Poseł Mirosław Sekuła, przewodniczący nowej komisji śledczej, to zaprawiony w partyjnych bojach prominentny działacz polityczny, który nieprzerwanie, od 1990 roku, pełni wysokie funkcje publiczne, najpierw jako wiceprezydent Zabrza, potem poseł, potem Prezes Najwyższej Izby Kontroli, potem znowu poseł. Jako poseł nieustannie wybierany jest na najróżniejsze poważne funkcje, przewodniczy lub współ-przewodniczy wielu komisjom sejmowym, a lista jest długa: Komisja Finansów Publicznych, Komisja Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, Komisja ds. Kontroli Państwowej, Komisja Nadzwyczajna "Przyjazne Państwo". Wynika z tego, że cieszy się on zaufaniem władz kolejnych partii politycznych i kto jak kto, ale Mirosław Sekuła powinien mieć wyjątkowo mało powodów, żeby uważać posłów na Sejm RP za marionetki. Tymczasem to w jego usta włożyła publicystka "Rzeczpospolitej" ("Rz." z 3.11.2009) dowcipną wypowiedź: Kim jest poseł? Interfejsem między ściągą klubową (instruującą jak głosować) a przyciskiem.

Można by tę wypowiedź tak wybitnego parlamentarzysty potraktować jako żart, ale dziennikarka "Rzepy" zaraz cytuje innego polityka tej samej partii: Jestem jedną z szabel, które liczy szef klubu. Dostaję klubową ściągę, z esesmesów dowiaduję się, co mówić na dany temat. To wszystko jest bardzo frustrujące.

Prezydent Gliwic, Zygmunt Frankiewicz, uzupełnia ten opis losu posła Rzeczypospolitej następującymi uwagami: Wielu posłów jest sfrustrowanych, bo przestaje cokolwiek znaczyć. Dochodzi do takich patologii, że sekretarka znaczy czasem więcej niż poseł, bo to ona decyduje, z kim jej szef się spotka… Zdolność do samodzielnego myślenia nie jest pożądana. Szefom partii zależy na karnych członkach. Udaje im się utrzymać dyscyplinę dzięki systemowi, jaki sobie zafundowaliśmy. Ordynacja wyborcza pozwala szefowi partii jednym pociągnięciem pióra decydować o kształcie list partyjnych.

Ani dziennikarka "Rzeczpospolitej", ani jej rozmówcy nie odważają się nazwać po imieniu przyczyny, w której tkwi to zinterfejsowanie posłów, które zamienia demokrację i demokratyczne wybory w fikcję i farsę. Nikt nie ośmiela się powiedzieć, że to ordynacja wyborcza jest tym instrumentem, który z posłów czyni to, co nazwał w swoim słynnym tekście "O demokracji" Karl Popper: maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka ("The Economist", kwiecień 1988). Ponad 20 lat temu filozof brytyjski widział to wszystko, zanim jeszcze powstała III Rzeczpospolita i weszli na scenę polityczną Sekuła, Brudziński, Kaczyński i wszyscy inni. Nie uważał, że to odarcie posłów z odpowiedzialności, ich zamiana w interfejsy jest cechą jakichś podludzi, jakichś niedorosłych do demokracji polskich barbarzyńców, tylko, że jest to specyfika mechanizmu, przed którym każda szanująca się społeczność demokratyczna powinna się strzec i uciekać jak najdalej.

