/O powszechność biernego prawa wyborczego w Polsce

O powszechność biernego prawa wyborczego w Polsce

W styczniu br. Sejm uchwali prawdopodobnie nowe zasady wyborów do wszystkich organów władz publicznych, tj. Prezydenta, Sejmu, Senatu, Parlamentu Europejskiego oraz organów samorządowych wszystkich szczebli. W szczególności rozszerzony ma zostać zakres stosowania jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW).

 

Częściowo zostanie przywrócona zasada wyborów jednomandatowych w gminach do 40 tys. mieszkańców, którą gminy o tej wielkości cieszyły się przez jakiś czas w latach 90. Jedna z 314 senackich poprawek do ustawy stanowi, że także senatorowie będą wybierani w stu jednomandatowych okręgach, a nie jak dotąd, przy pomocy głosowania blokowego (plurality-at-large voting) w okręgach wielomandatowych.

 

Wydawałoby się, że rozszerzenie JOW, które proponuje składająca się z 553 artykułów nowa ustawa, to krok w dobrym kierunku, prowadzący do upodmiotowienia obywateli i umożliwiający kontrolę nad wybranymi reprezentantami. Tak rzeczywiście mogłoby być, gdyby nie drastyczne ograniczenie biernego prawa wyborczego (ballot access, nomination rules) poprzez wymóg zbierania absurdalnej ilości podpisów oraz innych barier uniemożliwiających zwykłym obywatelom ubieganie się o mandaty. Ograniczenie biernego prawa wyborczego jest tak drastyczne, że tworzy z Polski swoistego rodzaju anty-demokratyczną czarną dziurę, kuriozum na tle innych krajów Unii Europejskiej.

 

Dla przykładu, o ile w Irlandii zgłoszenie kandydatury na europosła wymaga 60 podpisów, w Wielkiej Brytanii – 0 (zero) podpisów, w Polsce można kandydować do Parlamentu Europejskiego tylko z listy, która uzyska poparcie co najmniej 10 000 (dziesięć tysięcy) wyborców. Co więcej, taką listę wolno zgłosić tylko komitetowi wyborczemu, który nie może nawet powstać bez zebrania wcześniej tysiąca podpisów.

 

Poprawka  proponująca zwiększenie ilości okręgów w wyborach do Senatu nie postuluje zmniejszenia ilości wymaganych podpisów. A przecież nowe okręgi jednomandatowe będą dwa i pół raza mniejsze! Wygląda na to, że każdy potencjalny kandydat na Senatora będzie musiał zebrać olbrzymią liczbę 2 000 (dwóch tysięcy) podpisów w jednomandatowym okręgu o wielkości ok. 350 tys. mieszkańców, a więc taką samą liczbę podpisów, jaką oryginalny projekt ustawy przewidywał dla znacznie większych okręgów wielomandatowych.

 

Ponieważ najważniejszym organem władzy w Polsce jest Sejm, należy szczególnie potępić te drakońskie przepisy ustawy, które uniemożliwiają olbrzymiej większości obywateli zdobycie poselskiego mandatu. Aby zostać posłem, trzeba najpierw utworzyć komitet wyborczy, który zarejestruje kandydatów w dostatecznej ilości okręgów. Bez tego nie można liczyć na co najmniej 5% głosów w skali kraju i uczestniczenie w podziale mandatów. Powiedzmy, że realistycznie powinna to być mniej więcej połowa, czyli ok. 20 okręgów. W każdym okręgu do rejestracji listy kandydatów potrzeba 5 000 (pięć tysięcy) podpisów, czy razem jest to 100 000 (sto tysięcy). Stanowi to dokładnie 10 tysięcy razy więcej, czyli cztery rzędy wielkości więcej, niż ilość podpisów potrzebna do zgłoszenia kandydatury na członka Parlamentu w Wielkiej Brytanii i 200 (dwieście) razy więcej niż ilość podpisów potrzebna do kandydowania na prezydenta Francji.

 

Można się pokusić o oszacowanie, jaka część populacji ma w Polsce praktyczną możliwość bądź to ubiegać się o poselskie mandaty, bądź decydować, kto może zostać posłem. Ponieważ zbieranie podpisów, to czas, można ilość wymaganych podpisów przełożyć na robociznę. Z 20-letniego doświadczenia różnego rodzaju wyborów w Polsce, można pokusić się o oszacowanie, że do zebrania pięciu podpisów potrzebna jest mniej więcej godzina pracy. A więc 100 tysięcy podpisów potrzebnych na zarejestrowanie mających szanse kandydatów w wyborach do Sejmu to równowartość około 20 tys. roboczogodzin, czyli ok. 100 roboczo-miesięcy, albo 8 roboczo-lat.

 

Co więcej, trzeba mieć możliwość użycia tego olbrzymiego potencjału robocizny w krótkim czasie kilku tygodni, jaki dany jest kandydatom na zbieranie podpisów.

 

Tylko te osoby w Polsce, które dysponują takim potencjałem, mogą zostać posłami lub decydować o tym, kto ma szanse ubiegać się o poselski mandat.

 

Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że droga do Sejmu jest zamknięta niemal przed każdym Polakiem, z bardzo małymi wyjątkami. Konstytucyjna zasada, że władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu, jest jedynie pustym frazesem. Zasada ta jest łamana przez posłów za każdym razem, kiedy głosują oni nad nową wersją prawa wyborczego.

 

Kiedy domagamy się jednomandatowych okręgów wyborczych, nie jest obojętne pominięcie innych cech prawa wyborczego niż tylko sama metoda przydziału mandatów. Najważniejszą z nich jest łatwość dostępu do list kandydatów, a więc powszechność biernego prawa wyborczego oraz równość wszystkich wobec tego prawa. Łamanie tej zasady jest pierwotną przyczyna regresu ekonomicznego i cywilizacyjnego Polski, jaki dzieje się na oczach obecnego pokolenia Polaków.


Southampton, 4 styczeń 2011

 

About Tomasz J. Kaźmierski

elektronik, nauczyciel akademicki, profesor Uniwersytetu Southampton w Wielkiej Brytanii, rektor Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie; współpracownik Ruchu na rzecz JOW od 1994 r.; e-mail: polonus.uk@gmail.com