem leży raczej nie w niewiedzy, lecz we wszechwładzy w polskiej ekonomii ideologii neoliberalizmu i to jeszcze w doktrynalnej wersji Washington Consensus. Londyńska centrala odpisała – My Ciebie rozumiemy.

 

Wszechwładny oportunizm prowadzi oczywiście do uwiądu badań naukowych. Nauka bowiem polega na tworzeniu nowych tez, hipotez i pojęć. Czyli na nieustannej produkcji kontrowersyjności. Kontrowersyjności oczywiście z perspektywy oportunizmu. A to już jest zamach na ogólny stan w polskich naukach społecznych. I takich kontrowersyjnych ludzi się wyklucza, a przynajmniej marginalizuje. I po latach jest to, co widać.

 

Choć oportunizm to zjawisko społeczne wszędzie występujące, a wynikające z konformizmu społecznego zachowań ludzkich, to specyfiką polskiego oportunizmu w naukach społecznych jest sięganie po cenzurę prewencyjną. Polega ona na niemożności opublikowania artykułu naukowego czy książki uznanej za naukową, ze względu na konieczność zrecenzowania ich przez samodzielnych pracowników nauki. Praktycznie więc każda nowa teza, hipoteza czy pojęcie uznane za kontrowersyjne podlega ocenzurowaniu w postaci negatywnej recenzji.

 

Świadom tej sytuacji doświadczanej przeze mnie osobiście, udałem się we wrześniu 2010 roku aż do Berlina na konferencję naukową zorganizowaną przez Niemiecki Instytut Polski w Darmstadt. Pojechałem tam z referatem o konfliktach społecznych w polskim górnictwie po 1989 roku. Prawdę powiedziawszy zgłosiłem swój akces na tę konferencję, ponieważ chciałem zmusić siebie samego do zamknięcia naukowego tematu górnictwa węgla kamiennego, którym zajmowałem się dość intensywnie w latach 90. Ale jakoś przeoczyłem, a może tylko nie pojąłem znaczenia faktu, że współorganizatorem tej polsko-niemieckiej konferencji był Instytut Studiów Politycznych PAN. Referat wygłosiłem i spotkał się z dużym zainteresowaniem zarówno niemieckich, jak i polskich uczestników. Następnie na prośbę Instytutu w Darmstadt napisałem na jego podstawie i pod takim samym tytułem artykuł. I wszystko było w porządku przez 15 miesięcy, łącznie z jego tłumaczeniem na język niemiecki, do momentu terminu druku materiałów pokonferencyjnych. Na dwa miesiące przed tym terminem nagle otrzymałem e-maila od dyrekcji Instytutu, że artykuł jest nienaukowy i że podjęli decyzję o jego wycofaniu. Te okoliczności wyraźnie wskazują, iż decyzja o ocenzurowaniu tomu pokonferencyjnego zapadła w Polsce i miała charakter kategorycznego weta ze strony kogoś z ISP PAN w Warszawie, po zapoznaniu się z zawartością już przygotowanego do druku tomu. Zażądałem więc recenzji. Gdy jej po trzech miesiącach nie otrzymałem, skierowałem protest na ręce prezydenta Instytutu, byłej przewodniczącej Bundestagu, prof. dr Rity Süssmuth. Pani prezydent podtrzymała decyzję dyrekcji, ale wymusiła, jak się domyślam, na niej recenzję, na którą poniżej odpowiedziałem. Ponieważ na podstawie tego artykułu napisałem cykl 7 artykułów popularno-naukowych dla kanadyjskiego tygodnika polonijnego „Nowy Kurier” oraz umieściłem je na portalu „Prawica.net”, portal ten stał się mimowolnym obiektem dyskursu naukowego między mną a dyrektorem Instytutu. Dlatego pozwoliłem sobie zamieścić część owego dyskursu właśnie na „Prawicy.net”, z powyższym uogólniającym komentarzem.

 

 

 

 

Dąbrowa Górnicza, 26.05.2012


dr Wojciech Błasiak

 

 

Odpowiedź na recenzję prof. dr. Dietera Bingena mojego artykułu – „Protesty społeczne w górnictwie węgla kamiennego w Polsce po 1989 roku: tło, przyczyny, przebieg oraz konsekwencje”.

 

W swym proteście z 29 marca 2012, w związku z nagłym i niespodziewanym wycofaniem przez kierownictwo Niemieckiego Instytutu Polskiego w Darmstadt mojego artykułu z pokonferencyjnego tomu „Legitymacja i protest”, skierowanym na ręce prezydenta Instytutu prof. dr Rity Süssmuth, zażądałem jego standardowej recenzji. Tę recenzję, podpisaną przez dyrektora Instytutu prof. dr. Dietera Bingena otrzymałem drogą e-mailową 26 kwietnia 2012. Po jej przeanalizowaniu stwierdzam to, co poniżej.

 

Przede wszystkim pragnę przypomnieć, iż Instytut dokonał faktycznych ingerencji cenzorskich w niemiecki tekst tłumaczenia poprzez celowe opuszczenie fragmentów z oryginalnej wersji polskiej bez powiadamiania mnie o tym. Po czymś takim, nie powinienem prowadzić już jego dyrektorem żadnej wymiany korespondencji. Biorę to wszakże w etyczny oraz intelektualny nawias i odpowiadam na tą recenzję.