Posłowie nam tego nie mówią, bo wiedzą jakie jest zdanie partyjnych oligarchów, którzy ich ubezwłasnowolnili i dla których partyjna ordynacja i głosowanie na listy partyjne stanowi fundament egzystencji i politycznego istnienia. Posłowie zamierzają więc kandydować na stanowiska prezydentów miast, bo wiedzą, że wybrani w jednomandatowych okręgach wyborczych prezydenci, burmistrzowie i wójtowie gmin posiadają mandaty społeczne i obywatelskie, a więc pozapartyjne i niezależne od widzimisię partyjnych wodzów. W pierwszych bezpośrednich wyborach 2002 roku aż 75% wójtów, burmistrzów i prezydentów miast zostało wybranych poza partiami politycznymi, a w 2006 roku liczba ta wzrosła do 82%! Nie jest więc wójt, burmistrz czy prezydent wydmuszką, kukiełką poruszaną partyjnymi sznurkami, nie jest pseudoobywatelem, zdegradowanym do roli maszynki do głosowania i tego im zazdroszczą Sekuła, Brudziński, Wikiński, Girzyński e tutti quanti. Bo wprawdzie to miło i przyjemnie, kiedy się dostaje pieniądze za samo pozowanie w roli polityka, ale upokarzające dla ludzi, którzy mają ambicję i honor być czymś więcej.

Perspektywa wprowadzenia ordynacji wyborczej, w której posłowie nie byliby interfejsami, lecz prawdziwymi reprezentantami swoich wyborców, jak koszmar senny trapi partyjnych oligarchów i każe im poszukiwać gróźb, przy pomocy których da się utrzymać w ryzach obywateli i zniechęcić ich do domagania się przynależnych im praw: straszą nas inwazją sejmową jakichś innych, jeszcze gorszych oligarchów!

Na internetowym Salonie24 wypowiada się Jarosław Kaczyński: Powiem krótko. W takich warunkach, jakie dzisiaj są w Polsce jednomandatowe okręgi wyborcze oznaczają, że wpływy Rychów i Zdzichów byłyby jeszcze dużo większe niż są. Taki jest po prostu mechanizm. W tych wyborach ogromną rolę odgrywałyby pieniądze. Dzisiaj przecież każdy wie, że w trakcie kampanii wyborczej znaczna część pieniędzy idzie bokiem tzn. indywidualnie kandydaci na posłów, ze względu na te krzyżyki przy nazwiskach, sobie załatwiają. A w okręgach jednomandatowych w ogóle nie byłoby żadnej możliwości zbadania tego (…). I różnego rodzaju miejscowe establishmenty chciałyby mieć swojego posła. I bardzo często by go miały. Tak jak niestety bardzo często mają władzę samorządową mocno zintegrowaną z innymi tworami władzy. I tworzą taki system, w którym normalny obywatel w gruncie rzeczy jest całkowicie bezradny. Ja jestem przekonany, że taki byłby tego efekt.

Krótko mówiąc, wódz PiS-u rzuca w twarz wójtom, burmistrzom i prezydentom miast, którzy uzyskali w bezpośrednich wyborach mandaty większością głosów, że ta przeszło pięć razy większa od Sejmu społeczność gospodarzy gmin (gmin mamy ok. 2,5 tysiąca a posłów tylko 460!), to nic innego jak zbieranina Rychów i Zdzichów, którzy za jakieś wielkie pieniądze, w powiązaniu z jakimiś "miejscowymi establishmentami", pozdobywali stanowiska i teraz rządzą polską samorządową. Że jedyny nasz ratunek przed tymi niedobrymi zjawiskami leży w kontroli partyjnej, kierowanej przez światłych przywódców.

Jarosław Kaczyński nie jest w tym stanowisku odosobniony. To samo opowiada Waldemar Pawlak, to samo od wieków opowiadają byli partyjniacy spod znaku "lewicy", to samo, na tym samym Salonie24, opowiada Jarosław Gowin. Ten ostatni, przypadkowo, jest eksponentem partii, która w swoim programie zapisała jednomandatowe okręgi wyborcze, ale od tej pory czyni wszystko, co tylko jest możliwe, aby do takiej zmiany nie dopuścić.

Jeszcze bardziej kawa na ławę wyłożyła to Julia Tymoszenko – uroczy ukraiński archetyp oligarchy partyjnego. Cóż to jest system większościowy? To znaczy, że oligarchowie rozstawią swoich ludzi po okręgach wyborczych, zapłacą za każdy okręg po dwa miliony dolarów, po prostu zainwestują jak w biznes, a potem dostaną w ręce cały kraj jak łup.

