„Milcz, byś wilka z lasu nie wyszczekał!” – mówi stare polskie przysłowie, które aktualnie robi oszałamiającą karierę w polskim życiu publicznym. Chociaż od referendum minęło zaledwie 10 dni, wydaje się jakby odbyło się ono 10 lat temu. Politycy i publicyści postanowili niewygodny dla siebie temat zamilczeć na śmierć.

Cisza referendalna zaczęła się w Polsce na trzy miesiące przed dniem głosowania i – co jest niezwykle interesujące – trwa nadal. Mimo totalnej frekwencyjnej klapy, politycy i media szybko przeszli nad tym do porządku dziennego. A przecież skala dokonanego na oczach społeczeństwa oszustwa jest tak ogromna, że aż trudno uwierzyć, że nikt nie dzwoni po policję. Titanic zatonął, a armator zabawia się w nocnym klubie.

Sprawcy ośmieszenia instytucji referendum są znani. Przed 6 września nie zapewnili społeczeństwu niezbędnej informacji, a utrzymywane przez podatników instytucje – partie, media, uczelnie, samorządy – pośrednio lub bezpośrednio działały przeciwko referendum. Wiele wskazuje na to, że osoby zobowiązane prawnie i moralnie – politycy, parlamentarzyści, funkcjonariusze państwowi, działacze partii, dziennikarze, ludzie nauki, samorządowcy – uczestniczyli w antyreferendalnej zmowie.

Głównym sprawcą uśmiercenia referendum są partie polityczne. One wzywały do bojkotu, one zaprogramowały zależne media publiczne i niepubliczne, „ekspertów” politologii, do przemilczenia lub otwartego zwalczania referendum. One, w skrajnych przypadkach, próbowały zastraszyć społeczeństwo. Partie posunęły się do zaprzaństwa, ponieważ ze swej natury mają one przyciągać i zachęcać społeczeństwo do udziału w życiu publicznym. Nie ulega też wątpliwości, że z partii wyszły dyrektywy do mediów, chociaż zapewne miały charakter nieformalny. Zmarnowano 100 mln złotych, a jeśli doliczyć do tego dotacje dla partii i koszty utrzymania systemu politycznego, skala marnotrawstwa jest jeszcze większa.

Są też skutki mniej wymierne, ale nie mniej dotkliwe dla państwa. Zmarnowano „moment ustrojowy”, a więc optymalny czas, czy też korzystny splot okoliczności społecznych i politycznych, który umożliwia pokojowe przeprowadzenie reformy. W kraju targanym kryzysem zaufania, osłabionym przez masową emigrację i drenaż kapitałowy, odebrano ludziom resztki nadziei, spacyfikowano nastroje, zmarnowano energię społeczną, zaprzepaszczono szansę na demokratyzację państwa i upodmiotowienie obywateli. Na życzenie klasy politycznej wspomaganej przez lokajstwo medialne i intelektualne, zrezygnowano z uczynienia Polaków obywatelami. Zlekceważono społeczne przebudzenie i przyzwolenie na nowe otwarcie, także poniesienie niezbędnych kosztów reformy ustrojowej. Zdemolowano instytucję referendum, która długo może nie podnieść się po tym ciosie.

O skali referendalnego oszustwa świadczy porównanie z referendum akcesyjnym z 2003 roku, w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Zarządzono wówczas głosowanie dwudniowe, nie kryjąc, że chodzi o podniesienie frekwencji. Kampania w mediach miała takie nasilenie, że chyba wtedy pojawiło się powiedzonko, żeby nie otwierać lodówki, bo zacznie nawoływać do głosowania. Instytuty naukowe i uczelnie szeroko otworzyły swoje drzwi, organizowały debaty i konferencje. Szalały samorządy, wydzielając z budżetów ogromne środki i organizując masowe imprezy promujące Unię Europejską. Związki zawodowe, stowarzyszenia, instytucje z pozoru odległe od celów referendum akcesyjnego – ochoczo przystąpiły do zmasowanej akcji. Łatwiej powiedzieć, że doszło wówczas do referendalnej histerii, niż propagandy. A przecież tamto referendum dotyczyło przystąpienia do instytucji międzynarodowej, podczas gdy obecne – podstawowych praw i wolności obywatelskich.

