czyli jak zapewnić i utrzymać kierowniczą, a jak wymusić służebną rolę partyj politycznych.

Wielka skala i zasięg negatywnych zjawisk oraz decyzje rządzących, sprzeczne z interesem społecznym, odbierane są jako skutek upartyjnienia państwa. Zatem jego usunięcie jest dążeniem uzasadnionym. W poszukiwaniu przyczyny tego upartyjnienia, rozważmy najpierw, niezbyt w czasie odległą i aktualną analogię, pomiędzy różnymi praktykami prawno-ustrojowymi.

Gdy zwolennikom inżynierii społecznej spodobała się koncepcja komunizmu, na użytek jego wdrożenia, Lenin wymyślił Kierowniczą rolę partii. Uniwersalną zasadę-hasło, która miała być wytyczną we wszelkim działaniu władzy i stała się filarem komunistycznej dyktatury. Prawne umocowanie tej zasady w życiu państwowym, wymagało pełnego podporządkowania woli partii, tworzącej prawo Rady Najwyższej. Wprowadzono więc kontrolę procesu wyborczego, łącznie z publikowaniem wyników głosowania. Dla sterowania procesem wyborczym, w wyborach do tej Rady (oraz rad pozostałych szczebli) – pozorując ludowładztwo – wprowadzono zgłaszanie kandydatów. Jednak pod warunkiem ich akceptacji przez partię, jako kierowniczą siłę narodu. Przedstawicieli Narodu – Deputowanych do tej Rady, „wybierano” więc spośród tak zgłaszanych kandydatów. Ponieważ rodzaj sposobu zgłaszania kandydatów przesądza o tym, komu służą wybory, to odpowiednie zadekretowanie tego sposobu w wyborach do organów władzy, było kluczowym rozwiązaniem prawnym dla sprawowania przez partię kierowniczej roli w społeczeństwie. De facto rządził wódz. Partia nowego typu – jak mówił Lenin – była wszechwładna, a upartyjnienie, tak rządzonym państwem było ekstremalne.

Pomimo tego część krytyków komunizmu lekceważy znaczenie wskazanej regulacji prawnej, źródła charakteru leninowskiej partii i jej pozycji. Historyczne doświadczenie wszystkich krajów wschodnioeuropejskich, zachęciło do prawnego uprzywilejowania partyj politycznych. I to sposobem analogicznym do zastosowanego w komunizmie. W wyborach do organów władzy nie tylko krajów Europy Wschodniej, występuje ono w różnych, ale zawsze służących partiom wariantach. Bo dla partyj, a zwłaszcza dla ich przywódców, uprzywilejowanie zwłaszcza przy zgłaszaniu kandydatów w wyborach, zawsze jest atrakcyjne.

W polskich wyborach sejmowych jest to konieczność zgłoszenia pełnych list kandydatów, w co najmniej 21 okręgach wyborczych (spośród 42). Każda lista musi być poparta przez minimum 5 000 podpisów, łącznie 105 000 podpisów. Do wyborów dopuszczani są tylko kandydaci zatwierdzeni i uszeregowani przez wodzów partyj, według ich osobistej oceny. Indywidualne kandydowanie jest wykluczone. Wielkie rozmiary okręgów wyborczych redukują poznawanie kandydatów. Zatem wyborcy głosując, zatwierdzają tylko większość wcześniejszych partyjnych decyzji. System wyborczy tego rodzaju, pozorujący demokrację, uzależnia posłów od układających listy wyborcze. Odziera to posłów z indywidualnej odpowiedzialności przed wyborcami. Ponadto w okręgach wielomandatowych brak możliwości odwoływania posłów, gdyż indywidualne rozliczanie przez wyborców jest nierealne. Tak więc partie, wygrywające kolejne wyborcze plebiscyty, pozyskują rolę kierowniczą dzięki przywilejowi układania list wyborczych, który jest jądrem wielomandatowego systemu wyborczego. Do sprawowania kierowniczej roli rządzącej partii wystarczają bierni, mierni, byleby tylko w głosowaniach byli wierni. Ale obnażanie tego mechanizmu jest niezgodne z kanonem wolności słowa w partiokracji, więc wspólny front mediów wszystkich opcji politycznych przemilcza istnienie tego przywileju. I dlatego jego istnienie jest nieobecne w świadomości wielu obywateli. Jednocześnie sposób zniesienia tego przywileju tj. postulat JOW, jest tak konsekwentnie i hałaśliwie deprecjonowany, że w świadomości niektórych staje się zagrożeniem. Tym bardziej, że jego zasady wyborcze są ciągle za mało znane.