 

Po pierwsze, recenzja nie spełnia wymogów formalnych standardowej recenzji naukowej, gdyż nie jest ani zewnętrzną, ani wewnętrzną recenzją naukowca zajmującego się procesami społecznymi i gospodarczymi w polskim górnictwie po 1989 roku. Przy całym moim szacunku dla niewątpliwego i poważnego dorobku naukowego prof. dr. D. Bingena, nie ma on kompetencji by ocenić mój artykuł. Nie jest ekonomistą, a jego główny zarzut merytoryczny dotyczy właśnie mojej tezy ekonomicznej o obiektywnej rentowności wydobycia polskiego węgla. Prof. dr D. Bingen nie rozumie podstawowej prawdy ekonomii jako nauki, iż jakikolwiek wynik finansowy jest tylko punktem wyjścia do analiz ekonomicznych. Prof. dr D. Bingen nie jest też badaczem konfliktów społecznych, a jego główny zarzut metodologiczny dotyczy wykorzystania przeze mnie podstawowej metody badawczej w socjologii w analizach wszelkich konfliktów społecznych, a konfliktów z udziałem strony rządowej nade wszystko, jaką jest obserwacja uczestnicząca. Wykazując wszakże swoją dobrą wolę i chęć współpracy, biorę w intelektualny nawias ten zarzut i przechodzę do analizy merytorycznej tej recenzji.

 

Po drugie, recenzja miała być merytorycznym uzasadnieniem postawionych mi zarzutów, które uzasadniały wycofanie artykułu. Były to dwa zarzuty. W przesłanym mi 27 stycznia 2012 roku e-mailu prof. dr Dieter Bingen i dr Peter Oliver Loew stwierdzili, że mój artykuł cechuje (1) brak obiektywizmu i wybiórcza baza danych ekonomicznych i budżetowych oraz (2) wyraźnie stronnicza interpretacja aktywizacji na korzyść ratowania polskiego sektora górniczego, różnych grup społecznych i politycznych, zaś Instytut posiada całkiem inne dane, które pozwalają na zgoła inną interpretację upadku polskiego górnictwa. Tymczasem w recenzji prof. dr D. Bingena nie ma ani jednego zdania odniesienia do tych zarzutów. Ba, nie ma nawet jednej liczby czy faktu z owych całkiem innych danych. Tym samym recenzja nie spełnia merytorycznych wymogów uzasadnienia wycofania mojego artykułu. Wykazując wszakże swoją dobrą wolę i chęć współpracy, biorę w nawias intelektualny ten dyskwalifikujący recenzję zarzut i przechodzę do jej dalszej analizy merytorycznej.

 

Po trzecie, głównym nowym zarzutem jest twierdzenie, iż artykuł nie jest na zapowiedziany temat. Recenzent stwierdza, iż Nie oczekiwaliśmy ogólnej teorii transformacji lub naukowych rozważań o restrukturyzacji polskiego górnictwa węgla kamiennego. Tekst nie jest ogólną teorią transformacji ani rozważaniami o restrukturyzacji polskiego górnictwa. W tym celu wystarczy go tylko pobieżnie przejrzeć. Tekst jest, zgodnie z moim tytułem, a nie z Państwa oczekiwaniami, tak jak moje wystąpienie na konferencji – o tle, o przyczynach, o przebiegu i o konsekwencjach protestów społecznych w górnictwie. Wystąpienie na konferencji było z konieczności danego mi czasu krótsze, a merytorycznie nie różniło się niczym, poza jedną, ostatnią stroną artykułu. Ta ostatnia strona, nie przetłumaczona w wersji niemieckiej przez Instytut, zawiera wniosek, iż restrukturyzacja górnictwa jest empirycznym dowodem na istnienie ukrytych celów transformacji i jej zależnym, kompradorskim charakterze, do którego doszedłem dopiero w trakcie pisania tegoż artykułu.

 

Aby naukowo wyjaśnić przebieg protestów społecznych, tak jak każdego badanego zjawiska, konieczne jest przeanalizowania ich szerszego kontekstu, w tym wypadku kontekstu społecznego, politycznego i ekonomicznego, czyli tła. Każda naukowa analiza zjawisk ma też za cel wyjaśnienie ich przyczyn. Sam opis faktów i ich zestawienia nie jest analizą naukową. Jest statystyką lub publicystyką. Nie jestem ani statystykiem, ani publicystą. Jestem naukowcem. Każda też naukowa analiza stara się, o ile to możliwe, uchwycić skutki analizowanych zjawisk i procesów, czyli ich konsekwencje. Każda bowiem analiza naukowa, od astrofizyki po nauki społeczne, wychodzi od powierzchni empirycznie stwierdzalnych faktów, po to by wyjaśnić tworzące je związki przyczynowo-skutkowe, aż po opis prawidłowości, tendencji i struktur. I te właśnie związki przyczynowo-skutkowe protestów społecznych tkwiły w samej transformacji i procesie restrukturyzacji górnictwa. Gdyby mój artykuł był ograniczony tylko do przebiegu protestów społecznych, byłby artykułem nie na sformułowany temat i nie miałby naukowego charakteru. W istocie więc recenzent sformułował absurdalny zarzut, że artykuł należy zdyskwalifikować, gdyż jest naukowy i napisany na temat, co powinno zakończyć moją odpowiedź na recenzję. Wykazując wszakże ponownie swoją dobrą wolę i chęć współpracy, biorę ten dyskwalifikujący zarzut w intelektualny w nawias i przechodzę do dalszej analizy tej recenzji.