To wszystko nie robi na nikim najmniejszego wrażenia! To niebywałe, ale dziś w Polsce dosłownie nikt nie zadaje sobie pytania o przyczyny dramatu. Nie podnosi się żaden głos w obronie masowo i ostentacyjnie łamanego prawa. Nikt nie domaga się rozliczenia winnych ogromnego marnotrawstwa finansowego. Wszyscy gdzieś się pochowali, na próżno dziś szukać uczonych analiz, wypowiedzi „autorytetów” i „ekspertów”, partyjnych filipik w parlamencie, płomiennych tekstów tuzów publicystyki.

Niewątpliwie doszło do masowych naruszeń polskiego prawa. Najpoważniejszy zarzut dotyczy łamania Konstytucji RP. Zgodnie z art. 4 – Naród sprawuje władzę zwierzchnią przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio (referendum). Podjęte przez partie działania wymierzone w referendum są więc wypowiedzeniem posłuszeństwa Konstytucji RP. Delikt konstytucyjny jest aż nazbyt widoczny. Ustawa o Trybunale Konstytucyjnym przewiduje tryb orzekania w sprawie sprzecznej z Konstytucją działalności partii politycznych – w razie potwierdzenia zarzutów, sąd po prostu wykreśla partię z ewidencji. Bez wątpienia doszło też do naruszenia innych ustaw: o referendum, kodeks wyborczy, o radiofonii i telewizji, prawo prasowe, o partiach politycznych, o wykonywaniu mandatu posła i senatora.

Sprawcy milczą, w najlepszym razie słyszymy powtarzana jak mantra „przecież ludzie mogli pójść na referendum”. Są to argumenty tej samej jakości, co twierdzenia, że nikt nie musi głosować na „jedynki” na listach partyjnych. Nie musi, ale tak działają socjologiczne prawa i mechanizmy, i takie są też ich praktyczne skutki – liczyć się więc należy z faktami, a nie z wyobrażeniami. Skoro społeczeństwo ma samo z siebie, bez niczyjej pomocy osiągnąć wysoki stopień świadomości politycznej, to finansowanie partii, mediów publicznych, kierunków politologicznych na uczelniach, nie ma najmniejszego sensu.

Is fecit, cui prodest – uczynił ten, komu przyniosło to korzyść. Wiarołomstwo klasy politycznej i medialnej, która zniechęcała lub otwarcie wystąpiła przeciw referendum, jest wydarzeniem bez precedensu. Będzie niezwykle interesującym, czy Trybunał Konstytucyjny, parlament, instytucje państwowe, organy państwowej kontroli, sądy, rady mediów, stowarzyszenia dziennikarskie, środowiska naukowe podejmą się wyjaśnienia przyczyn referendalnej porażki. Jeśli przejdą nad tym do porządku dziennego, będziemy mieli niezbity dowód na to, że w Polsce doszło do zmowy elit przeciwko społeczeństwu.

16 września 2015

Dyskusja - 9 Komentarzy
  1. Jake

    21. Wrz 2015,  godz. 12:51

    Ciekawym przykladem polskiej swiadomosci politycznej jest referendum w sprawie przyjecia Konstytucji w 1997. Otoz frekwencja byla tylko 42%. Wedlug dzisiejszych zasad Polska nie ma prawnej Konstytucji.

    Odpowiedz

    • marian

      23. Wrz 2015,  godz. 09:12

      Nie ma znaczenia jaką drogą wędruje prawo, czasami bezdrożami. Ważne jest czy się je stosuje w powszechnym rozumieniu. Referendum z 1946 sfałszowane jednak przyjęcie pozwalało na odrębność ustrojową Polski do Związku Sowieckiego. Niestety oddawało Polskę pod całkowity prymat partii komunistycznej. Mimo wszystko nie staliśmy sie sowiecką republiką.
      Referendum z 1987 pomimo ponad 50% frekwencji i opowiedzenia się większości za zmianami demokratycznymi poprzez konstrukcję prawną nie była głosem narodu gdyż za zmianami nie było większości uprawnionych do głosowania. Prawnie było ważne ale też prawnie nie zobowiązujące. Pomimo tego doszło do zmian ustrojowych tworząc demokratyczne państwo prawa.
      Referendum konstytucyjne z 1997 przy frekwencji o której pisałeś i większości opowiadającej się za przyjęciem konstytucji wyrokiem Sądu Najwyższego uznano za zobowiązujące. Dzięki temu zmieniono postanowienia ustrojowe mające swoje źródła w stalinowskiej konstytucji z 1936.
      Wreszcie referendum z 2015 pomimo żenująco niskiej frekwencji jest prawnie ważne i prawnie nie zobowiązujące do zmian ustrojowych. Jestem jednak przekonany że ponieważ historia lubi się powtarzać dojdzie do zmian poprawiających obecny ustrój. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło 🙂

      Odpowiedz

  2. tz

    21. Wrz 2015,  godz. 10:57

    Nie zgadzam się. Zawiodło przede wszystkim samo społeczeństwo. W dobie internetu taka frekwencja świadczy o tym, że temat nikogo nie ruszył. Polaków niestety nie interesuje odzyskanie realnej wolności politycznej. Z czego to wynika trudno powiedzieć, ale taka jest przykra prawda.