Fundamentalną zasadą postulatu JOW jest równa dla wszystkich pełna swoboda indywidualnego kandydowania w wyborach do Sejmu RP. Zrównuje ona kandydatów w prawach wyborczych, a przez to pozbawia partie ich uprzywilejowanej pozycji. Tworzy sytuację otwartego konkursu. Dla uzyskania optymalnych efektów konkursu, wybory przeprowadza się w okręgach jednomandatowych, o wielkości [1] pozwalającej na bezpośrednie docieranie kandydatów do wyborców. Równość prawa do kandydowania obejmuje też finansowanie kampanii wyborczej, narzucające limitowanie i ścisłą kontrolę wydatków, ponoszonych przez kandydatów. Taki konkurs w każdym okręgu, zmusza każdą partię, do wystawienia kandydata posiadającego szanse zdobycia największej liczby głosów. A to wymaga od niego wiarygodności, w ocenie wyborców. Reprezentujący partię poseł, wybrany w jakimś okręgu, dla ponownego wybrania, jest zmuszony do partnerstwa z wyborcami [2]. To wymusza jego przed nimi odpowiedzialność. Zwłaszcza, że w okręgu jednomandatowym łatwo posła na bieżąco rozliczać, a skompromitowanego odwołać. Poparcie przez wyborców, zależy od służebności wobec społecznych oczekiwań. Ponadto, przy zasadach wyborczych JOW, konkurencja pomiędzy partiami umacnia ten służebny, ergo obywatelski charakter wszystkich partyj politycznego rynku. Zależność poparcia, od służebności wobec społecznych oczekiwań, dotyczy i osobiście każdego posła, i jego partyjnej drużyny. Wybory są dniem sądu przede wszystkim nad posłami tej partii, która rządzi. Sądu także nad ewentualnymi jej ciągotami do bezpośredniego ingerowania w życie instytucji państwa. A to redukuje jego upartyjnienie.

Wodzowie partyj przekonują, że ich zdolność do zapewnienia pomyślności ojczyzny i obywateli, uzasadnia przywilej układania list wyborczych. Przeczą temu skutki, a opisane zależności wykazują, że źródłem upartyjnienia państwa jest wyborcze uprzywilejowanie partyj, a nie samo tych partyj istnienie. Gdyż partie, jako takie, były, są i będą, dopóki można się zrzeszać i przeprowadzać wolne wybory [3]. Zatem dla odpartyjnienia państwa należy tylko, i aż, zmienić rolę partyj wobec społeczeństwa. Z roli kierowniczej, którą kotwiczy ordynacja, zwodniczo nazwana proporcjonalną, na rolę służebną, którą wymuszają zasady wyborcze JOW [4].

Bo to dotychczasowa ordynacja wyborcza jest przyczyną choroby upartyjnienia państwa i je utrwala, gdyż nadaje partiom przywilej układania list wyborczych. Dlatego bez jej usunięcia, nie można usunąć przyczyny choroby. Można tylko likwidować same tej choroby skutki.

Zatem godzi się podsumować, iż samo gloryfikowanie bezpartyjności, jako cnoty w patriotycznym, obywatelskim zaangażowaniu, pozostaje jałowe, gdy jest oderwane od wskazania przyczyny upartyjnienia. I zamazuje znaczenie wprowadzenia zasad wyborczych JOW w wyborach do Sejmu RP, co jest najważniejszym postulatem ustrojowym. Warunkiem, nie tylko odpartyjnienia państwa, ale niepodległości wewnętrznej [5] i odblokowania możliwości rozwoju narodu.

[1] Okręgi jednomandatowe postulowane w Polsce w liczbie 460, zgodnej z Konstytucją, obejmują średnio ca. 67 tys. wyborców, tj. ca. 11 razy mniej, niż w 42 okręgach wielomandatowych.
[2] Zobacz: Jerzy Gieysztor Wolność pod władzą, czy partnerstwo z władzą? oraz Partnerstwo z władzą
[3] Zobacz: Jerzy Gieysztor Wolne wybory, to JOW
[4] Zobacz: Reguła wyborcza JOW
[5] Zobacz: Wojciech Błasiak Niepodległość wewnętrzna

About Jerzy Gieysztor

mgr. inż. miernictwa elektronowego; jak wspomina Jerzy Gieysztor: „Ze wszystkiego się śmieje, ale jest uparty i nie ujawnia swoich poglądów” – użalał się przedstawiciel czerwonych, kiedy w roku 1977 przeciwstawiłem się władzy Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie pracowałem przez kilka dziesięcioleci; uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW od 1998 r.

Dyskusja - 16 Komentarzy
  1. bisnetus

    27. Paź 2015,  godz. 17:55

    Trochę na „dziko” wklejam tutaj małe podsumowanie właśnie zakończonych „wyborów”:
    ++++++++++
    W związku z ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów zrobiłem wyrywkowe porównanie wyborów w Wielkiej Brytanii i Polsce w 2015 roku.