 

Po czwarte, recenzja zmieniając zarzuty koncentruje się na dwóch problemach; na prezentowanej przeze mnie 1) analizie powodów i skutków restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego i na (2) ideologicznej nadbudowie artykułu.

 

Ad. 1). Recenzent odrzuca dowodzoną przeze mnie na podstawie przedstawionych w artykule analiz ekonomicznych w makroskali i mikroskali tezę o obiektywnie wysokiej rentowności ekonomicznej wydobycia węgla kamiennego. Uzasadnieniem jest to, iż neguję kryzys strukturalny i nie uwzględniam w rachunku ekonomicznym katastrofalnej sytuacji środowiska naturalnego.

 

Jeśli przez kryzys strukturalny rozumieć warunki przechodzenia z gospodarki realnego socjalizmu do rynkowej gospodarki kapitalistycznej, to jest on uwzględniony explicite, gdy piszę, iż głęboka restrukturyzacja podsektora górnictwa węglowego była koniecznością po 1989 roku i przedstawiam fakt, iż opracowane były na zlecenie Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność” przez pracowników naukowych Politechniki Śląskiej już w 1990 roku plany takiej restrukturyzacji. Ale nie one stały się podstawą tej restrukturyzacji lecz program Banku Światowego ze stycznia 1991 roku. Podaję również fakty o istnieniu innych a alternatywnych wobec programu Banku projektach. 

 

Górnictwo nie było główną przyczyną katastrofalnej sytuacji środowiska naturalnego w regionie w 1989 roku, lecz była nią emisja zanieczyszczeń głównie przemysłu ciężkiego, od hutnictwa żelaza i stali poczynając, a na przemyśle chemicznym kończąc. Górnictwo miało w tym też swój udział i uwzględniałem go poprzez uwzględnienie kosztów szkód górniczych wypłacanych przez kopalnie i spółki. Żadna ze znanych mi i opisywanych w artykule decyzji o likwidacji kopalń nie powoływała się na podnoszone w recenzji dodatkowe ekonomiczne koszty ekologiczne i nie prezentowała takich wyliczeń. Recenzent ich też nie przedstawił.

 

Kolejnym argumentem na odrzucenie tej mojej tezy oraz całego artykułu jest fakt, iż nigdzie w literaturze recenzent nie odnalazł tak apodyktycznej tezy jak moja oraz że nie uwzględniłem bogatej polsko- i angielskojęzycznej literatury na trudny temat (Wojciech Suwala, Kaja Gadowska, Marian Radetzki, Eugeniusz Mokrzycki, Kazimierz Kloc, Eugeniusz Morawski, Adrian Cebula, Heiko Pleines, Barbara Blaszczyk, Raporty CASE, Roman Ney).

 

Każdy naukowiec ma bezwzględny obowiązek w swych badaniach uwzględnić istniejące inne stanowiska naukowe, jeśli istnieją oraz stanowiska innych naukowców, jeśli wnieśli oryginalny wkład w te stanowiska. W Polsce lat 90. XX wieku były prezentowane tylko dwa stanowiska w sprawie ograniczania wydobycia węgla i likwidacji kopalń, aspirujące do miana naukowych. I są do dzisiaj.

 

Pierwsze stanowisko uzasadniało likwidacyjną restrukturyzację w wersji Banku Światowego utrzymując, iż wydobycie węgla jest trwale nierentowne w odniesieniu do większej lub mniejszej ilości zamykanych kopalń. Było to stanowisko powszechne w polskiej nauce oraz tych naukowców zagranicznych, którzy się na jej danych opierali. Jego przedstawiciele, wymienieni przez recenzenta z imienia i nazwiska, a można by przywołać jeszcze następnych kilkadziesiąt nazwisk naukowców, albo implicite, albo explicite utożsamiali nierentowność ekonomiczną wydobycia węgla ze stratami finansowymi kopalń. Żaden z nich wszakże nie przeprowadził podstawowych badań i analiz ekonomicznych powodów strat finansowych kopalń i narastającego zadłużenia górnictwa. Żaden z nich nie przeprowadził fundamentalnych analiz uwzględniających cenę parytetową węgla czyli potencjalną cenę węgla importowanego do Polski, jaką musieli by płacić krajowi odbiorcy, gdyby zdecydowano się zaprzestać własnego wydobycia. Jest to ich dyskwalifikacja naukowa, dlatego że ekonomia jest nauką, a nie sztuką rachunkowości finansowej. Dla naukowca parającego się ekonomią i ekonomikami szczegółowymi wynik finansowy jest dopiero punktem wyjścia do ekonomicznych analiz.

 

