Partie ruszyły do boju, rozpoczęła się pierwsza tura jesiennych wyborów parlamentarnych. Na salonach i pałacach toczy się zażarty bój o to, żeby druga tura trwała dwa dni, ale to szczegół, ponieważ nieporównanie ważniejsza jest tura pierwsza, która – bez żadnych deklaracji i zapisów ustawowych, już się zaczęła i ciągnąć się będzie do momentu rejestracji list wyborczych.


Pierwszym etapem tej pierwszej tury jest łapanka na ludzi. Każda partia, która chce się liczyć w tych wyborach zmuszona jest nałapać około tysiąca osób, które znajdą się na listach wyborczych, w tym co najmniej 35% kobiet. Wbrew pozorom nie jest to zadanie proste, nie tylko ze względu na szczupłość partyjnych szeregów, ale także dlatego, że wśród złapanych trzeba dokonać wstępnego przebrania. Kobiety nie mogą być nadmiernie urodziwe, bo uroda, jak się już nie raz pokazało, sprzyja niewierności, a męskie IQ nie może być zbyt wysokie, bo wyskoki niepożądanej inteligencji prowadzą często do kwestionowania dyspozycji i pozycji samych łapaczy – selekcjonerów.


Arena wyborcza ogrodzona jest wysokim murem, a wejściówki są w rękach wąskiego grona selekcjonerów i bez ich biletu o wejściu mowy nie ma. To się nazywa bierne prawo wyborcze w polskim wydaniu. Te bilety są, de facto, w posiadaniu panów, których policzyć można na palcach jednej ręki, zaginając mały palec na rzecz łapacza mniejszości niemieckiej w Polsce, albowiem on nie musi nałapać całego batalionu i może się zadowolić skromną, kilkunastoosobową drużyną.


Poza tą Wielką Czwórką (piątką) na ulicy stoją jeszcze inni łapacze, którzy zarezerwowali sobie małe działki w pobliżu Głównej Areny i na te działki sprowadzają wszystkich, którzy się nawiną i nieopatrznie wpadną w zastawione sidła. To szefowie partii pozaparlamentarnych, zarówno tych, które już mają pewną tradycję, jak i tych, które dopiero się tworzą i zawiązują (prawie codziennie dostaję zaproszenia do przyłączenia się do którejś z tych rozlicznych inicjatyw). Tutaj już nie ma specjalnej selekcji, przeciwnie, wyrywają sobie wzajemnie z rąk zdezorientowane ofiary, bo oni też potrzebują sformować tysiącosobowe bataliony męsko-damskie z co najmniej 35% udziałem dam. Po 21 latach uprawiania demokracji alla polacca, wszyscy komentatorzy polityczni są już zgodni, że ich trud jest jałowy, bo nie mają żadnej szansy sforsowania muru okalającego wyborczą arenę i wybory żadnego uzysku im nie przyniosą. Niektórym z nich może się udać sztuka zarejestrowania list do konkursu, ale szeroka widownia, dopuszczona do II tury wyborów, aby te listy dojrzeć będzie potrzebowała silnych lornetek, a nawet teleskopów. Mur okalający arenę jest bowiem zaporą medialną: to media, także te, które noszą nazwę publicznych, stoją na straży porządku, polegającego na tym, że tylko Wielka Czwórka ma przywilej wyznaczania przyszłych reprezentantów narodu.


II tura wyborów, która odbędzie się pod koniec października, to już tylko sondaż popularności czterech partii ze wskazaniem. 4 tysiące wyselekcjonowanych pań i panów, po wpuszczeniu na scenę, zostaną jeszcze poustawiani w rzędach, kto z tyłu, a kto z przodu czy z boku. Oczarowana publiczność rzadko dostrzeże kogoś stojącego w dalszych rzędach i rzadko tylko zaburzy przemyślane plany osobowe wielkich capo. Już dzisiaj, z prawdopodobieństwem bliskim 1, możemy przewidzieć wyniki jesiennych wyborów: do Sejmu wejdą tylko przedstawiciele PO, PiS, SLD i PSL, plus dwu przedstawicieli Mniejszości Niemieckiej. Rozkład głosów, a więc i mandatów, będzie z grubsza odpowiadał wynikom jesiennych sondaży. Zgaduję, że będzie trochę mniej PO i PiS, za to więcej SLD. PSL, pomimo całego sprytu, jaki wykazuje strażacka drużyna Brygadiera Pawlaka, nie zyska wiele, ale też i niewiele straci. Status quo zostanie zachowane, straci tylko państwo polskie, które z tego kolejnego konkursu wyjdzie jeszcze bardziej osłabione i bezwolne. Tzw. ordynacja proporcjonalna, która generuje opisane scenariusze, to przepis na słabe państwo. Silna Polska w dzisiejszej Europie nikomu do szczęścia nie jest potrzebna, za to jej słabość wspomagana jest na wszelkie sposoby.