    W Wielkiej Brytanii (system JOW) Partia Konserwatywna otrzymała w wyborach 11,334,576 głosów na 46,420,413 uprawnionych do głosowania przy 66% frekwencji.
    Oznacza to, że zwycięzca otrzymał:
    – 36.9 % ważnie oddanych głosów wyborców
    – 24.4 % głosów wszystkich Brytyjczyków uprawnionych do głosowania
    – 331 mandatów na 650, czyli absolutną większość 51% w parlamencie.

    W Polsce partia PiS otrzymała 5,711,687 głosów na 30,146,694 uprawnionych do głosowania przy 51% frekwencji wyborczej.
    Oznacza to, że zwycięzca otrzymał:
    – 37.6 % ważnie oddanych głosów wyborców
    – 18.9 % głosów wszystkich Polaków uprawnionych do głosowania
    – 235 mandatów na 460, czyli absolutną większość 51% w parlamencie.

    Dodajmy wymowną ciekawostkę, że w Wielkiej Brytanii 185 tys. wyborców (0.6%) oddało swój głos nie otrzymując żadnej reprezentacji w parlamencie, czyli oddało głosy całkowicie zmarnowane.

    W Polsce 2,525,641 głosów wyborców (16.6%) poszło do kosza i nie zdołało wprowadzić do Sejmu ani jednego reprezentanta. Co więcej, głosy te oddane w dużej mierze na ZL i Razem przypadły głównie PiS-owi.

    I to by było na tyle w kwestii „zwycięzca bierze wszystko”, realnej reprezentatywności parlamentu i legitymizacji władzy w systemach proporcjonalnych i większościowych.

    Podkreślmy jednak jeszcze rzecz najistotniejszą i fundamentalną:

    W Wielkiej Brytanii odbywają się wybory CAŁKOWICIE DEMOKRATYCZNE (powszechne, wolne i równe), w których każdy obywatel ma pełne prawo udziału w wyborach zarówno jako kandydat, jak i głosujący. W Polsce wolno wybierać tylko kilka medialnie i państwowo koncesjonowanych „partii politycznych”, natomiast obywatel, który tego partyjnego dyktatu nie uznaje i pragnąłby wziąć udział w wyborach niezależnie od koncesjonowanych nomenklatur partyjnych (jako wolno głosujący lub jako kandydat) jest systemowo wykluczony z procedury wyborczej i z życia politycznego kraju. Łamie to podstawowe prawa obywatelskie oraz postanowienia polskiej Konstytucji.

    Z tego powodu aktualnie „wybrany” sejm – tak jak i poprzednie – ma faktycznie zero reprezentatywności i zero demokratycznej legitymizacji będąc praktycznie sejmem nieprawowitym i niereprezentującym Polskiego Narodu. Podobnie jak te sejmy w PRL-u zatwierdzane przez 95% ubezwłasnowolnionych i wykastrowanych z biernego prawa wyborczego „wyborców”.

    Źródła:
    a) Wyniki wyborów do polskiego Sejmu
    b) <a href="http://www.bbc.com/news/election/2015/results&quot; target="_blank"]Wyniki wyborów do brytyjskiego parlamentu

    Odpowiedz

      • Łukasz Bień

        30. Paź 2015,  godz. 08:45

        @bisnetus
        Ciekawe uwagi i wyliczenia, tylko porównywanie wyborów brytyjskich i naszych pod kątem liczby tzw. głosów zmarnowanych nie ma sensu, dlatego że u nas głosy oddane na partie, które nie zyskały w danym okręgu żadnego mandatu idą jednak do puli wspólnej i wpływają na szansę zdobycia ich w innym (chodzi mi o przekroczenie progu). W Wielkiej Brytanii jest to niemożliwe, bo tam jest tak naprawdę 650 odrębnych wyborów, które nie mają ze sobą nic wspólnego pod kątem zdobycia czy niezdobycia mandatu.
        Warto zauważyć, że ten aspekt JOW ma swoje wady i zalety – z jednej strony dla zwolenników partii „małych”, które mają równomierne, lecz niewielkie poparcie, może nie mieć sensu głosowanie na kandydatów swojej ulubionej partii, bo i tak przegra (z drugiej strony trudno nie przegrać, gdy tak wielu myśli tak samo…); z drugiej – właśnie w JOW otwiera się szansa dla kandydatów partii, ruchów lub niezależnych, którzy są rzeczywiście popularni u siebie (i nie brylują w mediach, to też ważne), a trudno im zrozumieć, dlaczego ich wybór na posła miałby zależeć od tego, czy znani i popularni są też na drugim końcu kraju.
        Jeszcze jedno – gdyby obowiązywały u nas progi wyłącznie na poziomie okręgów (tak jak postulują niektóre środowiska), wtedy bliżej byłoby naszym wyborom sejmowym do brytyjskich, bo faktycznie głosy oddane na partię przegraną w danym okręgu nie miałyby zupełnie wpływu na szanse w innych okręgach, bo nie byłoby żadnego progu ogólnokrajowego.