Odnosząc się wszakże dodatkowo i mimo wszystko do wymienionych z nazwiska przedstawicieli tego stanowiska, pragnę zauważyć ich zasadnicze ograniczenia naukowe w dziedzinie ekonomii. Prof. dr hab. inż. Wojciech Suwała i prof. dr hab. inż. Eugeniusz Mokrzycki oraz prof. dr hab. Roman Ney to przedstawiciele technicznych nauk górniczych, którzy nie są ekonomistami i trudno od nich wymagać samodzielnych analiz przede wszystkim makroekonomicznych. Dr Kaja Gadowska i dr Adrian Cebula to socjolodzy, którzy nigdy nie prowadzili samodzielnych analiz sytuacji ekonomicznych kopalń, nie mówiąc o makroekonomii. Eugeniusz Morawski to były minister przemysłu odpowiedzialny za podjęcie w 1993 roku bezprecedensowej ekonomicznie decyzji o zamuleniu przygotowanego już do wydobycie najgrubszego pokładu węglowego w Europie, pokładu „Reden” o 24. metrowej grubości, w zlikwidowanej jego decyzją kopalni „Paryż” w Dąbrowie Górniczej. CASE to prywatna fundacja lobbingowa, której rola polegała na pseudonaukowej legitymizacji neoliberalnej polityki gospodarczej w wersji Washington Consensus wicepremiera finansów prof. dr hab. Leszka Balcerowicza. A prof. dr hab. Kazimierz Kloc i dr Barbara Błaszczyk to ludzie pracujący dla tej fundacji. Heiko Plaines jest politologiem, który nie miał do czynienia z gospodarką i ekonomią. Jedynym poważnym ekonomistą w tym gronie wydaje się być szwedzki ekonomista prof. dr Marian Radetzky, acz nie znam jego prac, bo i znać nie muszę, aby twierdzić to co twierdzę w swoim stanowisku.

 

Drugie stanowisko głosiło, że górnictwo węgla kamiennego jest obiektywnie wysoce rentowne ekonomicznie, a straty finansowe są w zasadniczej części wynikiem sterowanego cenami zbytu węgla, celowego zadłużania kopalń i spółek węglowych, w warunkach inflacji i polityki aprecjacji złotego. To drugie stanowisko reprezentowali w latach 90. XX w tej sprawie tylko dwaj naukowcy. Pierwszym był zmarły kilka lat temu doc. dr Gabriel Kraus i to on miał bezsprzecznie największy oryginalny dorobek naukowy w stworzeniu tego stanowiska. Drugim był niżej podpisany dr Wojciech Błasiak. Dopiero z początkiem 2000 roku zbliżone stanowisko zajął publicznie prof. dr hab. Wiesław Blaschke, pracujący wówczas z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a w grudniu 2002 roku 14 naukowców z tej samej Akademii, na czele z jej późniejszym rektorem prof. dr hab. Antonim Tajdusiem, podpisało otwarty list do ówczesnego premiera Leszka Millera, zajmując implicite podobne stanowisko. Moja apodyktyczna teza, jak to recenzent nazwał, wynika po prostu z mojej pewności co do rzetelności moich analiz naukowych i tego, że tzw. historia po dwudziestu kilku latach powoli przyznaje doc. dr. G. Krausowi i mnie rację. Nasze stanowisko było też faktycznie jedynym naukowym stanowiskiem w latach 90. XX wieku, gdyż poddaliśmy szczegółowej analizie powody finansowych strat kopalń, zarówno w aspekcie makroekonomicznym, jak i mikroekonomicznym oraz wykorzystaliśmy w pełni inne wykonane w ten sam sposób analizy. To stanowisko zaprezentowałem w pełni w artykule, jak również oryginalny w nim wkład naukowy G. Krausa.

 

Spełniłem więc całkowicie wymagane standardy naukowe artykułu. Zarzut recenzenta jest więc bezpodstawny.

 

Aby zdezawuować dodatkowo moją wiarygodność naukową recenzent posunął się też wręcz do manipulacji, polegającej na podawaniu moich stwierdzeń, przy równoczesnej zamianie kontekstu ich odniesienia, co jest manipulacyjnym montażem. Jest to następujący fragment recenzji: Na pierwszych 10 stronach Pan głównie bazuje na własnych osądach, tezach o charakterze spekulatywnym oraz artykułach z gazet. Pan mówi, że Pana źródła to przede wszystkim artykuły z prasy ponadregionalnej, regionalnej i związkowej, „wyniki badań socjologicznych i ekonomicznych”. Ich autorem nierzadko jest Pan sam. Broszury związkowe, artykuły z „Rzeczpospolitej”, dr Gabriela Krausa lub z „Trybuny Śląskiej” nie wystarczają aby udowodnić prawidłowość Pana tez.

 

Moje tezy o ekonomicznej rentowności wydobycia węgla nie były nigdzie uzasadniane osądami, spekulatywnymi tezami i artykułami z gazet. Moje tezy były oparte na wyliczalnych ekonomicznie analizach naukowych z podawaniem źródeł i kluczowym argumencie o niezastosowaniu w polityce cen węgla elementarnego w takiej sytuacji mechanizmu ceny parytetowej oraz podaniem wyliczeń tej ceny. Natomiast tylko dane o samych konfliktach społecznych w górnictwie były oparte o analizy prasy. Ponieważ głównymi podmiotami konfliktów były związki zawodowe, przeanalizowałem szczegółowo wszystkie wydania w analizowanym okresie tygodnika związku zawodowego „Sierpień 80” i wszystkie wydania tygodnika konkurencyjnego związku zawodowego „Solidarność”. Był to mój elementarny obowiązek zobiektywizowania naukowej analizy danych o konfliktach. I nie miało to nic wspólnego z uzasadnieniem tezy o rentowności ekonomicznej wydobycia węgla. Chociaż mogło mieć. Jedyna opublikowana w tym okresie analiza kierownika Zakładu Ekonomiki i Badań Rynku Paliwowo-Energetycznego Polskiej Akademii Nauk w Krakowie prof. dr hab. inż. Wiesława S. Blaschke, która mówiła o rentowności ekonomicznej eksportu węgla nawet w warunkach okresowej nieopłacalności finansowej tego eksportu, została zamieszczona w 2000 roku w tygodniku związkowym „Kurier Związkowy”. Nie odwołałem się do niej celowo, gdyż tego typu zabiegi manipulacyjne jakie stosuje recenzent, są w polskiej nauce stosowane bardzo często. I zapobiegawczo nie chciałem się na nie narazić. Przeanalizowałem również wszystkie wydania codzienne „Rzeczpospolitej” w tych latach. Była ona źródłem informacji o faktach. Jest to najczęściej cytowana krajowa gazeta, której pozycja w Polsce odpowiada pozycji „New York Timesa” w USA. Czy ktoś zarzuciłby Paulowi Krugmanowi, że jest niewiarygodny naukowo, gdyż publikuje (zresztą obecnie już co tydzień) w „New York Timesie” swoje artykuły? A recenzent czyni mi taki zarzut z powodu jednego z moich artykułów zamieszczonych w „Rzeczpospolitej”.

