W następnej dekadzie w Polsce żyć się będzie gorzej niż w ubiegłej – twierdzą autorzy rankingu Where To Be Born in 2013? tygodnika "The Economist". W porównaniu z analogiczną listą z 1988 roku Polska spadła o 10 pozycji: z 23 na 33. Analitycy konstruując prognozę na 2030 rok (gdy urodzeni w 2013 uzyskają niemal pełnoletność) wzięli pod uwagę 11 czynników wśród nich demografię, wzrost gospodarczy i kluczowe decyzje polityczne.

 

To jeszcze jeden ranking, który wskazuje, iż rozwój Polski uległ spowolnieniu. Najsilniejszym hamulcem jest najprawdopodobniej problem dostępu do własności kapitału. Istnieje wiele przesłanek, które wskazują, iż jest to klucz do budowy stabilnego funduszu emerytalnego, reformy służby zdrowia i stopniowej poprawy sytuacji ekonomicznej gospodarstwa domowego.

 

Na początku lat 90. i później politycy mówili o nim, głównie w czasie kampanii wyborczej, by ostatecznie zaproponować karykaturę jego rozwiązania. Było nim tak zwane uwłaszczenie. Niedouczeni politycy sprawili, iż kojarzy się ono z próbą rozdawnictwa i marnotrawstwa. Wystarczyło jednak sięgnąć po model, który opracowali w latach 80. doradcy prezydenta Ronalda Reagana. I który udoskonalili w połowie lat 90. Ale wprowadzenie w życie odpowiednich pakietów ustaw, reforma instytucji i dyskusja z ekspertami zajęłaby pewnie około 4 lat. A dla przeciętnego polskiego polityka to zbyt dużo czasu.

 

Jego priorytety pośrednio wyznacza ordynacja wyborcza, która zmusza go by czteroletnią kadencję traktował jako przedłużenie kampanii wyborczej. Zaproszenia do mediów wygrywają z solidną pracą w parlamencie. Znacznie większy, jeśli nie decydujący wpływ, w nadawaniu kształtów polityce odgrywają stacje radiowe i telewizyjne niż debata sejmowa. Frekwencja dopisuje, zwykle, tylko na głosowaniu. (A zdarza się nierzadko, iż posłowie nie wiedzą po co naciskają guzik.) Ustawy przygotowane przez posłów i poprawione wielokrotnie przez senatorów delikatnie mówiąc nie spełniają oczekiwań, tych których dotyczą. A jak wielokrotnie twierdzili eksperci powodują dalsze psucie prawa.

 

Posłowie nie skorzystali z rad specjalistów by z publicznych pieniędzy, które nazywają dotacjami, stworzyć solidne think-tanki. To skupieni tam eksperci, a nie publicyści, którzy w większości są dyletantami, mogliby animować dyskusję publiczną. I to one mogłyby tworzyć propozycje nowych ustaw.

 

Ta wizja przesuwa klasę polityczną do roli rzeczywistych reprezentantów, emisariuszy. I w ten sposób posłowie przestają być, jak to jest dzisiaj, wyłącznie decydentami.

 

Dlatego właśnie konieczne jest wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych i ordynacji większościowej (JOW) by w sposób formalny, prawny nadać urzędowi posła rolę reprezentanta wyborców.

 

A okręg wyborczy musi być relatywnie niewielki, by ta reprezentacja nie była fikcją. By wyborcy mogli znać kandydata na posła: jego charakter i osiągnięcia. I co najważniejsze, by mogli mu zaufać. Uczestnicy kilkudziesięciu konferencji ogólnopolskich Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, między innymi prezydenci miast, burmistrzowie, wójtowie, i ich wyborcy podkreślali iż taki okręg wyborczy mógłby stanowić w przybliżeniu powiat.

 

Warto podkreślić, że ten sposób myślenia wyklucza chętnie powtarzany, ale zupełnie niedorzeczny postulat, zmniejszenia ilości mandatów w Sejmie.

 

Uniemożliwiłby bowiem wybór posła, który rzeczywiście jest znany swoim wyborcom. I podtrzymałby rolę szkodliwej kampanii telewizyjno-billboardowej, w której liczy się przede wszystkim wygląd, a nie charakter kandydata.

 

A w systemie okręgów jednomandatowych kluczową rolę odgrywa zaufanie i odpowiedzialność posła. Gdy zawiedzie swoich wyborców, to zastępuje go ten, który przegrał z nim czasem nawet minimalną większością. Może nawet ułamkiem procenta głosów.

 

Wybory, w których liczy się charakter i osiągnięcia, zaufanie i odpowiedzialność wpłyną stopniowo na zmianę funkcjonowania państwa. Bo odtąd to wyborcy będą decydować, które problemy są priorytetem. I zapewne najważniejszą wartością staną się: oszczędność i perspektywiczne cele. (To nie lider partii, a wyborcy zdecydują czy chcą by ich poseł brał udział w obradach tej, czy innej komisji. Bo jeśli poseł sprzeciwi się wyborcom, to będą mogli go odwołać.)

 

Sejm, w końcu, stopniowo, stanie się forum poszukiwania konsensusu, a nie miejscem, w którym spiętrzają się fale gniewu.

 

Wraz z wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych i ordynacji większościowej zmniejszy się zakres władzy posłów. Będą, na przykład, zmuszeni, przez wyborców, do współpracy z samorządami by ich praca była efektywniejsza. (To zaś szansa, by postulat rozwoju regionalnego stał się rzeczywistością.)

 

Wygrają wszyscy Polacy, którzy w końcu, po raz pierwszy od 1989 roku, będą mogli powiedzieć: My Naród. Bo w Sejmie zasiądą rzeczywiście wybrani przez nich reprezentanci.

 

Skąd ta pewność? Wskazuje na to doświadczenie państw, których obywatele wybierają w stosunkowo małych okręgach wyborczych. I którzy, w przeciwieństwie do Polaków, mają prawo być wybieranymi – bierne prawo wyborcze.

 

Przegrają ci, którzy powinni: liderzy partii politycznych. Bo przecież ani Konstytucja, ani żadna inna ustawa nie daje im prawa do bycia nad-obywatelami. A w ramach obecnej ordynacji wyborczej są nimi de facto.

 

 

Tekst ukazal się na stronie www.ofensywawolnosci.pl

 

Tomasz Pompowski publicysta i tłumacz; redaktor naczelny Ofensywy Wolności. Opublikował ostatnio: Armia Boga kontra Imperium Zła. Duchowa historia upadku komunizmu.

 

Skomentuj