        PiS w tych wyborach ma niesamowitego fuksa, a tym fuksem jest odpadnięcie Zjednoczonej Lewicy, ale przede wszystkim odejście znacznej części elektoratu PO do Petru. Rozbicie poparcia za plecami PiS dało im pierwszy raz w historii Sejmu proporcjonalnego większość bezwzględną. Pecha z tej perspektywy ma PO, która przecież w 2007 i 2011 miała wyższy odsetek głosów, a mandatów o ponad 25 mniej. Jeszcze większego miała koalicja SLD-UP, bo im chytrze zmieniono formułę z D’Hondta na Sainte-Laguë (miałaby 245 mandatów). Tylko BBWR miał większość bezwzględną mandatów bez większości bezwzględnej głosów…

        Odpowiedz

        • bisnetus

          30. Paź 2015,  godz. 18:43

          Te uwagi to nie była próba porównywania systemów większościowych i proporcjonalnych, lecz próba wykazania absurdu ostatnio mocno lansowanych twierdzeń o braku reprezentatywności systemów większościowych, straszliwym efekcie „zwycięzca bierze wszystko” i tym podobnych bzdur. Parlament brytyjski jest bardziej reprezentatywny niż aktualny system proporcjonalny w Polsce. I to do potęgi dziesiątej uwzględniając powszechność, wolność i równość procedury wyborczej.

          Oczywiście wiem, że te wyniki są po części efektem przypadku i gry przypominającej rosyjską ruletkę. Dziś możemy powiedzieć bez wahania bardziej niż kiedyś, że mamy zarówno prezydenta, jak i sejm i przyszły rząd wybrane „przez nieporozumienie”.

          Zgadzam się, że trzeba być ostrożnym z porównywaniem parametrów w systemach większościowych i proporcjonalnych. Sam często reprezentuję to stanowisko. Ale z „głosami zmarnowanymi” to się Pan myli, bo to jest parametr jak najbardziej obiektywny i uwzględniany w każdej poważnej analizie systemów demokratycznych. Jeśli 2,5 miliona głosów czyli ponad 16 % oddanych głosów nie potrafi wprowadzić do parlamentu żadnego reprezentanta, to jest to okoliczność katastrofalna i kompromitująca system demokracji. A system proporcjonalny w szczególności, bo w takim przypadku nie ma mowy ani o bezpośredności, ani o proporcjonalności już nie mówiąc o reprezentatywności wyborów.

          Odpowiedz

  2. marian

    19. Paź 2015,  godz. 14:50

    To nie jest uczciwy zabieg porównywanie leninowskiego znaczenia partia a jego znaczenie w systemie demokratycznym. Zanim Lenin wymyślił kierownicza role partii była zanana jako stronnictwo ugrupowanie. W ujęciu etymologicznym to część prawnie wydzielona. Nieuczciwość polega na tym, że w społeczeństwie socjalistycznym o gospodarce rozdzielczo nakazowej rola partii polegała na rekrutowaniu przedstawicieli władzy którzy zajmowaliby sie reglamentacja dóbr koniecznych do funkcjonowania społeczeństwa.
    Współczesna rola partii to tworzenie klasy politycznej. Rolą klasy politycznej jest przejęcie i sprawowanie władzy.
    Brak struktur partyjnych w ruchu Kukiza jest jego słabością, która będzie miała bezpośredni wpływ na wynik wyborczy. Partia Korwina pomimo miałkości propozycji politycznych ale z silnymi strukturami organizacyjnymi osiągnie w mojej ocenie wynik zbliżony do Kukiza.
    Już matka Czyngis Chana uczyła że siła jest we współdziałaniu a słabość w atomizacji. Jedynym w mojej ocenie rozsądnym argumentem za JOW jest, że uczy osobistej odpowiedzialności posła przed swoimi wyborcami.