 

Recenzent zarzuca mi też, iż odwołuję się zbyt często, jego zdaniem, do wyników własnych badań socjologicznych i ekonomicznych oraz do wyników badań doc. dra G. Krausa. Jeśli byłem jedynym polskim socjologiem, który badał największy w historii Europy strajk górniczy w grudniu 1992 roku, to do czyich jeszcze badań mam się odwołać? Jeśli doc. dr G. Kraus był do 1997 roku jedynym naukowcem, który przeprowadził makroekonomiczne analizy przyczyn finansowych strat kopalń i spółek, a ja byłem jedynym ekonomistą, który przeprowadził w tym czasie mikroekonomiczne analizy przykładów takich strat w wypadku poszczególnych kopalń, to do czyich badań mam się jeszcze odwołać?

 

Tym samym wykazałem całkowitą bezzasadność kolejnych zarzutów recenzenta.

 

 

Ad. 2) Zarzuty sformułowane w tym punkcie przez recenzenta to zarzuty o ideologicznej nadbudowie mojego artykułu. Jeśli formułuje się zarzut o ideologiczności tego artykułu, to trzeba wykazać, jakie mity ideologiczne są w nim zawarte. W konsekwencji zaś trzeba wykazać, jaki te mity tworzą ideologiczny przedmiot urojony, a tym samym niszczą naukową perspektywę mojego artykułu. Ideologia nigdy nie jest nad czymś nadbudowana lecz wbudowana w sposób myślenia, po to, aby uzasadniać i ułatwiać przeżywanie swojego stosunku, zwykle politycznego, do rzeczywistości. Bez takiej analizy mitów i przedmiotu urojonego zarzut jest merytorycznie pusty. Recenzent zaś takiej analizy nie dokonał i takich mitów oraz przedmiotu urojonego nie wskazał. A tak się dowodzi istnienia ideologiczności i ideologii w wypowiedziach. Tym samym nie udowodnił swojego zarzutu. Zamiast tego wysunął wobec mojego artykułu zastrzeżenia, mające na celu zdyskredytować, a przynajmniej obniżyć wartość mojej osoby jako naukowca, a tym samym pośrednio zdezawuować sam artykuł. Wykazując wszakże ponownie swoją dobrą wolę i chęć współpracy, biorę w nawias i to również, i przechodzę do analizy merytorycznej zawartych w zastrzeżeniach treści.

 

Recenzent stawia mi zarzut stronniczości i jako argumentu używa podany przeze mnie fakt wykorzystania w moim artykule socjologicznej metody obserwacji uczestniczącej. Była ona możliwa tylko dzięki temu, iż w różnych okresach lat 90. byłem ekspertem i doradcą regionalnych związków zawodowych „Solidarności 80” oraz „Solidarności”, a także partii politycznej Konfederacji Polski Niepodległej oraz posłem do polskiego parlamentu z jej listy.

 

Zarzut jest sformułowany następująco: Zamiast opisu różnych interesów i wartościowań Pan otwarcie bierze stronę „Solidarności 80”, „Sierpień ‘80” oraz KPN, których członkiem Pan był (polski tekst, s. 23). Oczywiście ma Pan pełne prawo się zaangażować tu i tam, o to nie chodzi. Tym trudniej i ważniej jednak jest staranie się o obiektywną analizę naukową.

 