    Jeszcze w 2000 roku Kwaśniewski wygrał prezydenturę w pierwszej turze zdobywając 10 mln głosów. Proszę o tym nie zapominać.

    Tak, społeczeństwo powinno samo z siebie osiągnąć wystarczający poziom świadomości politycznej. Finansowanie mediów publicznych i szkolnictwa wyższego nie ma najmniejszego sensu.

    Odpowiedz

  3. Grzegorz Osowski

    21. Wrz 2015,  godz. 08:04

    Cytuję [ja] ,,Dopiero w ostatnich latach system się nieco rozszczelnił (TV Republika, TV Trwam),”
    Niestety prawda jest inna; W kwestii JOW i instytucji referendum wszystkie media i wszystkie partie tworzą jeden front odmowy.

    Odpowiedz

  4. bisnetus

    19. Wrz 2015,  godz. 12:45

    Bardzo słuszne uwagi. Do anty obywatelskiego syndykatu partyjno-medialnego w drodze uzupełnienia dodałbym jeszcze kastę tak zwanego wymiaru sprawiedliwości. To zaokrągla układ de facto okupacji narodu polskiego przez kastę samozwańczych elit i nomenklatur. Jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnej kampanii referendalnej zwracałem uwagę na niemożliwą liczbę rejestrowania przez PKW najdziwniejszych podmiotów uprawnionych do udziału w kampanii. Były tam związki rozwiedzionych ojców, ochotnicze straże pożarne i tym podobne stowarzyszenia od ochrony kwiatków. W sumie 133 podmioty uprawnione do podziału puli 15 godzin w telewizji i 30 godzin Dla mnie było jasne, że to była próba torpedowania ostatniej w sumie mikroskopijnej możliwości przedstawienia stanowisk społecznych niezależnych od central propagandowych systemu. Do tego dochodziła wyraźnie deprecjonująca całe referendum polityka informacyjne PKW przed, w czasie i po referendum.

    Generalnie uważam, że społeczeństwo polskie żyje pod okupacją w formie dyskretnej i pełzającej a wszystkie tak zwane władze – władza ustawodawcza, wykonawcza, sądownicza i nieformalna medialna – solidarnie skierowana jest przeciwko całemu społeczeństwu pracując wspólnie nad utrzymaniem stanu ubezwłasnowolnienia polskich obywateli. Polscy obywatele nie mają na żadną z tych władz żadnego wpływu i możliwości kontroli. Nie mogą wybrać swoich rzeczywistych przedstawicieli w powszechnych i równych wyborach, nie mogą wpływać na debatę publiczną, nie mają możliwości wypowiedzenia się w drodze normalnie przeprowadzanych i wiążących referendów, nie mogą się upomnieć o swoje elementarne prawa obywatelskie w polskich sądach. 3 koncesjonowane centrale medialne z 3 koncesjonowanymi nomenklaturami urzędniczymi pod kontrolą kilku „wyszkolonych kelnerów” mają niemal absolutną władzę nad państwem i społeczeństwem. Społeczeństwo odwołując się do pokojowych metod demokratycznych nie może nic we własnym kraju zrobić. Państwo należy do ich kasty a nie do polskich obywateli.

    Jednym z zysków tego referendum było to, że ta sytuacja stała się jeszcze bardziej oczywista.

    Odpowiedz

  5. romanowski_bog

    17. Wrz 2015,  godz. 10:41

    „Zasługa” mediów jest tu niewątpliwa.Można znaleźć jeszcze wielu którzy ze zdziwieniem pytają ,a było jakieś referendum?.
    Słyszałem że jakieś miało być ,a potem odwołali itp.(zmieszane informacje o 2 referendach).

    Niezależnie od tego jaki otrzymaliśmy wynik Referendum (różne przyczyny braku frekwencji) ,oraz jakie były czynione starania Ruchu JOW
    aby zachęcić do wzięcia udziału,to dalej przeciętny obywatel nie wyciągnie żadnego wniosku ,czytając tylko w Internecie o tym (na tym portalu) jak
    Władza i media odebrały im Głos.(czyli zastosowana metoda dezinformacji bądź milczenia jest bardzo skuteczna).