    Odpowiedz

    • Jerzy Gieysztor

      20. Paź 2015,  godz. 22:10

      marian (19. paź 2015, godz. 14:50), Rola partyj, ich charakter i znaczenie zależy od sposobu zgłaszania kandydatów w wyborach do organów władzy państwowej, a nie od porównania, którego pańskim zdaniem dokonałem, jakoby nieuczciwie. Wskazane cechy partyj, nie są też pochodną etymologicznego ujęcia. Gdyż to przywilej układania list wyborczych nadaje partiom charakter wodzowski i umożliwia im pełnienie roli kierowniczej, bez potrzeby partnerstwa ze społeczeństwem. Natomiast brak tego przywileju zmusza partie do partnerstwa z obywatelami, a przez to do roli służebnej.
      I te zależności determinują charakter ustroju państwa. A nie zapewnienia o rzekomej demokracji płynące to od jednej, a to od drugiej partii, jednak nie zamierzających zrezygnować z uprzywilejowania przy układaniu list wyborczych w wyborach sejmowych.
      Błędne jest także oczekiwanie partnerstwa ze społeczeństwem partyj lub para-partyj, nawet gdy zapowiadają dążenie do zniesienia partyjnego przywileju przez zmianę ordynacji wyborczej, ale póki co, same z niego korzystają, bo jest on zawarty w ordynacji obecnej.
      A co do siły, której źródłem jest współdziałanie: To właśnie nasze obecne partie korzystające ze wskazanego przywileju wyborczego atomizują i skłócają społeczeństwo, bo nawet członków partii dzieli konkurowanie w dostępie do korzystania z tego przywileju. Wrogiem większym jest nieraz partyjny kolega na tej samej liście wyborczej, niż kandydat na liście innej partii.
      Natomiast brak tego przywileju przy stosowaniu systemu wyborczego JOW, a przez to konieczność poszukiwania kandydata wspólnego (bo to zwiększa szanse wygrania wyborów w każdym okręgu jednomandatowym) jednoczy środowiska o zbliżonych poglądach. Skłaniając do współdziałania i do oddolnego powstawania partyj silnych poparciem obywateli. Co jest zaletą JOW równoległą do zauważonej przez Pana osobistej odpowiedzialności posła przed swoimi wyborcami.
      Zachęcam do poddania refleksji tekstów dostępnych na tym portalu, jako pomocy w głębszym zrozumieniu mechanizmów determinujących ustrojową rzeczywistość, nie tylko polską.
      PS. O lekceważeniu społeczeństwa przez mafijne partie, także komentarz Bisnetusa z .godziny 20. paź 2015, godz. 17:27 pod tym samym tekstem.

      Odpowiedz

  3. Gosia

    14. Paź 2015,  godz. 13:23

    Znakomity. Udostępniłam. Dziękuję

    Odpowiedz

  4. Tadeusz Rogowski

    12. Paź 2015,  godz. 08:59

    Bardzo dobry tekst, określający przyczyny zapaści demokratycznej w byłych krajach „demoludu”. Bardzo cenna konstatacja, że systemy polityczne w tych krajach kształtowały się w identyczny sposób, tzn. z kierowniczą rolą partii. Czy jest to świadomy, czy nieuświadomiony wybór, to rzecz wtórna, ale wiele wskazuje na to, że może to być nawet proces nieuświadomiony. Po prostu demokrację w stylu zachodnim zasiano na gruncie kierowniczej roli partii, no i wyszło z tego to co wyszło. Tak jak Miczurin, który chciał uprawiać banany na Syberii.

    Ciekawe jest również to, że w wielu krajach (tak jak dziś w Korei Północnej) istniało kilka partii – w Polsce PZPR, ZSL, SD plus tzw. koncesjonowani katolicy. Był to więc system “pluralistyczny” tzn. w ramach FJN ustalano “parytet” – ile mandatów przyznać poszczególnym partiom. W pewnym sensie dzisiejsze partie w Polsce, ustaliły też parytet (przez 5 proc. próg wyborczy oraz subwencje dla partii), z tym, że nie co do jednej sztuki jak wtedy, ale bardziej elastyczny, chociaż wszystko kotłuje się w jednym szczelnym garnku.

    Problem z przebiciem się do społeczeństwa polskiego ze sprawą JOW może mieć właśnie podłoże mentalnościowe i historyczne. Po prostu, z dziada pradziada, nie wyobrażamy sobie innego modelu demokracji. Przyczyn należy doszukiwać się w historii, niestety również przedwojennej, chociaż wtedy utrzymywanie systemu proporcjonalnego miało większe i poważniejsze uzasadnienie – spowodowane było interesem państwa, zwłaszcza jego integralności (mniejszości narodowe stanowiące większość na dużych obszarach II RP).

    Jeszcze raz gratuluję ciekawego i pouczającego tekstu.

    Odpowiedz

    • bisnetus

      15. Paź 2015,  godz. 01:11

      „Problem z przebiciem się do społeczeństwa polskiego ze sprawą JOW może mieć właśnie podłoże mentalnościowe i historyczne.”