Metoda obserwacji uczestniczącej jest jedną z podstawowych naukowych metod w socjologii. A w przypadku konfliktów społecznych, gdzie w grę wchodzą wielkie emocje społeczne, jest to metoda podstawowa, gdyż korzystanie tylko z metody wywiadów socjologicznych czy analiz medioznawczych, jest korzystaniem z informacji już zinterpretowanej, a nawet zreinterpretowanej. W sytuacji zaś gdy stroną konfliktu jest strona rządowa, z jej możliwościami wykorzystywania aparatów państwa i wpływu ma media, a tak było w analizowanych przeze mnie konfliktach, brak zastosowania socjologicznej metody obserwacji uczestniczącej dyskwalifikowałby naukowo całe badania. Czyli recenzent dyskwalifikuje mój tekst z powodu zastosowania metody, bez której tekst nie miałby naukowego charakteru. To ta metoda umożliwiła mi docieranie nade wszystko do źródłowych danych nie tylko o przebiegu samych konfliktów, ale przede wszystkim źródłowych danych finansowych i ekonomicznych samych kopalń. Bez tych danych byłbym, tak jak inni naukowcy, zdany wyłącznie na zmanipulowane dane oficjalne. A bycie ekspertem i doradcą w dwóch konkurencyjnych związkach zawodowych, które zajmowały skrajnie odmienne stanowiska w sprawie restrukturyzacji, umożliwiało mi obiektywizację moich informacji. Bycie doradcą i ekspertem jest występowaniem w roli naukowca, a nie działacza związkowego. Nigdy też nie byłem członkiem ani „Solidarności 80”, ani „Sierpnia 80’”, ani KPN. Byłem członkiem i działaczem „Solidarności” na Uniwersytecie Śląskim od września 1980 roku do października 1990 roku. Wystąpiłem z tego związku w listopadzie 1990 roku w proteście przeciwko poparciu przez związek zawodowy „Solidarność” rządowej koncepcji prywatyzacji gospodarki. Nie przeszkodziło mi to w niczym pełnić funkcję zatrudnionego na etacie oficjalnego doradcy Zarządu Regionu „Śląsko-Dąbrowskiego” NSZZ „Solidarność w Katowicach w latach 1991 – 1992. Ten fakt wszakże recenzent skrzętnie pominął, gdyż psułby tworzony przez niego celowo negatywny wizerunek mojej osoby, jako nieobiektywnego uczestnika zdarzeń, które opisuję w artykule. Bycie zaś posłem do polskiego parlamentu oraz pełnienie w nim funkcji wiceprzewodniczącego jednej z najważniejszych parlamentarnych komisji, jaką była ówczesna Komisja Przekształceń Własnościowych, z ramienia jedynej antykomunistycznej partii istniejącej w PRL-u i w całym imperium radzieckim, i to od 1979 roku, jaką była Konfederacja Polski Niepodległej, trudno uznać za niszczenie perspektywy naukowej. Czy fakt, iż prezydent Niemieckiego Instytutu Polskiego prof. dr Rita Süsmmuth była i jest posłem do niemieckiego Bundestagu z ramienia partii CDU oraz była przewodniczącą Bundestagu, w czymkolwiek ogranicza jej naukowość? Myślę, sądząc po swoich doświadczeniach, że jest odwrotnie, gdyż daje jej szerszy horyzont społecznego widzenia i potęguje dostęp do informacji, w tym również poufnych i tajnych. Dodam też, że nie ma różnych prawd dla różnych uczestników konfliktu. Prawda jest jedna. Można być jej bliżej lub dalej, a nawet bardzo daleko. Gdyż nie jest to średnia ważona poglądów i stanowisk leżąca gdzieś pośrodku.

 

Recenzent zarzuca mi też, iż wyjaśniam istnienie odłamów ruchu solidarnościowego zdradą Solidarności, „zdrajcami” w postaci Solidarności i Wałęsy i „puczem” Wałęsy. Jest to oczywista nieprawda. Nigdzie nie użyłem słowa zdrada i zdrajcy i jest to manipulacja, które ma niszczyć mój wizerunek naukowca. Użyłem zaś określenia pucz związkowy, zgodnie ze znaczeniem słowa pucz używanym w naukach społecznych i podałem twarde fakty tego dowodzące. Żadnego z nich recenzent nawet nie próbował podważyć. W całym tym fragmencie recenzent stosuje ten sam sposób stawiania zarzutów – nie jest w stanie podważyć żadnego z faktów czy obliczeń, a podważa wyciągane stąd moje wnioski i przekształca je tak, że stają się mocno niewiarygodne lub wręcz absurdalne.

 

Recenzent postawił zarzuty nawet wobec tego fragmentu tekstu, który wycofałem z ostatecznej wersji mojego artykułu. Fragment ten prezentował moją hipotezę o istnieniu w Polsce ukrytego panowania postkomunistycznej oligarchii polityczno-finansowej, która była rzeczywistym podmiotem transformacji oraz restrukturyzacji górnictwa. Wycofałem ten fragment, gdyż po wymianie e-maili z redaktorem tomu pokonferencyjnego, uznałem, iż w tak skrótowej formie moja hipoteza o istnienie ukrytej formy panowania społecznego w Polsce, będzie dla czytelnika niemieckiego zupełnie niezrozumiała – nie będzie się mu mieściła w głowie. I jak widać po wypowiedzi recenzenta istotnie tak jest. Nie dziwię się zresztą temu, gdyż mnie samemu nie mogła się ona pomieścić w głowie i to przez kilka lat moich badań. 

 

Kolejny zarzut to zarzut posługiwania się przeze mnie spiskową teorią dziejów, gdyż piszę o jawnych i niejawnych uzgodnieniach i pertraktacjach w końcu lat 80. władz komunistycznych. Po pierwsze nie znam na gruncie nauki takiej spiskowej teorii dziejów. Takiej teorii naukowej nie ma. Jest natomiast takie propagandowe i publicystyczne określenie używane w Polsce. Używa się go celowo dla dyskredytacji tych osób, które w swych analizach wykryły ukrywane przed opinią publiczną działania polityczne komunistów i postkomunistów, a szczególnie komunistycznych i postkomunistycznych służb specjalnych. A każdy naukowiec, który zajmował się naukowo polityką powinien wiedzieć, że ukrywanie rzeczywistych celów i intencji jest w polityce jeśli nie regułą, to zjawiskiem wyjątkowo częstym. I to zarówno w polskiej, jak i niemieckiej praktyce politycznej. Gdyby poważnie potraktować słowa recenzenta, to np. układ Ribbentrop – Mołotow z sierpnia 1939 roku należałoby nazwać układem o współpracy między III Rzeszą a Związkiem Radzieckim. Twierdzenie bowiem, że był to układ o rozgraniczeniu stref w przyszłej agresji wojennej na Polskę, na gruncie wyjaśnień recenzenta, to spiskowa teoria dziejów. Bezpośredni zaś udział i nadzór Banku Światowego nad restrukturyzacją polskiego górnictwa udokumentowałem źródłowo. O tym, jak w sposób poufny i niejawny, acz niezwykle skuteczny działa dyplomacja amerykańska dla realizacji interesów gospodarczych USA po 1945 roku w świecie, można zaś obszernie dowiedzieć się choćby z fundamentalnej pracy amerykańskiego historyka i ekonomisty Michaela Hudsona – „Super Imperializm. The Origin and Fundamentals of U.S. World Dominance”, Second Edition, Pluto Press, London-Sterling, Virginia, 2003. Dodam też, iż w grudniu 2011 roku w programie TVP 3 były szef Agencji Wywiadu postkomunistycznego rządu Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Zbigniew Siemiątkowski, publicznie potwierdził, iż tajne rozmowy na poziomie wywiadów PRL i USA, de facto o polskiej transformacji, rozpoczęły się jeszcze w 1988 roku.