Dodać tu wypada, że Julia Tymoszenko nie broni swoich rodaków przed brytyjskim systemem wyborczym! Ona broni Ukrainy przed system "otwartych list wyborczych", na których głosujący mogliby znaleźć nazwiska kandydatów na posłów, jak to ma miejsce w Polsce! U Tymoszenko nawet taki system, to już jest "większościowy", bo na Ukrainie postęp, w krótszym czasie poszedł znacznie dalej i tam są "zakryte spiski", na których nie ma nazwisk i to jest dopiero demokracja!

Taką oto "prawdę" o systemie wyborczym, który od ponad 200 lat działa w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i w dziesiątkach innych krajów, przedstawiają swoim wyborcom nasze paniska i pańcie!

Przysłowie powiada: Po czym poznać, że polityk kłamie? Trzeba patrzeć, czy porusza ustami!. Czasem w tym mijaniu się z prawdą polityk bierze zbyt ostry wiraż i wpada do rowu. Taka przygoda przytrafiła się Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdy w gronie blogerów Salonu24 skręcił za bardzo i w swoich opowieściach o szkodliwości brytyjskiego systemu wyborczego powołał się na  słowa, jakoby z nim zaprzyjaźnionego, członka Brytyjskiej Izby Gmin Daniela Kawczyńskiego. Daniel Kawczyński jest młodym parlamentarzystą z okręgu Shrewsbury & Atcham, mandat swój sprawuje dopiero od 2005 roku, ale jak możemy się dowiedzieć, zaglądając na jego stronę internetową http://www.daniel4shrewsbury.co.uk/committees.php jest w szczególny sposób zaangażowany w promocję brytyjskiego systemu wyborczego i sprawuje w Izbie Gmin funkcję przewodniczącego APPG – All Party Parliamentary Group "First Past the Post", której celem jest budowanie forum dyskusji i promocji stabilności i uczciwości wyborczej w ramach brytyjskiego systemu wyborczego! Daniel Kawczyński, zapytany wprost przez jednego z blogerów S24 o tę wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, stanowczo zaprzeczył.

Kiedy takie "mijanki z prawdą" uprawiają partyjne tuzy, których codziennie pełno we wszystkich telewizjach, radiach i gazetach, to dojść do prawdy nie jest rzeczą prostą. Oni podobno toczą między sobą jakąś walkę polityczną i przypinają sobie nawzajem różne łatki. Jakoś nie słyszeliśmy, żeby przeciwnicy polityczni Jarosława Kaczyńskiego mieli mu za złe to "mijanie się" i żeby ktoś z tzw. poważnych dziennikarzy miał do niego o to pretensję! Podobnie zresztą jak z Donaldem Tuskiem, który nas zapewnił, że nie spocznie dopóki nie wprowadzi JOW w wyborach parlamentarnych, nawet postulat taki wpisał do programu swojej partii, zebrał prawie milion podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, podpisy wsadził do kosza i jakoś nie słyszymy, żeby jego przeciwnicy polityczni mieli mu to za złe!

Wszyscy mamy okazję się przekonać, czy dwukrotnie już wybierani w JOW wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast to armia oligarchów, którzy przekupili ciemny motłoch wyborczy i kupili sobie  w ten sposób stanowiska? To spora armia: dwa i pół tysiąca ludzi! Nic nie słyszymy, żeby CBA, CBŚ i im podobne, miały wśród nich jakieś nadzwyczajne używanie? Raczej co raz słyszymy o takich dochodzeniach w prześwietnym Sejmie! No a teraz szereg posłów deklaruje zamiar przejścia na gospodarowanie gminą! Wprost w łapy prokuratora i antykorupcyjnych śledczych? Z interfejsu pod klucz (więzienny)?

Wrocław, 12 listopada 2009

Skomentuj