      Problem z przebiciem się do społeczeństwa polskiego ze sprawą JOW ma moim zdaniem inne przyczyny, a mianowicie leży w perfidnym państwowym systemem ogłupiania i ubezwłasnowolnienia społeczeństwa opartym na systemie prawa (i sądownictwa) działającym tylko teoretycznie, na zupełnym zabiciu możliwości debaty publicznej przez media, które są wolne tylko teoretycznie no i w końcu na ordynacji wyborczej i systemie partyjnym, które są demokratyczne tylko teoretycznie. Społeczeństwu polskiemu można tylko zarzuć, że nie potrafi przeciwstawić się organizacyjnie, intelektualnie i akcyjnie przeciwko tej państwowej nadal totalniackiej w swojej istocie machinie, co rzeczywiście wynika z braku doświadczenia i wzorców oraz być może z wrodzonego indywidualizmu Polaków, co rzeczywiście sprzyja temu aparatowi zawłaszczonego państwa w atomizowaniu i dzieleniu społeczeństwa. Ale nie sądzę, aby społeczeństwo niemieckie, australijskie lub kanadyjskie dałyby sobie radą z takim anty-obywatelskim frontem.

      Doskonały przykład działania tego mechanizmu widzieliśmy w ostatnim referendum, gdzie mieliśmy wręcz demonstrację destruktywnego działania PKW, wszystkich mediów no i mafii partyjnych w rozwalaniu sfery publicznej oraz niestety również demonstrację bezsilności i słabość polskiego społeczeństwa, w tym również ruchów na rzecz JOW-ów. Po prostu w ruchach oddolnych (pomijając sytuacje rewolucyjne) nie da się przebić barier prawnych, informacyjnych i psychologicznych stworzonych przez system. Zwłaszcza gdy są to ruchy spontaniczne, doraźne, luźno zorganizowane a sam problem ordynacji wyborczej jest z natury skomplikowany i trudny do wytłumaczenia szerokim kręgom opinii publicznej. Przeciw zjednoczonemu frontowi nomenklatur partyjnych, urzędniczych, sędziowskich i medialnych są bez szans.

      Odpowiedz

      • Tadeusz Rogowski

        17. Paź 2015,  godz. 09:50

        Zgadzam się, ja oczywiście pisałem bardziej o pewnym podłożu, jednym z wielu czynników, które mogą mieć wpływ na trudności z przebiciem się z ideą JOW do tej części społeczeństwa, do której ta idea dotarła, ale budzi niezrozumienie. W takim znaczeniu, że co, co jest naturalne, co wypływa z zachowań właściwych człowiekowi (wybór jednego z wielu, najlepszego spośród wszystkich), napotyka na niezrozumiały opór. Często ma charakter sprzeczny z naturą człowieka. Ten problem można określić jako antropologiczny (filozoficzny). Nie wszystko da się wytłumaczyć polityką i ogłupieniem społeczeństwa przez upartyjnione media, chociaż oczywiście jest to czynnik zasadniczy.

        Trudno mi się też zgodzić do końca z opinią, że ruchy oddolne są zupełnie pozbawione szans. Obecny system, podobnie jak system peerelowski, żeby przetrwać, musi od czasu do czasu pozorować demokrację. Musi od czasu do czasu dokonywać swej legitymizacji. Z chwilą, kiedy ludzie nabierają podejrzeń, że żyją w systemie totalitarnym, musi on poluzować, musi stworzyć pozór otwartości. Ten moment, jak wiadomo, jest najniebezpieczniejszy dla złego rządu (Alexis de Tocqueville), bo wtedy do głosu mogą dojść ruchy oddolne., takie jak Ruch JOW, potrafiące cierpliwie czekać na swój dziejowy moment.

        Moim zdaniem właśnie Ruch JOW jest przykładem jak wiele mogą dokonać ludzie zdeterminowani i ideowi, działający w sposób przemyślany i racjonalny. Co by nie mówić, przy wszystkich zawirowaniach i problemach jakie wystąpiły , związanych z przyśpieszeniem po przejęciu Ruchu JOW przez młode pokolenie, idea JOW stała się w pewnej chwili centralnym zagadnieniem politycznym państwa i nadal taką rolę odgrywa. Można dzisiaj snuć różne rozważania, ale myślę sobie, że jeśli dziś w Polsce koncepcja reformy państwa przez zmianę systemu wyborczego i politycznego zyskuje tak duże poparcie społeczne (Paweł Kukiz – 20 proc. w wyborach prezydenckich; Referendum – prawie 2 mln głosów za JOW), to stało się to możliwe dzięki żmudnej wieloletniej pracy Ruchu JOW.