    Oczywiście nie wolno przechodzić obojętnie nad tym faktem do porządku dziennego.Referendum zakończone , wypróbowano i sprawdzono następny element ogłupiania ludzi, czyli do sprawdzonej już metody obiecanek dołożono nowy.

    Z pewnością ruch JOW nie ma środków (także finansowych) na realizację nowej kampanii po-referendalnej ,aby uświadomić większości w jaki sposób władza i partie używając różnych „niedozwolonych chwytów” usiłują utrzymać się przy władzy.

    Dotyczy to również publikowanych sondaży przedwyborczych ,gdzie sugeruje się obywatelom ,że praktycznie 2 partie się liczą i trzeba
    popierać jedną z nich. Niepartyjne komitety wyborcze (komitety wyborców) praktycznie nie mają szans (Ruchy społeczne),więc szkoda marnowania
    ich głosu na popieranie kandydatów proponowanych przez te ruchy społeczne.

    Pojawiła się nowa szansa ,aby wyprowadzić władzę i media z błędu ,oraz zatrzymania stosowania tych niedozwolonych praktyk.Społeczeństwo nie
    musi wybierać mniejszego zła.

    Trzeba wskazać społeczny ruch obywatelski opowiadający się za zmianami wyłaniania elit politycznych ,a sondaże mogą powrócić do tych
    z maja i czerwca br. (skumulowane miesięczne wyniki kilku ośrodków ).

    Okazuję się w nich że „wilk” nie jest taki straszny.Społeczeństwo jak chce ,to potrafi przeskoczyć i „wilka”
    Źródło : http://ewybory.eu/sondaze/

    Odpowiedz

  6. marian

    17. Wrz 2015,  godz. 08:08

    Trudno się dziwić partiom że były przeciw referendum skoro w zamyśle inicjatorów miało być „anty partyjniackie”. Wręcz wytoczono wojnę „partiokracji”. Referendum przewidywało trzy możliwości” opowiedzeniem się za, przeciw i oddanie głosu nieważnego. W kwestii odpowiedzi, referendum rozstrzygnęło za JOWami, przeciw finansowaniu partii i rozstrzyganiu wątpliwości niedających usunąć się ustawą na korzyść podatnika. Szkoda, że w demokratycznym państwie prawa poziom obywatelskości oscyluje na poziomie 10%. To edukacja obywatelska bardziej jest potrzebna społeczeństwu niż szczegóły kształtu ustroju państwa.
    Referendum miało charakter opiniodawczy i od samego początku frekwencja nie miała znaczenia, tak przynajmniej wynika z opinii prawnej przekazanej dla prezydenta (brak sankcji). W świetle prawa referendum jest ważne ale niezobowiązujące, gdyż społeczeństwo wyraziło już swoją wolę czy się to partiom podoba czy nie. Teraz możemy tylko czekać na stosowne zmiany prawne ciągle przypominając klasie politycznej o wyrażonej przez społeczeństwo woli.

    Odpowiedz

  7. [ja!]

    17. Wrz 2015,  godz. 06:21

    To była ewidentna codzienna wytężona praca partyjniackich mediów w służbie ciszy: przemilczanie lub zohydzanie.

    Co oznacza, że bez niezależnych mediów wciąż będziemy tkwić w sytuacji z I. dekady XXI w. (i oczywiście wcześniej), kiedy to media, a za nimi całe społeczeństwo — tym samym żyło i o tym samym jednocześnie nigdy nawet nie słyszało — temat był przemilczywany na śmierć.

    Taki system nie może istnieć bez swoich „wajchowych”.

    Dopiero w ostatnich latach system się nieco rozszczelnił (TV Republika, TV Trwam), ale wciąż to przypomina koncesjonowaną opozycję dopuszczoną przy „Okrągłym Stole” — jak spór w nieco szerszej rodzinie, ale wciąż w „rodzinie” — i wciąż są tematy niewygodne dla kasty rządzącej, przez co również w kontrolowanych mediach temat wciąż albo nie istnieje, albo jest zmanipulowany.

    Jednym z podstawowych łańcuchów umożliwiających dyskretne sterowanie mediami są koncesje na nadawanie. I to nie koncesje, które po prostu kupuje się na rynku od konkurencji, ale koncesje które wydaje władza — zatem i władza je może odebrać. A więc pilnuj się — bo władza nie zapomina…

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.