 

W kolejnym swoim zarzucie recenzent próbuje dyskwalifikować mój artykuł twierdzeniem, iż został on wcześniej opublikowany rok temu na dwóch portalach internetowych, w tym jednym mi nieznanym, o czym nie poinformowałem dyrekcji Instytutu. Jest to zarzut również nieprawdziwy. W 2011 roku napisałem 7 tekstów publicystycznych, a w istocie popularno-naukowych, pod ogólnym tytułem „Jak niszczono polskie górnictwo węglowe w III RP” – łącznie 57 stron, opartych merytorycznie na recenzowanym artykule, dla dwutygodnika Polonii kanadyjskiej „Nowy Kurier. Polish – Canadian Independent Courier” w Toronto. Są one zamieszczone na portalu internetowym tego czasopisma – http://www.nowykurier.com/. Dodatkowo zamieściłem je na polskim portalu „Prawica.pl” – http://prawica.net/. W każdym z tych tekstów było zdanie o tym, iż jest on publicystyczną wersją opartą na recenzowanym artykule. Nie musiałem o niczym informować strony niemieckiej, gdyż upowszechnianie w wersji publicystycznej oraz popularno-naukowej treści własnych badań naukowych jest normą w całym świecie naukowym.

 

Na zarzut o to, iż znalazła się w tym cyklu artykułów popularno-naukowych moja hipoteza o zjawisku ukrytego panowania społecznego postkomunistycznej oligarchii polityczno-finansowej, która się recenzentowi nie podoba (choć nic mi nie wiadomo o żadnych jego prośbach na ten temat, które zresztą bym wyśmiał), mogę odpowiedzieć tylko tyle, że władza cenzorska recenzenta do Kanady i Polski nie sięga. I chciałbym przy tej okazji przypomnieć recenzentowi, że jestem niezależnym polskim naukowcem, a nie chłopcem na intelektualne posyłki niemieckiego instytutu.

 

Podsumowując, po pierwsze, dyrekcja Polskiego Instytutu Niemieckiego w Darmstadt złamała elementarne procedury naukowe wycofując z druku mój artykuł bez jego recenzji, a sformułowanych ad hoc zarzutów nie była w stanie nawet próbować udowodnić. Po drugie, przesłana mi recenzja dyrektora Instytutu jest również złamaniem procedur naukowych, gdyż jej autor nie był kompetentny naukowo by w ogóle recenzować mój artykuł.  Po trzecie, w swej recenzji dyrektor Instytutu wysunął nowe zarzuty, których również nie był w stanie dowieść, co powyżej wykazałem. Po czwarte i piąte, zastosował w recenzji argumenty ad personam by podważyć moje kompetencje naukowe, a nawet posunął się do manipulacyjnego montażu i manipulacji. Biorąc wszystko to łącznie pod uwagę straciłem ostatecznie swoją dobrą wolę i chęć współpracy.

To co zrobiła dyrekcja Instytutu jest zastosowaniem cenzury prewencyjnej wobec mojego tekstu. Dyrekcja nie była w stanie ani podważyć tez mojego tekstu, ani znaleźć wiarygodnego naukowca z Niemiec lub z Polski, który zechciałby się tego podjąć. Zastosowanie cenzury prewencyjnej miało na celu niedopuszczenie do ukazania się wyników moich analiz o rzeczywistym przebiegu samych protestów społecznych w polskim górnictwie. Miało uniemożliwić opublikowanie informacji o rzeczywistych powodach restrukturyzacji górnictwa czyli trwalej likwidacji eksportu polskiego węgla. Miało wreszcie uniemożliwić publikację w obiegu naukowym kluczowego wniosku o zależnym i kompradorskim charakterze samej transformacji i decydującej roli komunistycznych elit władzy w jej przeprowadzaniu. Dość niespodziewanie bowiem nawet dla mnie samego, artykuł o protestach społecznych w górnictwie stał się naukowym dowodem na ukrywanie rzeczywistych celów polskiej transformacji i jej rzeczywistych autorów oraz celową dezinformację polskiej opinii publicznej na masową skalę społeczną i to w okresie kilkunastu lat transformacji. Tym samym artykuł demaskował propagowany przez główny nurt nauk społecznych w Polsce, szczególnie polskiej politologii, kluczowy mit propagandowy o suwerennej transformacji gospodarczej w ramach tzw. planu Balcerowicza. To dlatego prof. dr D. Bingen kilkakrotnie w recenzji czynił z tego tytułu w różnej formie zarzut wobec tego końcowego wniosku. Ten artykuł podważał bowiem sens i rezultaty dwudziestoletniej pracy setek utytułowanych polskich naukowców z dziedziny politologii, socjologii, ekonomii i historii współczesnej. Wszystkie kluczowe wnioski zawarte w artykule dezawuują bowiem legitymizowane przez polskie nauki społeczne propagandowe mity o III Rzeczypospolitej i jej genezie oraz transformacji gospodarczej. I to było powodem zastosowanie cenzury prewencyjnej przez dyrekcję Instytutu. Ta cenzura dyskwalifikuje i naukowo, i etycznie, sam Instytut i jego dyrekcję.