        Odpowiedz

        • bisnetus

          18. Paź 2015,  godz. 23:49

          Ja w ostatnim zdaniu wyraziłem się rzeczywiście kategorycznie, ale z kontekstu wcześniej wynika, że mówiłem raczej działaniu oddolnymi doraźnym akcyjnym, takim na skalę referendum albo parlamentarnych wyborów i do takich akcji niewystarczającym. Natomiast w żadnym wypadku nie chciałem kwestionować generalnie sensu działań oddolnych a tym bardziej zniechęcać. Zarówno działania Ruchy JOW doceniam a akcję referendalną wielokrotnie chwaliłem i podziwiałem, bo jak na działanie spontaniczne było w wielu punktach imponujące i wspaniałe.

          Ale to wszystko było niewystarczające do zaistniałej sytuacji i do mocy przeciwników, i w sumie zakończyło porażką. I tylko o tym mówię.

          W wielu aspektach ruchy oddolne były nieprzygotowane do referendum, a pewnych spraw nie da się po prostu dobrze zrobić w krótkim czasie. Nie było wartościowych materiałów poglądowych, dobrze przygotowanych zestawów argumentów, wytrenowanych rzeczników sprawy do występów w mediach, strategii i taktyki promocyjnej. Nawet koordynacja sympatyków JOW-ów szwankowała.

          Tu nie chodzi o krytykowanie, ale o zastanowienie się co można zrobić lepiej i aby następnym razem być lepiej przygotowanym.

          Najgorsze jest chyba to, że sieć komitetów referendalnych też się chyba rozpłynie zamiast związać się w luźne struktury organizacyjne. Kukiz to chyba zostawił i jak inne partyjki ze swoimi ludźmi już tylko w mediach pajacuje. Innych inicjatyw w tym kierunku też jakoś nie widzę. To że nie widzę, nie znaczy że ich nie ma, ale jeśli nie ma to to będzie największa szkoda, bo jeśli mówię o oddolnym działaniu to powinna być ona stała i szeroka oparta na rozległych sieciach.

          Odpowiedz

      • W.b'S.

        17. Paź 2015,  godz. 15:17

        OK. Przy obecnym indywidualizmie rodaków prawdziwym autorytetem, niejako kotwicą, winien być KK. Jednak hierarchowie nie zauważają, że przed księciem tego świata można się bronić skutecznie przy wykorzystaniu pomocy samych owieczek a nie samotrzeć. My wiemy, co nie dociera do pasterzy KK, że obecny mechanizm wybierania elity władzy świeckiej jest destrukcyjny. Kilka dni temu, na antenie tv W.Cz. Ojca Doktora, pewien Profesor zachęcał do udziału w zbliżających się wyborach argumentując dobrem Polski. Nie zauważyłem podobnej popularyzacji do udziału w referendum, w którym rzeczywiście pytano o sprawy fundamentalne. Polscy pasterze popełniają grzech zaniechania nie mobilizując wiernych=obywateli RP do brania sprawy w swoje ręce. Dopóki się to nie zmieni będzie tak jak jest a nawet gorzej. Jak potężną moc (w destrukcji) ma telewizja wiedzą tylko ci, którzy ją rzadko oglądają.

        Odpowiedz

        • bisnetus

          19. Paź 2015,  godz. 00:10

          Kiedyś miałem taki pomysł, by napisać do KEP otwarty list w tych sprawach, który przedstawiłby podstawowe wymagania demokracji i prosiłby o ustosunkowanie się episkopatu do tych spraw. Żartobliwie sobie to nawet zanotowałem jako „List jagnięcy do pasterzy KK”.

          Osobiście irytują mnie wezwania kościoła o uczestniczenie w fałszywych i niekonstytucyjnych wyborach. Albo niech się nie wtrącają wcale zostawiając cesarzowi co cesarskie, a jak wzywają to niech też się upominają o legalizm i realne uczestnictwo obywateli w wyborach. Wzywanie do udziału w wyborach w których obywatele okradzeni są z biernego prawa wyborczego to jest wezwanie do życia w fałszu. Tak jakby mówił „Pamiętaj 5 przykazanie nie zabijaj, no chyba, że szybko i siekierą”.

          Mnie w ogóle dziwi postawa KK, który tak naprawdę miałby dużo większe wpływy w państwie rzeczywiście demokratycznym, w którym „owieczki” trzymają swoich posłów w garści na terenie „swojej parafii”. Stawianie na te pseudo partyjki, które można zabić gazetą lub akcją kilku przeszkolonych kelnerów może kiedyś wyjść narodowi i KK bokiem. To było widać choćby w sprawie Chazana, kiedy brutalna hucpa liberalnych mediów doprowadziła jak za komuny to zwalniania z pracy ludzi za swoje przekonania.