Jak to się mogło stać, że taka prymitywna, gangsterska procedura wyłaniania członków najwyższych władz państwowych mogła zostać uznana i zaakceptowana jako procedura demokratycznego wyboru? Jak to się mogło stać, że naród, który stworzył kiedyś najbardziej wzorową demokrację w Europie, dał sobie narzucić takie okowy, a polska inteligencja – spadkobierca polskiej szlachty, pozwoliła się zredukować do statusu pańszczyźnianych chłopów, pozbawionych prawa do kandydowania do Sejmu?


Pozwoliła, siedzi cicho, bo nie rozumie o co chodzi. Nie rozumie o co chodzi z tym biernym prawem wyborczym, nie wie co to takiego. W Konstytucji i Kodeksie Wyborczym prawo do kandydowania do Sejmu ma każdy obywatel polski, który liczy sobie 21 lat. Na papierze ma, ale nie ma jak z tego papierowego prawa skorzystać. Nowy bloger internetowego Salonu24, podpisujący się bisnetus, wybrał się z tym problemem do tzw. rzecznika praw obywatelskich (RPO). Posadę tę zajmuje obecnie urocza pani Irena Lipowicz, poza tym profesor prawa, doktor honorowy zagranicznych uczelni, były ambasador, wzorowy poseł wszystkich możliwych kadencji i w ogóle wzór wszystkiego, co się tylko do wzorowania nadaje. Prof. Lipowicz szlify naukowe zdobyła jeszcze za komuny, kończąc na słynnym Uniwersytecie Śląskim studia z wyróżnieniem, a potem to już tylko oszałamiająca kariera naukowa i polityczna.


I do takiej to osoby wybrał się bisnetus ze swoją skargą na bierne prawo wyborcze, a rezultat tej akcji obywatelskiej przedstawił na blogu http://bisnetus.salon24.pl/290390,rpo-do-obywatela-spieprzaj-dziadu. Jak łatwo było przewidzieć Pani Lipowicz, naturalnie, interwencji żadnej nie podejmie, albowiem – jak wyjaśnia nierozumnemu blogerowi, urząd Rzecznika jest urzędem apolitycznym, a określenie zasad i trybu wyborów jest zagadnieniem całkowicie politycznym.


Jakie to piękne! I wzruszające! Ile takie proste, krótkie zdanie rzecznika praw obywatelskich, profesora doktora habilitowanego praw, doktora honoris causa uniwersytetów, mówi nam o III Rzeczypospolitej, o demokracji w Polsce, o profesorach prawa wybitnych uniwersytetów, o tym kim są i jakie prawa mają obywatele tej Rzeczypospolitej! Polityka! Straszne, okropne, obrzydliwe słowo. Ordynacja wyborcza, to polityka, prawa obywatelskie – polityka, a od polityki każdy szanujący się rzecznik i profesor uciekać powinien gdzie pieprz rośnie! Pani Lipowicz, poseł wielu kadencji, ambasador, prezes wielu ciał krajowych i międzynarodowych, doskonale wie jak ona (polityka, oczywiście) potrafi być obrzydliwa. Teraz, po tych wszystkich trudach, wylądowała na prawdziwie apolitycznej posadzie i nareszcie ma święty spokój. Ten spokój usiłują zakłócić różne bisnetusy i inni nic nie pojmujący, ale RPO ma dwa pałace, służbę i batalion urzędników, którzy grzecznie odsyłają wszystkich na drzewo.


Trwa bez zakłóceń kolejna łapanka wyborcza, wybiera się nam w I turze nowy Sejm, z dobrotliwym uśmiechem przygląda się tej demokracji a rebours piękna rzeczniczka praw obywatelskich, a polscy eksperci – konstytucjonaliści (jak prof. Lipowicz) rozjeżdżają się po świecie, aby uczyć niedorozwinięte kraje o prawach człowieka i zdobywać dalsze doktoraty honorowe.



About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.