 

Na koniec zaś recenzji dyrektor Niemieckiego Instytutu Polskiego w Darmstadt prof. dr D. Bingen posunął się do twierdzenia, iż w swoim tekście obrażam i poniżam politycznego przeciwnika. Przede wszystkim nikogo i w niczym nie obrażałem. Dlatego też recenzent nie był w stanie przytoczyć żadnego obraźliwego i poniżającego określenia czy kontekstu. Bo ich nie ma. Nie mam politycznych przeciwników, gdyż nie jestem politykiem lecz naukowcem. Moimi przeciwnikami są tylko wrogowie prawdy. A tą recenzją prof. dr D. Bingen stanął po stronie wrogów prawdy. W tej sytuacji wycofuję swoje uznanie naukowego charakteru dla Niemieckiego Instytutu Polskiego w Darmstadt w obecnej jego formule i pod obecnym kierownictwem oraz rezygnuję z wszelkich z nim dalszych kontaktów.

 

Z przynależnym poważaniem,

Wojciech Błasiak

 

 

Do wiadomości:

1) Prof. dr Rita Süssmuth, Bundestagspräsidentin a. D, Präsidentin Deutsches Polen Institut Darmstadt

2) Uczestnicy konferencji „Legitimation und Protest” – Berlin, 23/24 September, 2010

 

 

 

About Wojciech Błasiak

ekonomista i socjolog, dr nauk społecznych, niezależny naukowiec i publicysta, działacz Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW

Dyskusja - 3 Komentarzy
  1. Wojtas b'Sportas

    16. Cze 2012,  godz. 09:57

    Jest paradoksem iż do wiedzy o demokracji angielskiej przeciętny zjadacz chleba musi sięgać do wydania z 1946 roku (Konstanty Grzybowski, 108 stron o form. 21 x 14,5 cm). Mamy posuchę wydawnictw popularnych na tym odcinku – proszę wpisać w google to dwu wyrazowe hasło. Publikacje naszego Pana Profesora (i nie tylko) to tylko perełki wśród ogromu chwastów. A przydałaby się unacześniona publikacja o demokracji angielskiej.

    Odpowiedz

  2. Andrzej Czachor

    05. Cze 2012,  godz. 11:11

    Nie znam się na sprawach górnictwa, ale poniższe cytaty stanowią tak znakomitą kondensację myśli i tak cenny przykład precyzji wypowiedzi, że pozwalam sobie je wyeksponować, tak dla przykładu. Z pozdrowieniem dla Autora – Andrzej
    „…sytuacja w polskich naukach społecznych. Stały się prywatnymi folwarkami samodzielnej kadry naukowej, funkcjonującymi dla zabezpieczenia i realizacji jej interesów, ambicji i aspiracji. O pozostałych naukach niewiele wiem, acz to, że przez dwa lata nie było w Polsce nawet jednego naukowca, który zmierzyłby się naukowo z haniebną propagandą „pancernej brzozy smoleńskiej”, bardzo wiele mówi choćby o stanie polskich naukach technicznych.”
    Szeroko reklamowana reforma szkolnictwa wyższego autorstwa obecnej minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbary Kudryckiej, jest niestety tylko nieskuteczną próbą racjonalizacji absurdu. Zamiast zająć się tym, do czego ministerstwo i minister zostali powołani, to znaczy do realizacji funkcji właścicielskich państwa wobec uczelni wyższych i instytutów, w tym sposobu nadzoru właścicielskiego nad funkcją zarządzania.
    Wszechwładny oportunizm prowadzi oczywiście do uwiądu badań naukowych. Nauka bowiem polega na tworzeniu nowych tez, hipotez i pojęć. Czyli na nieustannej produkcji kontrowersyjności. „

    Odpowiedz

  3. Andrzej Czachor

    05. Cze 2012,  godz. 09:37

    sytuacja w polskich naukach społecznych. Stały się prywatnymi folwarkami samodzielnej kadry naukowej, funkcjonującymi dla zabezpieczenia i realizacji jej interesów, ambicji i aspiracji. O pozostałych naukach niewiele wiem, acz to, że przez dwa lata nie było w Polsce nawet jednego naukowca, który zmierzyłby się naukowo z haniebną propagandą „pancernej brzozy smoleńskiej”, bardzo wiele mówi choćby o stanie polskich naukach technicznych.
    Szeroko reklamowana reforma szkolnictwa wyższego autorstwa obecnej minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbary Kudryckiej, jest niestety tylko nieskuteczną próbą racjonalizacji absurdu. Zamiast zająć się tym, do czego ministerstwo i minister zostali powołani, to znaczy do realizacji funkcji właścicielskich państwa wobec uczelni wyższych i instytutów, w tym sposobu nadzoru właścicielskiego nad funkcją zarządzania

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.