          Odpowiedz

        • Jerzy Gieysztor

          19. Paź 2015,  godz. 14:17

          W.b’S. (17. paź 2015, godz. 15:17) Żywiąc przekonanie o konieczności pełnienia przez KK roli autorytetu ( kotwicy), nie wystarcza ubolewać nad nieświadomością naszych pasterzy w zakresie niedoceniania szans działania samych owieczek. Dlatego od lat podejmujemy permanentnie próby przezwyciężania nieświadomości wskazanej przez w.b.s. Znajdowanie odprysków tych prób w tekstach hierarchów, odnoszących się do życia publicznego (także ostatnio), rodzi przypuszczenie, że nasze argumenty (rozumowanie), docierają do nich, przynajmniej częściowo. Zatem można przypuszczać, ze czytane są i nasze teksty, a być może i komentarze do nich.
          Istotę problemu ujawnił pewien prominent społecznej nauki KK:
          Sobór Watykański II nakazał „politykę”, oddzielić od religii – powiedział mi zasłużony profesor jednego z czołowych katolickich uniwersytetów. I dlatego – ciągnął on swój wywód – społeczna nauka KK nie przyjmuje problemu wyborczego i postulatu JOW nawet do naukowej obróbki. Ignorował przy tym konieczność rozróżnienia zasad uprawiania polityki, od uprawiania polityki bieżącej. I to było w tej rozmowie najważniejsze
          Istotą problemu jest bowiem brak umiejętności takiego rozróżnienia, co prowadzi duszpasterzy do kwalifikowania wszystkiego, co dotyczy życia publicznego, jako brudnej „polityki”. A w konsekwencji do nieświadomej akceptacji zła, gdy, nakłaniają do uczestnictwa w wyborach, bez wskazywania, że są one przeprowadzane wg zasad wyborczych zło rodzących. I to w kontekście całkowitego przemilczenia uczestnictwa w referendum w sprawie tych zasad. Co stało się biernym dołączeniem do wspólnego frontu przeciwko obywatelskiej, a w tym i katolickiej refleksji nad tymi zasadami.
          Już kilkanaście lat temu, zapytany przez Jerzgo Przystawę : O główną przyczynę negacji postulatu JOW przez inteligencję – w tym umundurowana na czarno ? – Ojciec Profesor Mieczysław M. Krąpiec, odpowiadając, powtarzał kilkakrotnie : Brak wykształcenia ! ! !
          Więc dalej róbmy wszystko, żeby to się zmieniło, wskazując na zasadniczą różnicę pomiędzy . zasadami uprawiania polityki, od uprawiania polityki bieżącej. Gdy zaś zasady postępowania podlegają ocenie moralnej, to wskazujmy na duszpasterski obowiązek, opowiadania się po stronie prawa wyborczego skutkującego osobistą odpowiedzialnością. Warunkiem realizacji przykazania miłości, najważniejszego wiary chrześcijańskiej. I ufajmy w potęgę działania Ducha Świętego, większą od zatwardziałości ludzkich sumień.

          Odpowiedz

          • bisnetus

            20. Paź 2015,  godz. 17:27

            W swoim wpisie wspominałem o sprawie Chazana, demonstracji działania dyktatury nomenklatur partyjno-medialnych, w których prezydent Warszawy i PO musiała się wykazywać lojalnością wobec hucpiarzy z mediów liberalnych nie licząc się zupełnie ze zdaniem społeczeństwa i wyborcy.

            Wczoraj obił mi się o uszy inny przykład podobnego zjawiska z równie mafijno-partyjnych Włoch. 3/4 społeczeństwa jest przeciwko związkom partnerskim, ale władza nie musi się tam liczyć z podobnych względów co w Polsce i chce przeforsować te związki. Protesty podobno przenoszą się na ulice, bo przy urnie władza nie musi się ze społeczeństwem liczyć (dyktatura mafii medialno-partyjnych i brak biernych praw wyborczych)

            Akurat społeczeństwa tradycjonalistyczne powinny mieć szczególny interes w ustanowieniu systemu oddolnej kontroli swoich przedstawicieli u władzy i w parlamencie. I takie argumenty powinny być przedstawiane środowiskom katolickim i pasterzom Kościoła. Paru wyszkolonych kelnerów i trzech prokuratorów wystarczy by tę parotysięczną mafijkę PiS, która nikogo tak naprawdę nie reprezentuje przymusić do wprowadzenia prawa do aborcji i eutanazji. Taki już mamy system, w którym rada starszych kelnerów dzierży faktyczną władzę a obywatel i poseł się w ogóle nie liczy.

  5. bisnetus

    08. Paź 2015,  godz. 19:52

    Bardzo fajny, super klarowny tekst. Niestety, jak wszystko w Internecie bardzo przelotny. Taki z trzydniowym okresem spożycia. Potem już nikt nie będzie pamiętał.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.